Выбрать главу

Stanley najpierw udawał, że nie rozumie, o co chodzi. Potem mruczał, że Księga Bokonona to świństwo i że każdy, kto ją czyta, powinien zawisnąć na haku. Wreszcie przyniósł mi egzemplarz, leżący na nocnym stoliku Franka.

Była to ciężka księga, rozmiarów porządnego słownika.

Pisana była ręcznie. Przetaszczyłem ją do swojej sypialni, na swoje skalne łoże.

Księga nie miała skorowidza i moje poszukiwania znaczenia słowa zah-mah-ki-bo nie były łatwe; prawdę mówiąc, były wręcz bezowocne tej nocy.

Dowiedziałem się kilku rzeczy, które jednak niczego nie wyjaśniały. Poznałem na przykład bokononistyczną kosmogonię, według której Borasisi, słońce, obłapiało Pabu, czyli księżyc, w nadziei, że Pabu urodzi mu ogniste dziecko.

Ale biedna Pabu rodziła dzieci zimne, bez ognia, i Borasisi ze wstrętem odpychał je od siebie. Były to planety, które z bezpiecznej odległości okrążały swego gniewnego ojca.

Potem również biedna Pabu została odepchnięta i zamieszkała ze swoim ulubionym dzieckiem, którym była Ziemia. Pabu upodobała sobie Ziemię, ponieważ na Ziemi byli ludzie, którzy wznosili ku niej wzrok i darzyli ją sympatią.

Co sądził Bokonon o swojej własnej kosmogonii?

“Foma! Łgarstwo! — pisał. — Stek bzdur!”

86. DWA MAŁE TERMOSY

Trudno w to uwierzyć, ale widocznie zasnąłem — bo jakże inaczej mogłaby mnie obudzić seria huków i powódź świateł?

Zerwałem się z łóżka przy pierwszym huku i rzuciłem się pędem w głąb domu ze ślepą gorliwością członka ochotniczej straży pożarnej.

Wpadłem na Angelę i Newta, którzy również wyskoczyli ze swoich łóżek.

Staliśmy ogłupiali, usiłując zorientować się w koszmarnej kakofonii dźwięków wypełniających dom, i stopniowo zdaliśmy sobie sprawę, że pochodzą one z radia, elektrycznej maszyny do zmywania naczyń, hydroforu i wszystkich innych urządzeń, które ożyły nagle, kiedy włączono z powrotem prąd.

Byliśmy już na tyle obudzeni, żeby zdać sobie sprawę ze śmieszności sytuacji, z tego, że zareagowaliśmy bardzo po ludzku na coś, co zdawało się grozić śmiertelnym niebezpieczeństwem, a było tylko tworem naszej wyobraźni. I żeby okazać swoją władzę nad iluzorycznym przeznaczeniem, wyłączyłem radio.

Wybuchnęliśmy śmiechem i dla ratowania twarzy zaczęliśmy prześcigać się w pozowaniu na wielkich znawców natury ludzkiej i błyskotliwych humorystów.

Newt wyprzedził wszystkich, uświadamiając mi, że ściskam w rękach swój paszport, portfel i zegarek. Nie miałem pojęcia, co schwyciłem w obliczu śmierci — nie zdawałem sobie sprawy, że w ogóle trzymam coś w rękach.

Odparowałem cios pytając ze śmiechem, dlaczego Angela i Newt trzymają identyczne, czerwono-szare termosy, o objętości mniej więcej trzech filiżanek kawy.

Nie zdawali sobie z tego sprawy. Ze zdumieniem stwierdzili, że trzymają w rękach te termosy.

Nowe huki na dworze zaoszczędziły im wyjaśnień. Postanowiłem natychmiast sprawdzić, co jest przyczyną hałasu, i z brawurą równie nieuzasadnioną jak mój wcześniejszy lęk wyjrzałem, aby stwierdzić, że to Frank Hoenikker dłubie coś przy generatorze zmontowanym na ciężarówce.

To on właśnie był nowym źródłem prądu dla naszego domu. Silnik spalinowy, dostarczający energii, dymił i kichał. Frank usiłował go wyregulować.

Boska Mona przyjechała z nim razem. Przyglądała mu się, jak zawsze poważna.

— O, przecież ja mam dla pana nowinę! — krzyknął na mój widok i pierwszy wszedł do domu.

Angela i Newt nadal byli w salonie, ale jakimś cudem zdołali pozbyć się swoich zagadkowych termosów.

