Выбрать главу

— Całe szczęście, że jesteśmy wśród chrześcijan — szepnęła Hazel Crosby do męża — bo byłabym trochę przestraszona.

Za nami stał ksylofon.

Na ksylofonie połyskiwały litery inkrustowane granatami i kryształami górskimi.

Układały się one w słowo “Mona”.

63. BOGOBOJNI I WOLNI

Na lewo od trybuny stało rzędem sześć starych samolotów myśliwskich, pomoc wojskowa Stanów Zjednoczonych dla San Lorenzo. Na kadłubie każdego samolotu wymalowany był z dziecięcym sadyzmem boa dusiciel miażdżący w swoim uścisku diabła. Krew tryskała z diabelskich uszu, nosa i ust, a z jego czerwonych palców wypadały widły.

Przed każdym samolotem stał pilot koloru płatków owsianych, również w milczeniu.

Nagle wśród nabrzmiałej ciszy rozległ się dokuczliwy dźwięk jakby brzęczenie moskita. Był to dźwięk zbliżającej się syreny. Syrena znajdowała się w czarnej limuzynie “Papy”.

Lśniący cadillac zatrzymał się przed nami z piskiem opon.

Wysiadł z niego “Papa” Monzano, jego adoptowana córka Mona Aamons Monzano oraz Franklin Hoenikker.

Na lekkie, władcze skinienie “Papy” tłum odśpiewał hymn narodowy San Lorenzo. Melodia była zapożyczona ze znanej amerykańskiej piosenki Dom na prerii. Słowa zostały napisane w roku 1922 przez Lionela Boyda Johnsona, czyli Bokonona. Brzmiały one następująco:

Nie zapomnisz o wyspie, Gdzie niewiasty są czyste, Gdzie odwagą i siłą rekina Słynie każdy mężczyzną, To jest nasza ojczyzna, To wybrana przez Boga kraina.
San, San Lo-ren-zo! Brudną ręką tu sięgnąć po łup Żaden wróg się nie waży, Kiedy czuwa na straży Bogobojny i wolny twój lud!

64. POKÓJ I DOBROBYT

Potem tłum znowu zapadł w grobowe milczenie.

Rozległ się werbel i na trybunę weszli “Papa”, Mona i Frank. Na znak “Papy” werbel umilkł.

Na bluzie, na rzemieniu przewieszonym przez ramię, “Papa” nosił kaburę, w której spoczywała chromowana czterdziestka piątka. Był on starym, bardzo starym człowiekiem, podobnie jak wielu członków mego karassu. Nie wyglądał dobrze. Poruszał się krótkim, chwiejnym krokiem. Nadal jeszcze był tęgim mężczyzną, ale widocznie jego tłuszcz szybko topniał, gdyż prosty w kroju mundur był na niego wyraźnie za luźny. Ręce mu drżały, a jego żabie oczy miały kolor żółty.

Funkcje adiutanta pełnił przy nim ubrany w biały mundur generał major Franklin Hoenikker. Ze swoimi wąskimi ramionami i chudymi rączynami sprawiał wrażenie dziecka, które o tej porze dawno już powinno być w łóżku. Na jego piersi wisiał medal.

Dostrzegłem tych dwóch, “Papę” i Franka, z pewnym trudem — nie dlatego, żeby coś mi zasłaniało widok, ale dlatego, że nie mogłem oderwać oczu od Mony. Byłem zachwycony, wstrząśnięty, zmiażdżony, wniebowzięty. Wszystkie pożądliwe, nierealne marzenia, jakie kiedykolwiek snułem na temat kobiet, znalazły swoje ucieleśnienie w osobie Mony. Oto gdzie, niech Bóg ma w opiece jej ciepłą i śmietankową duszę, był pokój i dobrobyt.

Ta dziewczyna, która przecież miała zaledwie osiemnaście lat, była zachwycająco pogodna. Zdawała się wszystko rozumieć i jednocześnie była wszystkim, co jest do zrozumienia. W Księdze Bokonona jest wymieniona z imienia. Bokonon powiada o niej: “Mona jest prosta jak świat.”

Ubrana była w białą grecką tunikę.

Na drobnych, brązowych stopach miała sandały bez obcasa.

Jej miękkie, długie włosy były koloru jasnego złota.

Jej biodra miały kształt liry.

Boże!

Pokój i dobrobyt na zawsze.

