Выбрать главу

— Może w takim razie pojadę do swojego hotelu — powiedziałem — i spotkamy się, kiedy kryzys minie.

— Nie, nie, nie. Proszę zostać na miejscu! Chcę, żeby był pan tam, gdzie będę mógł natychmiast skontaktować się z panem.

Bał się, że mu gdzieś zginę. Nie mając pojęcia, skąd bierze się to jego zainteresowanie moją osobą, ja też poczułem strach.

— Czy może mi pan powiedzieć z grubsza, o co chodzi? — spytałem.

— Nie przez telefon.

— Czy to ma związek z pańskim ojcem?

— Chodzi o pana.

— O coś, co zrobiłem?

— O coś, co pan zrobi.

Usłyszałem w słuchawce gdakanie kury. Potem otworzono drzwi i rozległy się dźwięki ksylofonu. Była to znowu melodia Gdy kończy się dzień. Potem drzwi zamknięto i muzyka ucichła.

— Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby dał mi pan przynajmniej do zrozumienia, na czym ma polegać to moje zadanie, tak żebym mógł się przygotować — powiedziałem.

— Zah-mah-ki-bo.

— Co?

— To taki bokononistyczny termin.

— Nie znam żadnych bokononistycznych terminów.

— Czy jest tam Julian Castle?

— Jest.

— Niech pan jego zapyta — powiedział Frank. — Muszę już iść.

Frank odłożył słuchawkę. Spytałem więc Juliana Castle, co to znaczy zah-mah-ki-bo.

— Chce pan usłyszeć prostą odpowiedź czy pełną?

— Zacznijmy od prostej.

— Przeznaczenie, nieunikniony los.

83. DOKTOR SCHLICHTER VON KOENIGSWALD WYRÓWNUJE RACHUNEK

— Rak — stwierdził Julian Castle, kiedy w czasie obiadu opowiedziałem mu, że “Papa” umiera w mękach.

— Rak czego?

— Prawie wszystkiego. Mówi pan, że on dziś zemdlał na trybunie honorowej?

— Ależ tak — powiedziała Angela.

— To skutek narkotyków — oświadczył Castle. — Doszedł teraz do tego, że narkotyki i ból równoważą się nawzajem. Zwiększenie dawki narkotyków oznaczałoby pewną śmierć.

— Myślę, że sam bym się zabił — mruknął Newt.

Siedział w czymś w rodzaju wysokiego składanego fotela, który wszędzie z sobą zabierał. Był on zrobiony z aluminiowych rurek i z płótna.

— Lepsze to niż siedzieć na słowniku, atlasie i książce telefonicznej — powiedział rozkładając swój fotel.

— Tak właśnie zrobił kapral McCabe — powiedział Castle. — Mianował swego kamerdynera następcą i strzelił sobie w łeb.

— Też rak? — spytałem.

— Na pewno nie wiem, ale nie przypuszczam. Według mnie zniszczyła go konieczność czynienia wyłącznie zła. Wszystko to było jeszcze przed moim przybyciem.

— Co za wesoły temat do rozmowy — powiedziała Angela.

— Wszyscy chyba zgodzą się ze mną, że żyjemy w wesołych czasach — powiedział Castle.

— A ja myślę, że poświęcając swoje życie dla dobra innych ma pan więcej powodów do radości z życia niż inni ludzie — powiedziałem.

— Miałem też kiedyś jacht.

— Nie rozumiem.

— Posiadacz jachtu również ma więcej powodów do radości niż pozostali ludzie.

— Jeśli to nie pan jest lekarzem “Papy”, to kto go leczy?

— Jeden z moich lekarzy, niejaki doktor Schlichter von Koenigswald.

— Niemiec?

— Mniej więcej. Był przez czternaście lat w SS, w tym przez sześć lat jako lekarz obozowy w Oświęcimiu.

— Odprawia teraz pokutę w Domu Nadziei i Miłosierdzia?

— Tak — odpowiedział Castle — i robi wielkie postępy, ratując ludziom życie na prawo i na lewo.

— To dobrze.

— Tak. Jeśli będzie nadal odrabiał straty z taką szybkością, pracując dzień i noc, to liczba ludzi, którym uratuje życie, zrówna się z liczbą ludzi, których wysłał na tamten świat, w roku trzytysięcznym dziesiątym.

