Выбрать главу

Starzec usiadł w fotelu naprzeciwko Beth. Mrucząc i pojękując, wiercił się tak długo, aż znalazł odpowiednią pozycję. Przysunął sobie butelkę whisky i postukał fajką o poręcz fotela, żeby wyrzucić popiół. Napełnił cybuch świeżym tytoniem. Zapalił i długo pykał w milczeniu, aż fajka dobrze się rozpaliła. W izbie zapachniało wonnym dymem i alkoholem.

– Charles Mostyn… – zaczął z namysłem. – Rządził tu, zanim nastał stary lord. Mówiliśmy o nim: Wredniak. Wredny Lord. – Głos mu się załamał i przeszedł w starczy chichot. – Całkiem inny od tego młodziaka, który tu do nas zjechał. Widać, że miastowy, ale dobry człowiek. Może ze spróchniałego pnia wyszła cudem nowiutka, zdrowa latorośl.

Beth milczała i nie popędzała starego, chociaż jej cierpliwość została wystawiona na trudną próbę. Uśmiechnęła się do Cade'a. Chętnie słuchała, jak wyspiarze chwalą Markusa. W ostatnim tygodniu często miała po temu sposobność.

– Stary lord… – ciągnął Jack Cade. – Podły był bez dwóch zdań. Mostyn też. Obaj siebie warci, łotry. Jedno licho. A my z deszczu pod rynnę.

Beth wyprostowała się i lekko zmarszczyła brwi. Nie wierzyła własnym uszom!

– Z deszczu pod rynnę? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Jedno licho? Cade, jakże to?

Starzec zaciągnął się dymem z fajki. – Trevithick był popędliwy i gwałtowny, Mostyn okrutny podstępny. Jeden krzywdził ludzi w gniewie, a ten drugi z mściwości. Łebski był z niego facet, wie pani? – Surowy wzrok Cade'a przygwoździł Beth do fotela. – Ściągnął nam tu handlarzy, choć mówiliśmy, żeby tego nie robił, bo trefny towar sprowadzi na nas same kłopoty. Ale nie słuchał. On i jego kompani potrzebowali sporo grosza. – Trefny towar?

– No pewnie! Stary lord zadawał się z przemytnikami! – oznajmił tryumfalnie Jack Cade. – Handel szedł wtedy na całego. Statki tylko śmigały wzdłuż wybrzeża. Taka prawda! Kto miał łódź, ładował towar i jazda! Ale Mostyn przebił wszystkich, bo miał wyspę. Rządził tutaj żelazną ręką i robił, co chciał.

Beth siedziała ze ściśniętym gardłem. Nie to spodziewała się usłyszeć. Inne legendy opowiadano jej przed laty w pokoju dziecinnym w Mostyn Hall. Odchrząknęła nerwowo.

– Jesteście pewni, Cade? Rzecz w tym… – Napotkała jego bystre, przeszywające spojrzenie. – Chodzi o to, że w rodzinnych historiach Charles Mostyn został przedstawiony całkiem inaczej.

– A co mieli jaśnie pani opowiadać? Kto by tam chciał mówić całą prawdę ślicznej dzieweczce, która wcześnie straciła rodziców i została sama, samiuteńka? – wyjaśnił z prostotą starzec. – Mostynowie sporo chcieliby ukryć przed światem, oj sporo.

Beth westchnęła głęboko. Trzęsła się cała do tego stopnia, że musiała mocno zacisnąć dłonie, aby przestały dygotać. Nie radosne oczekiwanie, tylko bolesne cierpienie wywołało te dreszcze. Było jej ciężko na sercu, gardło miała tak ściśnięte, że nie potrafiła wykrztusić słowa, ale postanowiła wytrwać do końca opowieści. Musiała poznać całą prawdę.

– Co się wydarzyło? – szepnęła. – Chodzi mi o to, jak Charles Mostyn skończył życie.

Cade popatrzył na nią współczująco. Litował się nad nią. Kolejny cios prosto w serce. Teraz spodziewała się najgorszego.

– W końcu między przemytnikami handlującymi nielegalnie na naszych wodach tyle było scysji, że Trevithick i Mostyn stanęli do walnej rozprawy. – Starzec zakasłał. – Trevithick wygrał i zagarnął wyspę. Od tamtej pory nikt Mostynów nie postawił na niej stopy. Pani jest pierwsza.

– Jak Trevithick zdobył wyspę? – zapytała Beth.

Wpatrywała się uważnie w starego rybaka, który sięgnął po butelkę whisky, pociągnął z niej tęgi łyk, otarł usta rękawem i cmoknął wargami.