Mona była jedyną piękną dziewczyną na San Lorenzo. Była skarbem narodowym. “Papa” adoptował ją, aby, jak twierdzi Filip Castle, wesprzeć swoje brutalne rządy elementem nadprzyrodzonym.

Wysunięto na środek trybuny ksylofon i Mona zagrała. Zagrała Gdy kończy się dzień. Było to nieustające tremolo, które narastało, przycichało i znowu narastało.

Tłum stał oszołomiony pięknem.

Potem przyszła kolej na “Papę”.

65. NAJODPOWIEDNIEJSZY MOMENT DO ODWIEDZENIA SAN LORENZO

“Papa” nie miał żadnego formalnego wykształcenia. Był kiedyś kamerdynerem kaprala McCabe’a. Nigdy w życiu nie opuszczał wyspy. Po angielsku mówił stosunkowo poprawnie.

Wszystko, co mówił ktoś ze stojących na trybunie, powtarzały rykiem potężne głośniki.

Dźwięki wyrzucane z tych głośników wypełniały szeroki, krótki bulwar za plecami tłumu, odbijały się od przeszklonych fasad trzech nowych budynków i z rechotem wracały.

— Witajcie — mówił “Papa”. — Przybywacie do kraju, który jest najlepszym przyjacielem Ameryki. Polityka amerykańska spotyka się z niezrozumieniem w wielu krajach, ale u nas jest inaczej, panie ambasadorze.

Tu “Papa” skłonił się przed fabrykantem rowerów H. Lowe’em Crosbym, biorąc go za nowego ambasadora.

— Wiem, że ma pan dobry kraj, panie prezydencie — powiedział Crosby. — Wszystko, co o nim słyszałem, budzi moją sympatię. Jest tylko jedno ale…

— Tak?

— Nie jestem ambasadorem. Bardzo bym chciał być ambasadorem, ale jestem tylko zwykłym, szeregowym człowiekiem interesu. To tamten pan jest tą grubą rybą, o którą panu chodzi.

Widać było, że wskazanie prawdziwego ambasadora sprawia mu przykrość.

— Ach tak! — “Papa” uśmiechnął się, ale nagle jego twarz skamieniała. Jakiś wewnętrzny ból wykrzywił jego rysy, “Papa” zgiął się wpół i zamknąwszy oczy skupił się na tym, żeby przetrzymać atak bólu.

Frank Hoenikker pośpieszył mu na pomoc, ale nie bardzo wiedział, co robić.

— Czy źle się czujesz? — spytał.

— Przepraszam — wyszeptał wreszcie “Papa”, unosząc głowę. Miał w oczach łzy. Otarł je, prostując się na całą wysokość.

— Co proszę? — spytał.

Przez chwilę sprawiał wrażenie, że nie wie, gdzie jest i co ma robić. Potem przypomniał sobie i wyciągnął rękę do Horlicka Mintona.

— Witajcie, jesteście tu wśród przyjaciół — powiedział.

— Nie wątpię — odpowiedział Minton uprzejmie.

— Wśród chrześcijan.

— Bardzo się cieszę.

— Wśród antykomunistów.

— To dobrze.

— U nas nie ma komunistów — mówił “Papa”. — Boją się haka.

— Można ich zrozumieć — powiedział Minton.

— Przybyliście do nas w najodpowiedniejszym momencie. Jutro będzie jeden z najpiękniejszych dni w historii naszego kraju. Jutro przypada nasze największe święto narodowe, Dzień Stu Męczenników za Demokrację. Będzie to jednocześnie dzień zaręczyn generała majora Hoenikkera z Moną Aamons Monzano, największym skarbem moim i całego San Lorenzo.

— Życzę pani wiele szczęścia, panno Monzano — powiedział Minton z uczuciem. — A panu gratuluję, generale Hoenikker.

Oboje młodzi podziękowali ukłonami.

Minton zaczął mówić o tak zwanych stu męczennikach za demokrację, przy czym łgał jak najęty.

— W Ameryce każde dziecko szkolne zna historię szlachetnego poświęcenia narodu San Lorenzo w czasie drugiej wojny światowej. Stu bohaterskich mieszkańców wyspy, których święto jutro obchodzimy, oddało sprawie wolności to, co człowiek ma najcenniejszego. Prezydent Stanów Zjednoczonych prosił mnie, abym był jego osobistym przedstawicielem na jutrzejszej uroczystości i rzucił do morza wieniec, dar narodu amerykańskiego dla narodu San Lorenzo.