84. ZACIEMNIENIE

W trzy godziny po kolacji Franka nadal nie było. Julian Castle przeprosił i odjechał do swego Domu Nadziei i Miłosierdzia w Dżungli.

Angela, Newt i ja siedzieliśmy na wiszącym tarasie. Pięknie wyglądały w dole światła Bolivaru. Na dachu dworca lotniczego Monzano wznosił się wielki, iluminowany krzyż. Poruszany motorem obracał się powoli, atakując cztery strony świata swoją zelektryfikowaną pobożnością.

Na wyspie były jeszcze inne źródła światła, na północ od nas. Góry zasłaniały przed nami same światła, ale widzieliśmy ich odblask na niebie. Spytałem Stanleya, kamerdynera Franka Hoenikkera, co to za światła.

Wskazał mi je od lewej do prawej:

— Dom Nadziei i Miłosierdzia w Dżungli, pałac “Papy”, Fort Jezus.

— Fort Jezus?

— Obóz ćwiczebny naszych żołnierzy.

— Nazwano go imieniem Jezusa Chrystusa?

— Oczywiście. A cóż w tym złego?

Na północy ukazało się nowe źródło światła, które rosło z każdą chwilą. Zanim zdążyłem spytać, co to takiego, okazało się, że są to reflektory samochodów wjeżdżających na przełęcz. Światła zbliżały się w naszą stronę. Był to cały konwój, składający się z pięciu amerykańskich ciężarówek. Na dachach kabin stały gotowe do strzału ciężkie karabiny maszynowe.

Ciężarówki zajechały przed dom i natychmiast wysypali się z nich żołnierze. Od razu przystąpili do pracy, kopiąc okopy i gniazda dla karabinów maszynowych. Wyszedłem ze Stanleyem, aby spytać dowodzącego oficera, co się właściwie dzieje.

— Otrzymaliśmy rozkaz, aby ochraniać następnego prezydenta San Lorenzo — wyjaśnił oficer w miejscowym dialekcie.

— Nie ma go tutaj — poinformowałem go.

— Nic mi na ten temat nie wiadomo. Mam rozkaz, aby się tu okopać. To wszystko, co wiem.

Powiedziałem o wszystkim Angeli i Newtowi.

— Czy sądzi pan, że jest jakieś niebezpieczeństwo? — zwróciła się do mnie Angela.

— Ja sam jestem tu obcy — powiedziałem. W tym momencie nastąpiła awaria elektryczności. Na całej wyspie zgasło światło.

85. STEK BZDUR

Służący wnieśli lampy naftowe, uspokajając nas, że przerwy w dopływie prądu są na San Lorenzo czymś pospolitym i nie ma powodu do obaw. Ja jednak nie potrafiłem pokonać niepokoju od czasu, kiedy usłyszałem od Franka o moim zah-mah-ki-bo.

Odniosłem wrażenie, że moja wolna wola liczy się w tym wszystkim nie więcej niż wolna wola wieprzka pędzonego do rzeźni w Chicago.

Przypomniał mi się kamienny anioł z Ilium.

Z zewnątrz dobiegały odgłosy pracy żołnierzy: brzęk, stukot, okrzyki.

Nie potrafiłem skupić się na rozmowie Angeli i Newta, mimo że temat był interesujący. Dowiedziałem się, że ich ojciec miał identycznego brata-bliźniaka. Angela i Newt nigdy go nie widzieli. Nazywał się Rudolf. Kiedy po raz ostatni mieli o nim wiadomości, zajmował się produkcją pozytywek w Zurychu, w Szwajcarii.

— Ojciec rzadko kiedy o nim wspominał — powiedziała Angela.

— Ojciec w ogóle rzadko o kimś wspominał — dodał Newt.

Okazało się, że stary Hoenikker miał również siostrę. Nazywała się Celia i prowadziła hodowlę sznaucerów olbrzymich w miejscowości Shelter Island w stanie Nowy Jork.

— Zawsze przysyła nam kartki z życzeniami na święta — powiedziała Angela.

— Ze zdjęciem sznaucera olbrzymiego — dodał mały Newt.

— To dziwne, jacy różni ludzie rodzą się w tej samej rodzinie — zauważyła Angela.

— Bardzo trafna uwaga — zgodziłem się, po czym pożegnałem to błyskotliwe towarzystwo i spytałem Stanleya, czy nie znajdzie się gdzieś w domu egzemplarz Księgi Bokonona.