– Aha! Ostatnia awantura. Wie pani, wtedy poszło o ładunek brandy, na który czekał Mostyn. Handlarze dostarczyli towar na czas, ale Mostyn spóźnił się na spotkanie. Trevithick go ubiegł i przejął ładunek. Zaproponował przemytnikom podwójną cenę w zamian za odstąpienie ładunku i pomoc w zagarnięciu wyspy. – Cade smutno pokiwał głową. – Nie musiał ich długo przekonywać. Mostyn był powszechnie znienawidzony. Trevithick również uchodził za łotra, ale przynajmniej dobrze płacił, więc gdy Mostyn zjawił się wreszcie, napadli go i rozsiekli na kawałki. Jaśnie pani raczy mi darować. Przy damie nie mówi się takich rzeczy, ale było, jak było i już.

– Sądziłam, że… – Beth urwała w pół zdania, westchnęła głęboko i zaczęła ponownie: – Mówiono mi, że zaatakowali go podstępnie ludzie Trevithicka, który skradł także rodowe srebra.

Staruszek zachichotał.

– Nie było żadnych sreber, milady. Tylko miecz, no i pierścień. – Wstał i pokuśtykał do starego marynarskiego kufra, który stał w rogu izby. – Nigdy go nie włożyłem, bo myślałem, że się nie godzi, skoro Trevimick ściągnął go z trupiego palca. Najlepiej oddam ten klejnot pani, bo to przecież dziadkowy pierścień, więc się pani należy.

Beth odruchowo wyciągnęła rękę, a Cade położył na niej sygnet. Oczyma pełnymi łez popatrzyła na herb Mostynów grawerowany w złocie oraz na dewizę, nieco zatartą po tylu latach i ledwie czytelną: „Pamiętaj”. Ukryła pierścień w zaciśniętej dłoni.

– Co się stało z mieczem Saintonge? – spytała Beth, szczerze zdumiona, że głos jej nie drży. – Czy Trevithick również go zabrał?

Cade pokręcił głową.

– Miecz pękł w czasie walki, milady. Mam tutaj ułomek, ale na pewno całkiem zardzewiał przez te wszystkie lata.

Beth czuła, że lada chwila się rozpłacze, a nie chciała, żeby stary rybak widział, jak zalewa się łzami. Zerwała się na równe nogi.

– Wybaczcie, Cade, muszę iść. To bardzo miło z waszej strony, że mi wszystko opowiedzieliście, ale na mnie już czas.

Cade niezdarnie poklepał jej dłoń.

– Niech łaskawa pani wybaczy staremu. Ja bym ukrył to i owo, ale jego lordowska mość tłumaczył, że należy powiedzieć całą prawdę.

Beth znieruchomiała z dłonią na klamce. Przygnębienie zniknęło, a łzy szybko obeschły. Spojrzała na Cade'a. Promień słońca wpadający do izby przez okno świecił jej prosto w twarz, więc zniecierpliwiona cofnęła się w cień.

– Jego lordowska mość? Lord Trevithick? Kiedy z wami rozmawiał?

– Zajrzał niedawno i uprzedził, że lady Allerton szuka ludzi, którzy znali jej dziadka. Zapowiedział mi, żebym niczego nie ukrywał. Mówił, że to ważne.

Beth obróciła się na pięcie i wybiegła z chaty. Przestraszone owce, które skubały trawę przy furtce, rozpierzchły się na wszystkie strony. Beth popędziła w stronę wioski. Gdy weszła między chaty, czuła na sobie ciekawskie spojrzenia gapiów. Jak burza wpadła przez bramę na dziedziniec gospodarstwa, gdzie ostatnio widziała Markusa ładującego siano na wóz. Na szczęście jeszcze tam był. Właśnie rzucano do sąsieka ostatnie wiązki. Markus stał obok stodoły, gawędząc z Colinem McCrae.

– Lordzie Trevithick! – Daremnie usiłowała przybrać władczy ton. Głos jej drżał, jakby miała wybuchnąć płaczem. Trzeba wziąć się w garść! – Lordzie Trevithick, muszę z panem porozmawiać. Natychmiast!

Markus zamienił jeszcze kilka słów z Colinem McCrae, podszedł do Beth, wziął ją pod rękę i wyprowadził za bramę.

– Widziała się pani z Cade'em, lady Allerton? Jak nastrój? – zapytał, przyglądając się jej badawczo.

– Fatalny! – odparła ze złością. Na policzkach miała ciemne rumieńce. Mimo jesiennego chłodu było jej gorąco.

– Jak pan śmiał postawić mnie w takiej sytuacji, milordzie!

– Oburzona podniosła głos. – Posłał mnie pan do tego starca, chociaż wiedział pan, jaką opowieść o moim dziadku od niego usłyszę. Mógł pan zaoszczędzić mi cierpień, samemu opowiadając to wszystko.