Termosy te zawierały oczywiście spadek po doktorze Feliksie Hoenikkerze, czyli cząstki wampetera mojego karassu, czyli bryłki lodu-9.

Frank wziął mnie na stronę.

— Czy obudził się pan na dobre?

— Jak najbardziej.

— To dobrze, bo musimy natychmiast odbyć poważną rozmowę.

— Proszę zaczynać.

— To rozmowa w cztery oczy — powiedział Frank i poprosił Monę, aby poszła do swojego pokoju. — Zawołamy cię, jak będziesz nam potrzebna — powiedział.

Spojrzałem na Monę i poczułem, że jeszcze nikt nigdy nie był mi tak potrzebny.

87. JESTEM RÓWNY GOŚĆ

Franklin Hoenikker, ze swoją buzią skrzywionego dziecka, mówił jakoś cicho i bez przekonania. W wojsku powiadają o takim, że ma głos jak z dupy włos. Pasowało to jak ulał do generała Hoenikkera. Lata dzieciństwa, które spędził jako milczący Tajny Agent X-9, nie dały mu okazji do ćwiczenia się w rozmowach.

Teraz, chcąc rozmawiać serdecznie i przekonująco, zasypywał mnie wyświechtanymi wyrażonkami w rodzaju, “widać, że pan jest równy gość” i “bez mowy-trawy”.

Zaprowadził mnie do swojej, jak się wyraził, “meliny”, żebyśmy mogli “wyłożyć kawę na ławę i mieć to z głowy”.

Zeszliśmy po wykutych w skale stopniach do naturalnej jaskini mieszczącej się pod wodospadem. Stało tam kilka stołów kreślarskich, trzy jasne, ascetyczne skandynawskie krzesła oraz biblioteka pełna książek o architekturze w języku niemieckim, francuskim, fińskim, włoskim i angielskim.

Wszystko to było oświetlone elektrycznym światłem, pulsującym w takt sapiącego generatora.

Najbardziej zadziwiającą rzeczą w tej jaskini były naskalne rysunki, wykonane farbami pierwotnych ludzi: ochrą, gliną i węglem, z rozmachem i fantazją przedszkolaka. Nie musiałem pytać Franka o wiek tych malowideł. Mogłem go sam określić na podstawie tematu. Rysunki nie przedstawiały mamutów, tygrysów szablastych ani ityfalicznych niedźwiedzi jaskiniowych.

Na wszystkich rysunkach występowała w niezliczonych wariantach Mona Aamons Monzano jako mała dziewczynka.

— Czy… czy tutaj pracował ojciec Mony? — spytałem.

— Tak. To on jest tym Finem, który zaprojektował Dom Nadziei i Miłosierdzia w Dżungli.

— Wiem.

— Ale nie o tym chciałem z panem rozmawiać.

— Czy chodzi może o pańskiego ojca?

— Chodzi o pana. — Frank położył mi rękę na ramieniu i spojrzał mi w oczy. Chciał w ten sposób stworzyć nastrój intymnego porozumienia, ale wywołał tylko we mnie uczucie odrazy. Jego głowa wyglądała jak oślepiona światłem cudaczna mała sowa, siedząca na wysokim białym słupie.

— Może przejdziemy od razu do rzeczy?

— Nie ma sensu owijać w bawełnę — powiedział Frank. — Znam się trochę na ludziach i widzę, że z pana jest równy gość.

— Dziękuję.

— Myślę, że między nami możemy nazywać rzeczy po imieniu.

— Bez wątpienia.

— Nasze interesy się zazębiają.

Poczułem ulgę, kiedy zdjął rękę z mojego ramienia. Złączył palce obu rąk na kształt trybów dwóch kół zębatych. Jedna ręka miała, jak sądzę, przedstawiać jego, a druga mnie.

— Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni — powiedział i poruszył palcami, demonstrując mi działanie kół zębatych.

Milczałem przez chwilę, nie zdradzając niczym swojej dezaprobaty.

— Rozumie pan, co mam na myśli? — spytał wreszcie Frank.

— Pan i ja mamy coś wspólnie zrobić, czy tak?

— Tak jest! — klasnął w ręce Frank. — Pan jest człowiekiem światowym, przyzwyczajonym do publicznych wystąpień, ja zaś jestem specem od techniki, przyzwyczajonym do manipulowania za kulisami.

— Skąd może pan wiedzieć, jaki ja jestem? Przecież dopiero co się poznaliśmy.

— Pańskie ubranie, sposób wyrażania się… — Położył mi z powrotem rękę na ramieniu. — Widać od razu, że z pana jest równy gość!