– To nie jest odpowiednie miejsce na takie rozmowy – ostrzegł Markus, ściskając jej dłoń. Obejrzał się przez ramię i zobaczył grupkę wieśniaków, którzy mimo oznak zakłopotania z ciekawością przyglądali się jaśnie państwu. Beth odsunęła się ostentacyjnie. W tym momencie było jej całkiem obojętne, kto ją obserwuje. Nie przejęłaby się nawet wtedy, gdyby wszyscy mieszkańcy wyspy zbiegli się tutaj, szukając rozrywki.
– Proszę mnie puścić! – syknęła. – Zachował się pan haniebnie.
Markus spojrzał na nią gniewnie i mocno chwycił za ramię.
– Czy uwierzyłaby mi pani, gdybym oznajmił, że Charles Mostyn był zwykłym przemytnikiem, lady Allerton? Nie sądzę. Do niedawna w ogóle mi pani nie ufała. Uznałem, że powinna pani usłyszeć te rewelacje z innego źródła.
Beth długo patrzyła w ciemne oczy, lśniące z gniewu i oburzenia. Gapie przestępowali z nogi na nogę i szeptali między sobą. Stali w pobliżu, więc Beth słyszała ich stłumione głosy.
– Cade gadał z nią o Charlesie Mostynie. Biedactwo tamci wmówili jej, że był dobrym człowiekiem.
Ich współczucie sprawiło, że przepełniła się czara goryczy. Tylko Markus nie miał dla niej litości. Smagła twarz była niczym kamienna maska. Beth z krzykiem wyrwała mu ramię. Odwróciła się plecami do wszystkich i ruszyła po stromym zboczu, pędząc ku zamkowi. Nogi niosły ją tak szybko, że lękała się upadku, ale nie była w stanie się zatrzymać. Wiatr świszczał jej w uszach, kosmyki włosów zasłaniały oczy, więc niewiele widziała. W pędzie otworzyła zamkową bramę i biegła przez trawnik w stronę urwiska.
– Beth! Na miłość boską! Zatrzymaj się, bo spadniesz! Markus podbiegł z tyłu i chwycił ją wpół. Zabrakło jej tchu, gdy oboje zwalili się na ziemię. Rozżalona i oburzona, zanosiła się od płaczu. Daremnie próbowała go odepchnąć i wyrwać się z mocnego uścisku. Musiał całym swoim ciężarem przygnieść ją do ziemi, żeby zaniechała oporu. Leżała nieruchomo, starając się powstrzymać szloch. Przez płaszcz czuła chłód wilgotnej trawy. Gorące łzy spływały jej po policzkach, wsiąkając w podmokły grunt. – Beth, kochanie… – usłyszała łagodny i współczujący głos Markusa. Nie opierała się, gdy usiadł i wziął ją w ramiona, kołysząc jak dziecko. Płakała, jakby jej miało serce pęknąć. Długo wylewała potoki łez. Wkrótce klapy jego surduta były zupełnie mokre. Cierpliwie głaskał ją po włosach i pocieszał, przemawiając łagodnym głosem. Mruczał słowa pozbawione sensu, które jednak koiły stargane nerwy lepiej niż sole trzeźwiące. Wieki minęły, nim uniosła głowę, wierzchem dłoni wytarła mokre policzki i powiedziała cicho:
– Ja nigdy nie płaczę.
Markus uśmiechnął się i odgarnął ciemne włosy zasłaniające mokrą twarz.
– Aha. Zauważyłem. – Wstał i pomógł jej się podnieść. – Chodź, musisz wejść do środka. Przesiadywanie na mokrym trawniku z pewnością nie wyjdzie ci na zdrowie. – Oboje byli tak przejęci, że zapomnieli o formach grzecznościowych.
Beth przytuliła się do niego.
– Markusie.
– Wiem. – Na moment zamknął ją w mocnym uścisku, a potem objął w talii i poprowadził w stronę zaniku.
Lady Salome powitała ich u frontowych drzwi. Niosła napełniony owocami ogrodniczy kosz. Wyglądała na zatroskaną.
– Wiem o wszystkim – oznajmiła, współczująco głaszcząc ramię Beth. – Moje biedne dziecko, w jednej chwili pozbawiono cię złudzeń. Życie bywa okrutne. Rani do krwi.
Oto jest krew nowego przymierza… Mateusz, dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem!
Zapłakana Beth dostała czkawki i zaczęła chichotać.
– Lady Salome, pani zawsze wie, jak dodać człowiekowi otuchy.
– Kieliszek madery i łóżko nagrzane szkandelą. Tego ci potrzeba, dziecino – zarządziła Salome. – Idź na górę, kochanie. Dopilnuję, żebyś wypoczęła. A ja wam dam ukojenie.
