Выбрать главу

Myślała również o przeprawie na Fairhaven. Jutro mieli tam razem popłynąć. Próbowała to sobie wyobrazić, ale po trudach minionego dnia poczuła się znużona. Najpierw trochę drzemała. Po pewnym czasie ciepło, wygoda i poczucie bezpieczeństwa sprawiły, że zapadła w głęboki sen.

Markus obudził się, gdy pierwszy brzask rozświetlił okno. Z pobliskiego nabrzeża dochodziły odgłosy porannej krzątaniny. Otworzył oczy i uświadomił sobie, że w nocy ułożyli się inaczej niż przed zaśnięciem. Leżał teraz mocno przytulony do pleców Beth. Przypominali srebrne łyżeczki umieszczone jedna przy drugiej w ciasnym etui. Długie, ciemne włosy lady Allerton rozsypały się na poduszce, a twarzyczka była łagodna i spokojna jak u dziecka. Uśmiechnął się i przyznał w duchu, że wczoraj odnosił się do niej okropnie.

Gdy ujrzał tę uroczą wariatkę na portowym nabrzeżu, był tak rozwścieczony, że nie dbał, czy zrani jej uczucia. Jako oszustka i uciekinierka nie zasługiwała na żadne względy. Jasno i wyraźnie powiedział jej przecież, że spór o Fairhaven uważa za niebyły i że godzi się oddać wyspę, a nawet pomóc w jej przejęciu. Beth mu nie uwierzyła. Uciekła, żeby postawić na swoim. Omal nie osiwiał ze zmartwienia, wyobrażając sobie najgorsze. Doskonale wiedział, że samotna kobieta podróżująca bez opieki narażona jest na tysięczne niebezpieczeństwa.

Opuszkami palców odsunął ciemne kosmyki zasłaniające zarumienioną twarz. Wtulona w niego, poruszyła głową, układając się wygodniej w zagłębieniu jego barku. Odruchowo przesunął ramię, dostosowując się do nowych wymagań. Miał świadomość, że po dzisiejszej nocy zaszarganą reputację Beth można uratować tylko w jeden sposób. Nie martwił się tym, bo myśl o małżeństwie rozważał niemal od pierwszego spotkania. Problem w tym, jak ona zareaguje na oświadczyny. Z ponurą miną zastanawiał się, czy go przyjmie. Nadal miała obsesję na punkcie rodzinnych legend osnutych wokół historii Fairhaven. Bohaterowie tych opowieści byli dla niego groźnymi rywalami… przeciwnikami nie do pokonania. Pozostawało tylko jedno wyjście. Musiał zabrać Beth na Fairhaven, żeby z pierwszej ręki dowiedziała się, kim był naprawdę jej straszny dziadunio. Markus żywił nadzieję, że po takiej lekcji Beth przestanie żyć wspomnieniami o antenatach, że skupi się na sobie i zwróci się ku przyszłości. Gdy przejrzy na oczy, zrozumie, że z nim powinna iść przez życie. Westchnął ciężko. Mogłoby się wydawać się, że łatwo ją będzie przekonać do takiej wizji, ale to jedynie pozory. Czekała go trudna walka z cieniami przeszłości. Stawką w tej grze było jej serce. Nie wiedział, czy je zdobędzie. Kto ma do czynienia z Beth Allerton, niczego nie może być pewny.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Beth siedziała pod ścianą sterówki. Nogi miała okryte pledem. Markus namawiał ją, żeby została w jednej z kajut po pokładem, więc usłuchała, ale gdy odbili od brzegu, łódź zaczęła się mocno kołysać. Beth natychmiast dostała mdłości i postanowiła wyjść na świeże powietrze. Jeden z marynarzy zlitował się nad pasażerką. Drewniane skrzynki oraz koce posłużyły mu do wykonania prowizorycznego siedziska. Statek nadal unosił się w górę i opadał w dół z nużącą regularnością, a linia horyzontu zdawała się rytmicznie podskakiwać przed oczyma Beth, lecz wilgotna bryza i przesycone solą morskie powietrze odświeżały przyjemnie i dawały ukojenie.

Nie uszło jej uwagi, że Markus nie odczuwa żadnych przykrych dolegliwości. Sporo czasu przesiedział w sterówce, rozmawiając ze sternikiem. Wykonywał również wszelkie prace, które w danym momencie były najpilniejsze: zwijał cumy, stawiał żagle albo pomagał zwykłym marynarzom, którzy doceniali jego wysiłki. Jeden z nich z wielką atencją wyrażał się o żeglarskich umiejętnościach pryncypała, inni zerkali z aprobatą. Beth nie znała dotąd Markusa od tej strony.

