Выбрать главу

– Przyjaciółmi? – powtórzył z roztargnieniem. – Nie sądzę, lady Allerton. Moim zdaniem nie wystarczy nam przyjaźń. Łączy nas gorące uczucie. Możemy być zaprzysięgłymi wrogami albo namiętnymi kochankami. Żadnych namiastek!

Pogłaskał Beth po policzku i delikatnie uniósł jej brodę, wpatrując się w piękne usta.

– Czy naprawdę potrafi mi pani zaufać?

– Tak – szepnęła.

Roześmiał się, pochylił się jeszcze bardziej, cmoknął ją w usta i cofnął rękę.

– Znów mnie pani przechytrzyła, lady Allerton – mruknął trochę rozżalony, pomagając jej wstać i prowadząc ku drzwiom salonu. – Ja tu żebrzę o pani zaufanie i co się dzieje? – Z niedowierzaniem pokręcił głową. – Powinna pani teraz spojrzeć w lustro. Oto prześliczna, leciutko wstawiona.

młoda dama patrzy na mnie tak ufnie jak mała dziewczynka.

To naprawdę odpowiedni moment, żeby w ten sposób na mnie popatrzeć. Ma pani bezbłędne wyczucie czasu.

Zapalił świecę, kpiąco uniósł brwi i wręczył jej lichtarz.

– Mam nadzieję, że sama trafi pani do swego pokoju.

W moim towarzystwie nie byłaby pani bezpieczna.

Beth wzięła od niego świecę i bez słowa wbiegła po schodach. Miała świadomość, że jest mocno wstawiona, ale wszystkiemu winien Markus, bo dolewał jej brandy. Mniejsza z tym! Bardziej interesował ją całus, który wiele obiecywał. Markus zachował się dziś jak dżentelmen, ale jego ton zapowiadał, że w przyszłości uczucia wezmą górę nad konwenansami. Wrogowie czy kochankowie? Beth już dokonała wyboru i choć była podchmielona, myślała trzeźwo. Zamknęła za sobą drzwi sypialni i przekręciła klucz w zamku.

Na razie wystarczyło jej, że pogodziła się z Markusem, że znowu są w przyjaźni, ale w przyszłości… Szybko zdjęła ubranie, położyła się do łóżka i zdmuchnęła świecę.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Przez cały następny tydzień Beth nie znalazła czasu na odwiedziny u Jacka Cade'a i rozmowę o swoim dziadku. Salome Trevithick uznała, że musi jak najszybciej zapoznać Beth z całą wyspą. Codziennie pakowała ją do dwukółki i obwoziła po okolicy, odwiedzając wieśniaków i dzierżawców. Pokazywała jej również najpiękniejsze miejsca na wyspie, zwane szumnie punktami widokowymi. Pod koniec tygodnia Beth miała zamęt w głowie. Mieszały jej się nazwiska i nazwy, ale z tych wycieczek płynęły także ogólniejsze wnioski. Beth miała okazję zobaczyć na własne oczy, jak bardzo Salome angażowała się w życie mieszkańców wyspy, którzy byli do niej głęboko przywiązani. Nową właścicielkę witali z należytym respektem, ale bez entuzjazmu. Beth nie zrażała się tym, ponieważ miała świadomość, że na szacunek i przywiązanie trzeba zasłużyć. Nie dostaje się ich za darmo. Naśladowała Salome, spędzając długie godziny w szkole i wybranych domach. Gawędziła z wieśniakami, czytała dzieciom książeczki i bawiła się z nimi na dworze, jeśli pogoda dopisywała. Niewiele czasu spędzała samotnie, a gdy miała wolną chwilę, chodziła na długie spacery, podziwiała widoki albo obserwowała morze i grę chmur na niebie.

Nie uszło jej uwagi, że Markus zrobił bardzo dobre wrażenie na swoich dzierżawcach. Sporo czasu spędzał z zarządcą Colinem McCrae. Omawiał z nim plany i propozycje dotyczące upraw oraz portu. Gdy była taka potrzeba, z innymi brał się do pracy i nie bał się pobrudzić sobie rąk przy codziennych, prozaicznych zajęciach. W jednym z gospodarstw budowano właśnie nową stodołę. Markus, rozebrany do pasa, od rana pracował z innymi.

