Выбрать главу

Był biały.

Artysta układał z listków złota włosy opadające na łabędzią szyję Mony.

Crosby poszedł, aby go sfotografować, i po chwili wrócił, oświadczając, że jest to największy szczyl, jakiego kiedykolwiek spotkał. Jego twarz miała kolor soku pomidorowego, kiedy mi to mówił.

— Nie można się do niego odezwać słowem, żeby zaraz wszystkiego nie przekręcił — dodał.

Podszedłem więc i ja do artysty, obserwowałem go przez chwilę i powiedziałem:

— Zazdroszczę panu.

— Wiedziałem, że tak będzie — westchnął. — Wiedziałem, że jak będę czekać odpowiednio długo, to znajdzie się ktoś, kto przyjdzie i pozazdrości mi. Powtarzałem sobie, że muszę być cierpliwy, a wcześniej czy później trafi tu jakiś zazdrośnik.

— Pan jest Amerykaninem?

— Mam to szczęście.

Ani na chwilę nie przerwał swojej pracy, mój wygląd wyraźnie go nie interesował.

— Czy pan też chce mnie sfotografować?

— Ma pan coś przeciwko temu?

— Myślę, więc jestem, a skoro jestem, to można mnie fotografować.

— Niestety nie mam przy sobie aparatu.

— Więc, na litość boską, niechże pan biegnie po niego! Chyba nie należy pan do tych, którzy polegają na swojej pamięci?

— Myślę, że nieprędko zapomnę twarz, nad którą pan pracuje.

— Zapomni pan w chwili śmierci, podobnie jak ja. Kiedy umrę, mam zamiar zapomnieć wszystko, i panu radzę zrobić to samo.

— Ona panu pozowała, czy też robi pan to na podstawie fotografii albo czegoś takiego?

— Czegoś takiego.

— Proszę?

— Robię to na podstawie czegoś takiego — postukał się po skroni. — Mam wszystko w tej swojej godnej pozazdroszczenia głowie.

— Pan ją zna?

— Mam to szczęście.

— Ten Frank Hoenikker jest szczęściarzem.

— Frank Hoenikker jest gówniarzem.

— Można powiedzieć, że jest pan szczery.

— Jestem również bogaty.

— Bardzo się cieszę.

— Jeśli interesuje pana zdanie eksperta w tych sprawach, to mogę panu zdradzić, że pieniądze wcale nie dają szczęścia.

— Dziękuję za informację. Dzięki niej uniknę masy kłopotów, bo właśnie miałem zamiar zarobić trochę pieniędzy.

— W jaki sposób?

— Pisaniem.

— Ja też napisałem kiedyś książkę.

— Jaką?

— San Lorenzo. Kraj, Historia, Ludzie.

70. UCZEŃ BOKONONA

— Jest pan zatem — powiedziałem — Filipem Castle, synem Juliana Castle.

— Mam to szczęście.

— Przyjechałem tu, żeby zobaczyć się z pańskim ojcem.

— Jest pan może sprzedawcą aspiryny?

— Nie.

— Szkoda. Ojcu kończy się aspiryna. A może ma pan jakieś cudowne leki? Ojciec lubi dokonać cudu od czasu do czasu.

— Nie jestem sprzedawcą leków. Jestem pisarzem.

— Skąd ta pewność, że pisarz nie jest sprzedawcą leków?

— Poddaję się. Jeden zero dla pana.

— Ojcu potrzebna jest książka, którą mógłby czytać ludziom umierającym albo cierpiącym straszliwe bóle. Może przypadkiem napisał pan coś w tym rodzaju?

— Na razie nie.

— Myślę, że na tym można by zarobić. To już druga cenna rada, jaką panu dziś daję.

— Może mógłbym przerobić Psalm Dwudziesty Trzeci, pozmieniać go tak, żeby nie poznano, że to nie jest moje oryginalne dzieło.

— Bokonon próbował go już przerobić i stwierdził, że nie da się tam zmienić ani jednego słowa.

— Czy jego też pan zna?

— Mam to szczęście. Był moim nauczycielem, kiedy byłem małym chłopcem. Wskazał z czułością na mozaikę.

— Był też nauczycielem Mony. — Czy był dobrym nauczycielem?