Niestety, choć z marynarzami był w doskonałej komitywie, wobec niej zachowywał się niemal wrogo. Od rana się do niej nie odzywał, jeśli nie liczyć zdawkowej rozmowy podczas nędznego śniadania w gospodzie, na które składała się wodnista owsianka oraz stęchły chleb. Beth poprosiła, żeby odwiózł ją do Ashlyn. Popatrzył na nią surowo i oznajmił, że jeśli ma ochotę, może tam wrócić. Dodał natychmiast, że postanowił odwiedzić Fairhaven, więc skoro zadała sobie tyle trudu, żeby tam dotrzeć, mogłaby równie dobrze dotrzymać mu towarzystwa.

Kiwnęła głową i na tym zakończyli rozmowę. Nie śmiała pytać o szczegóły dotyczące przeprawy. Markus patrzył na nią z kamienną twarzą. Był równie przykry i odpychający jak poprzedniego wieczoru. Zdawała sobie sprawę, że wciąż jest w niełasce. Po marnym śniadaniu poszła z nim do portu, gdzie cumował statek gotowy do odpłynięcia. Wkrótce odbili od brzegu i nie można już było się cofnąć.

Beth drżała, choć otuliła się ciepłym pledem. Przed dziobem statku widziała szarość morskiej toni, za rufą oddalający się port i wzgórza Devon, które z każdą chwilą coraz bardziej nikły w oddali. Markus twierdził, że dopiero późnym popołudniem dotrą na Fairhaven, ale Beth czas żeglugi wcale się nie dłużył. Jeden dzień to nic w porównaniu z wieloletnim oczekiwaniem.

Po godzinnej drzemce obudziły ją lekkie mdłości. Była znużona i rozbita, jakby wcale nie spała. Słońce wyglądało zza rzadkich chmur; wiał silny wiatr. Poczuła mocny aromat gulaszu i żołądek podszedł jej do gardła. Na widok Markusa odwróciła głowę. Widziała tylko bose stopy szeroko rozstawione na deskach pokładu oraz talerz z jedzeniem, który trzymał w ręku. Obrzucił ją badawczym spojrzeniem i omal się nie uśmiechnął. Biedactwo! Podniosła głowę, więc znowu przybrał gniewny wyraz twarzy.

– Widzę, że morska choroba poważnie daje się pani we znaki, lady Allerton.

Beth oddychała płytko, żeby nie czuć mdlącego zapachu, który unosił się znad talerza. W końcu, zdesperowana, musiała zatkać sobie nos, co zapewne nie licowało z godnością damy. W tym momencie jednak była to dla niej sprawa drugorzędna.

– Milordzie, byłabym bardzo zobowiązana, gdyby zechciał pan łaskawie zostawić mnie samą. I proszę zabrać to cuchnące jadło!

Markus oddalił się bez pośpiechu. Na odchodnym rzucił pogodnie:

– Proszę mnie zawołać, gdyby potrzebowała pani miednicy.

Pół godziny później Beth uznała, że jest za zimno, by siedzieć bez ruchu. Najchętniej zeszłaby do kajuty i zasnęła, ale na samą myśl o dusznej klitce pod pokładem robiło jej się niedobrze. Podeszła do burty statku i patrzyła na spienione fale. Była zmarznięta, chora i opuszczona przez wszystkich. Inaczej wyobrażała sobie rejs na Fairhaven.

Kiedy o tym pomyślała, uświadomiła sobie, że niewiele uwagi poświęcała praktycznej stronie wymarzonej podróży. Ponosiła ją wyobraźnia. Nie liczyły się dla niej mało istotne i dość uciążliwe szczegóły, takie jak wysokie fale czy morska choroba. Oczyma duszy widziała jedynie tryumfalny wjazd do zamku swego dziadka. Po namyśle doszła do wniosku, że przez ten brak przezorności zrobiła z siebie idiotkę. Przygnębiała ją również obojętność Markusa i brak zainteresowania ze strony jego załogi. Marynarze mieli pełne ręce roboty, więc z lekceważeniem traktowali kaprysy i fochy przesadnie wrażliwej damulki.

Zziębnięta Beth nudziła się jak mops. Otulona pledem spacerowała po pokładzie, obserwowała mewy, które z piskiem leciały za rufą, wpatrywała się w odległy horyzont i patrzyła na statki płynące z Bristolu. Popołudnie ciągnęło się w nieskończoność.