Salome podjechała tam dwukółką i przywołała bratanka, a potem dobrodusznie kpiła z jego zatrudnień. Beth odwróciła wzrok, bo na widok obnażonego muskularnego torsu opalonego na brąz poczuła się zbita z tropu. Utkwiła spojrzenie w stadzie owiec pasących się nieopodal. Wkrótce jednak uświadomiła sobie, że niejako wbrew swojej woli przygląda się znów Markusowi, który poczuł na sobie jej wzrok. Podniósł głowę znad roboty i pytająco uniósł brwi, jakby chciał się dowiedzieć, o co jej właściwie chodzi i czy na pewno dobrze się czuje. Problem w tym, że samopoczucie Beth nie było najlepsze. Policzki miała rozpalone, serce jej kołatało, puls bardzo przyspieszył. Obawiała się, że ma gorączkę. Czy to influenza? Salome zerknęła na nią kątem oka i powiedziała z uśmiechem, że jej zdaniem Beth ma dosyć mocnych wrażeń i powinna wrócić do domu. Po tej zagadkowej uwadze ruszyła prosto do zamku.

Długie jesienne wieczory spędzali Salome, Beth i Markus razem w zamkowej jadalni i salonie. Po kilku dniach wspólnego bytowania w średniowiecznych murach Markus po kolacji podszedł do Beth i poprosił o chwilę rozmowy na osobności. Wyjaśnił, że przez jakiś czas pozostaną na Fairhaven, bo muszą czekać na powrót wielebnego Johna. Markus nie chciał opuścić wyspy, nie omówiwszy z nim i z Salome ważnych spraw dotyczących przyszłości ich obojga, co było niemożliwe, dopóki duchowny nie wróci z Exeter. Beth skwapliwie przyznała mu rację i chętnie zgodziła się przedłużyć pobyt na wyspie. Wolała nie sprawiać wrażenia, jakby zmierzała wymówić Trevithickom dom i pozbyć się ich z Fairhaven. Napisała do Charlotte list z wyjaśnieniem i zapewniła, że na Boże Narodzenie wróci do Mostyn Hall. Gdy się z tym wszystkim uporała, znalazła wreszcie czas, żeby odwiedzić starego wieśniaka, który znał jej dziadka.

Jack Cade mieszkał w samotnej chacie na niewielkim wzgórzu, którą od wioski dzieliło niespełna półtora kilometra. Z relacji Markusa wynikało, że przez całe życie pracował jako rybak, ale na starość nie mógł już wypływać w morze, więc żył samotnie z dala od ludzi. Inni wyspiarze uważali go za dziwaka, ale darzyli szacunkiem, ponieważ należał do grona najstarszych mieszkańców wyspy.

Beth podeszła do drzwi chaty wąską ścieżką obramowaną muszlami. Kilka rachitycznych krzewów rosło pod osłoną pomalowanych na biało ścian, a na trawie porastającej zbocze pagórka walały się stare liny i sieci. Między nimi spokojnie pasły się owce.

Beth nieśmiało zapukała do drzwi. Nadeszła wreszcie odpowiednia chwila, żeby porozmawiać z rówieśnikiem jej dziadka, od którego wiele mogła się dowiedzieć o swojej rodzinie. Była przejęta i podekscytowana. Drzwi skrzypnęły i uchyliły się nieco, a w szparze dostrzegła zgarbioną postać wiekowego starca. Uśmiechnęła się na powitanie.

– Wy jesteście Jack Cade? – odezwała się. – Nazywam się Beth Allerton. Mówiono mi, że znaliście mego dziadka, Charlesa Mostyna. Chciałam prosić, żebyście mi o nim opowiedzieli.

Stary rybak zmierzył ją badawczym spojrzeniem. Oczy miał bystre i lśniące niczym jastrząb, a twarz, szorstka i spalona słońcem na ciemny brąz, przypominała maskę z surowej, marnie wyprawionej skóry. Uśmiechnął się, pokazując poczerniałe, zepsute zęby.

– Tak sobie myślałem, że pani tu przyjdzie, milady. Zgadza się, znałem Charlesa Mostyna i niejedno mogę o nim opowiedzieć.

Beth zadrżała, ogarnięta niecierpliwością. Wkrótce miała poznać całą prawdę i usłyszeć, co się wydarzyło tamtej nocy, gdy lord Mostyn stracił życie.

– Niech jaśnie pani wejdzie do środka i usiądzie sobie powiedział staruszek z uroczą, staroświecką kurtuazją.

Cofnął się, przepuszczając ją w drzwiach, i gestem zaprosił do środka. Zrzucił na podłogę sieci i pływaki pozostawione w fotelu stojącym najbliżej kominka. Beth usiadła i rozejrzała się z ciekawością. W chacie była tylko jedna izba, schludna i starannie urządzona. W kominku płonął ogień. Na ścianach wisiały rozmaite znaleziska wyrzucone na brzeg przez fale i obrobione wcześniej przez nie na podobieństwo osobliwych dzieł sztuki: wielkie poroże, butelka z ciemnego szkła, zbielała i dziwnie powyginana gałąź. Zapewne Cade od dawna kolekcjonował takie ciekawostki.