— Mona i ja potrafimy czytać, pisać i trochę liczyć, jeśli o to panu chodzi — powiedział Castle.

71. DLACZEGO DOBRZE JEST BYĆ AMERYKANINEM

H. Lowe Crosby zbliżył się, aby ponownie zaatakować tego szczyla Castle’a.

— Za kogo ty się właściwie uważasz? — spytał szyderczo Crosby. — Za hippiesa czy co?

— Uważam się za bokononistę.

— Jeśli się nie mylę, to jest w tym kraju zakazane.

— Tak się składa, że mam szczęście być Amerykaninem. Przyznawałem się, że jestem bokononistą, zawsze, kiedy tylko przyszła mi na to ochota, i jak dotychczas nikt mnie nie ruszył.

— Uważam, że należy przestrzegać praw kraju, w którym się człowiek znajduje.

— Stara piosenka.

Crosby posiniał z wściekłości.

— Pocałuj mnie w dupę!

— I ty mnie też — powiedział Castle łagodnie — razem z twoim Dniem Matki i Bożym Narodzeniem.

Crosby wściekły podszedł do recepcjonisty za kontuarem i powiedział:

— Składam skargę na tego tam szczyla, tak zwanego artystę. Macie piękny mały kraj, który próbuje ściągnąć turystów i kapitał zagraniczny. Ale po rozmowie z tym facetem nie chcę więcej patrzeć na San Lorenzo — i każdego, kto spyta mnie o wasz kraj, ostrzegę, żeby trzymał się stąd jak najdalej. Możliwe, że będziecie mieli ładny obrazek na ścianie, ale, jak Boga kocham, ten szczyl, który go robi, jest najbezczelniejszym na świecie skurwielem, który wszystko potrafi obrzydzić.

Recepcjonista pobladł.

— Proszę pana…

— Słucham, co masz do powiedzenia? — spytał Crosby, pałając świętym oburzeniem.

— Proszę pana, to jest właściciel tego hotelu.

72. OBERŻA POD SZCZYLEM

Crosby i jego żona opuścili hotel Casa Mona. Crosby nazwał go Oberżą pod Szczylem i zażądał pomieszczenia w ambasadzie amerykańskiej.

Tak więc zostałem jako jedyny gość w stupokojowym hotelu.

Mój pokój był bardzo przyjemny. Jego okna, podobnie jak i we wszystkich innych pokojach, wychodziły na Bulwar Stu Męczenników za Demokrację, za którym widać było lotnisko Monzano i port. Hotel Casa Mona przypominał szafę biblioteczną: miał masywne ściany z boków i z tyłu, a cały front oszklony był błękitnozielonymi szybami. W ten sposób brud i nędza, otaczające hotel z trzech stron, pozostawały niewidoczne.

W pokoju działała klimatyzacja. Było wręcz chłodno i po przejściu w ten chłód z potwornego upału zacząłem kichać.

Na nocnym stoliku stały świeże kwiaty, ale łóżko było jeszcze nie pościelone. Nie było nawet poduszki. Tylko goły, nowiutki sprężynowy materac. W szafie nie było też wieszaków, a w łazience papieru toaletowego.

Wyszedłem na korytarz w poszukiwaniu pokojówki, która uzupełniłaby wyposażenie pokoju. Nie było widać żywej duszy, ale zza otwartych drzwi w końcu korytarza dobiegały mnie jakieś odgłosy.

Poszedłem tam i zobaczyłem obszerny apartament z podłogą przykrytą szmatami. Pokój właśnie malowano, ale kiedy wszedłem, dwaj malarze nie byli zajęci pracą, tylko siedzieli na parapecie ogromnego okna.

Byli boso. Oczy mieli zamknięte. Siedzieli twarzami do siebie, dotykając się podeszwami bosych stóp.

Każdy z nich obejmował własne łydki, tworząc nieruchomy trójkąt.

Chrząknąłem.

Malarze stoczyli się z parapetu na zachlapane farbą szmaty. Spadli na czworaki i tak już pozostali, z tyłkami do góry i z nosami przy ziemi.

Czekali na śmierć.

— Przepraszam — powiedziałem zdumiony.

— Proszę nie mówić — błagali płaczliwym głosem — proszę nas nie zdradzić.