– Księga Wyjścia, rozdział trzydziesty drugi, wers szesnasty – oznajmił z westchnieniem Markus.
– Mateusz, rozdział jedenasty, wers dwudziesty ósmy – rzuciła na odchodnym lady Salome i spojrzała na niego z politowaniem. – Markusie, zawołaj panią McCrae i poproś, żeby przyniosła gorący bulion i moje mikstury.
– Nie jestem chora! – pisnęła z oburzeniem Beth, wleczona na górę silną ręką lady Salome.
– Bzdura! Przeżyłaś szok, więc musisz się najeść, dużo pić i porządnie wypocząć. Dam ci coś na sen – oznajmiła starsza pani tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Uchyliła drzwi sypialni i stanowczym gestem wepchnęła Beth do środka.
– Zapamiętaj sobie moje słowa. Za pół godziny będziesz spała jak suseł.
Beth słuchała kojącego szumu morza. Niechętnie otworzyła oczy. W sypialni paliła się świeca, zasłony były zaciągnięte. Przy łóżku siedziała zaczytana Marta McCrae. Gdy podniosła wzrok znad książki i napotkała spojrzenie Beth, uśmiechnęła się szeroko.
– Jak się pani czuje, milady?
– Spałam? – Beth zmarszczyła czoło. – Dobry Boże! Pamiętam tylko, że lady Salome kazała mi wypić kieliszek madery i potem nic. Ciemność. Ojej, jestem okropnie głodna!
Marta zerwała się na równe nogi. – Jest świeżutki rosół ugotowany dziś po południu, milady. Skoczę na dół i zaraz przyniosę… – Proszę zaczekać! – przerwała Beth. Położyła dłoń na rękawie ochmistrzyni. – Marto, proszę mi odpowiedzieć na jedno pytanie. Czy wszyscy na Fairhaven wiedzą, jakim nikczemnikiem był mój dziadek?
Marta wierciła się niespokojnie, unikając wzroku Beth.
– Tak, milady. Każdy tu u nas zna dawne opowieści, ale tylko stary Jack Cade i niektórzy jego rówieśnicy pamiętają… – Załamała dłonie. – Tak mi przykro, milady. Sądziliśmy, że pani też słyszała, jak to było. Potem jego lordowska mość wyjaśnił Colinowi, że opowiadano pani całkiem inne historie. Baliśmy się, co z panią będzie, kiedy prawda wyjdzie na jaw… – Spojrzenie smutnych piwnych oczu, wyrażające głębokie współczucie, spotkało się ze wzrokiem Beth. – Ostatnimi czasy tyle mamy zmian. Jego lordowska mość zaczął się nami interesować, a potem nagle oznajmił, że pani dostaje Fairhaven, więc lękaliśmy się, co będzie z lady Salome i wielebnym Johnem. Wszystko się skomplikowało. Nie wiedzieliśmy, co z tego wyniknie.
Beth kiwnęła głową.
– Rozumiem. Mogę tylko zapewnić, że zainteresowanie wyspą okazywane przez lorda Trevithicka jest szczere. Tyle już zrobił dobrego…
Marta uśmiechnęła się. Można by pomyśleć, że słońce przedarło się przez chmury.
– Oj, milady! Teraz dopiero jesteśmy w kropce. Jak to mówią, osiołkowi w żłoby dano. Już wiemy, że zależy pani na pomyślności Fairhaven, ale lord Trevithick to dobry człowiek i wiele już dla nas zrobił. Gdyby się udało zatrzymać was oboje… – Umilkła w pół zdania, wstała i dygnęła wdzięcznie. – Przepraszam, milady. Nie chciałam być impertynencka. Zaraz przyniosę rosół.
Beth leżała w ciepłym łóżku, rozmyślając o wydarzeniach ostatnich dni. Znała teraz wszystkie przyczyny, które sprawiły, że wyspiarze przyjęli ją chłodno. Była przecież wnuczką bezwzględnego Charlesa Mostyna. Usiadła na łóżku, sięgnęła po lizeskę i narzuciła ją na ramiona.
– Jaka szkoda! Nasza chora jest zapięta pod samą szyję! – Znajomy głos dobiegający od progu wyrwał ją z zadumy. Spojrzała na drzwi i zobaczyła Markusa idącego w stronę łóżka. Jak dawniej uśmiechał się kpiąco. Gestem wskazał brzeg posłania.
– Mogę?
– No cóż… – Zmarszczyła brwi. – Nie wypada, żeby pan mnie tu odwiedzał, milordzie – odparta bardzo oficjalnym tonem. – Co by na to powiedziała lady Salome?