Alicja na widok chmury okazała mieszane uczucia.
– A, to tutaj było! – rzekła zarazem z zadowoleniem i gniewnie. – Oczywiście, ktoś mi przestawił i nie mogłam tego znaleźć, jak chciałam posiać. Teraz już chyba przepadło, ale może jeszcze spróbuję.
– A co to jest? – spytałam podejrzliwie.
– Taki rodzaj tropikalnego ostu. Zginął mi jakieś sześć lat temu, więc nie wiem, czy wzejdzie, bo może za stary? Ale co mi szkodzi… Pozbierajcie to.
Pozbieranie okazało się możliwe wyłącznie za pomocą odkurzacza, z tym że odkurzacza nie było gdzie postawić, nigdzie się nie mieścił. Paweł trzymał go w powietrzu, Beata zaś usiłowała wciągać chmurę. Razem z chmurą udało jej się wciągnąć kłąb splątanych nici, jedną parę rajstop, dwa papierosy Alicji i stary banknot dziesięciokoronowy. Wybrałam mniejsze zło i wywiozłam dwie torby spod naszego śmietnika do zasobników w centrum miasta. Samochód nie zdążył mi przejść czarowną wonią, bo wiozłam je nie w zamkniętym bagażniku, tylko w środku, przy otwartych wszystkich oknach.
– Myślałam, że przesadzasz w tych opowieściach o Alicji – powiedziała po moim powrocie Beata, wytrząsając w krzakach zawartość worka z odkurzacza. – Ale ona rzeczywiście jest niepowtarzalna.
– Kiedyś miała mniejszy bałagan – westchnęłam smętnie. – Za to więcej gości…
W czasie tych wszystkich zabiegów indyk się dopiekł i udało nam się zasiąść do posiłku. Aromat z atelier tracił swoje natężenie, rozpraszając się po okolicy i dobitnie udowadniając, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Alicja była wściekła, zacięta i jakoś mało roztargniona…
– No to teraz skupcie się – zażądała z wielkim naciskiem. – Ja bym chciała poważnie porozmawiać. Jakieś dziwne rzeczy dzieją się w moim domu i nie zamierzam tego tak zostawić. Co to wszystko znaczy…?
Siedzieliśmy przy stole salonowym, ponieważ w kuchni koty musiały zjeść kolację. Nadmiar nóg plączących się po podłodze sprawiał, że miały za mało miejsca i trzeba było przenieść się do salonu. Zdaniem Alicji, nie należało zmieniać przyzwyczajeń wytresowanych zwierzątek, ponadto przejście do salonu okazało się korzystne, stała tam bowiem otwarta i nie napoczęta butelka wina, o której udało nam się wcześniej zapomnieć.
Alicja wyjęła z szafki kieliszki, usiadła na kanapie i twardo powtórzyła swoje pytanie. Odpowiedzi nie uzyskała.
– No…? – ponagliła nas zgoła złowieszczo.
– Sprecyzuj, które wszystko – zaproponował Paweł po kolejnej, długiej chwili milczenia. – Mnie osobiście dziwne wydaje się tylko jedno…
– Jakie jedno?
– No… wiesz… od dzieciństwa wiem, że masz świetny słuch…
– No to co? Mam, i co z tego?
– Gdyby komuś głuchemu rezerwuar tak ryczał, nie dziwiłbym się… Ale osoba ze słuchem…
– Ja nie mam słuchu i też tego nie wytrzymuję – zauważyłam sucho.
– Nie zmieniajcie tematu! Nie podoba mi się ta cała sytuacja i mogę sobie być roztargniona, ale to nie oznacza, że straciłam pamięć i nic nie myślę. Wszyscy wiecie…
– Nie wszyscy – zaprzeczyłam cichutko. – Paweł ma braki.
– A co…? – zainteresował się Paweł i zaczął nalewać wino.
– Zamknij się. Zaraz mu wyliczę. Po pierwsze, po dwudziestu latach przyjeżdża do mnie znienacka Bełkot i nachalnie szuka po całym domu czerwonej lampy…
Już samo to uporczywe przekręcanie świadczyło o stosunku Alicji do człowieka. Musiała kogoś bardzo nie lubić, żeby tak twardo wyrzucać jego nazwisko z pamięci.
– W tym miejscu też mam jakieś braki – mruknęła Beata. – Czerwoną lampę rozumiem, ale nic nie wiem o bełkotaniu…
– Cicho bądź! Bełkot…
– Blekot – skarciłam ją. – Przestań mylić w ważnych chwilach.
– W nieważnych mogę?
– W nieważnych bez różnicy.
– Dobrze. Bełkot… Blekot, niech będzie, przywozi mi tu i podrzuca jakąś idiotyczną prasę, rzekomo ukradzioną Jasiowi…
– Dlaczego rzekomo?
– Anicie nie wierzę. Przestaniecie mi przerywać czy nie? Podrzuca czasopismo z porostem islandzkim i klejnotami jakiejś Konstancji…
– Klemencji…
– Wszystko jedno. Bardziej mi do niego pasują klejnoty niż porosty. Wygląda na to, że lata mi po domu i pod pozorem lampy szuka klejnotów tej, jak jej tam…? Klemencji…
– Zwariował? – zdziwił się Paweł.
– Cicho bądź! Po drugie, one obie, Joanna z Marzeną, upierają się nagle robić mi porządek w książkach i znajdują platynowe szachy…
Paweł zachłysnął się winem i prychnął na stół.
– Co takiego…?!
– Cicho bądź. Platynowe szachy. Ona – Alicja kieliszkiem wskazała Beatę, która już serwetkami śniadaniowymi gorliwie usuwała ślady prychnięcia – mówi, że to platynowe i możliwe, że ma rację. Po trzecie, wychodek sam z siebie nie ryczał nigdy, a teraz nagle ryczy w nocy, chociaż żadna z nas go nie używała. Po czwarte, ktoś wypił pół butelki koniaku…
– Jedną trzecią – poprawiłam.
– Więcej. Prawie pół. Też w nocy. Po piąte, ktoś wyłączył zamrażalnik w piwnicy i żadna siła we mnie nie wmówi, że on wylazł ze ściany sam…
– Czekaj! – przerwałam jej stanowczo. – W złej kolejności wyliczasz. Zamrażalnik musiał być pierwszy, bo w pięć minut by się nie zaśmiardło. Musiał się rozmrozić, to co najmniej doba, musiał zacząć śmierdzieć w środku, to druga doba, musiało się zacząć wydzielać, a te drzwiczki są szczelne, więc cztery doby stanowią absolutne minimum. Ja tu jestem trzeci dzień, więc lepiej się zastanów, co się działo przede mną. Bo całą resztę widziałam.
– Nonsens. Pierwszy był Blekot, wcale go nie widziałaś, drugie było czasopismo Jasia…
– Wcale nie. Na czasopiśmie usiadłam zaraz po przyjeździe. Przedtem w ogóle nie wiedziałaś, że je masz!
– Ale miałam, skoro Blekot je przyniósł. Więc drugie.
– No to zamrażalnik trzeci…
– Nic podobnego. Trzeci był wychodek.
– Przecież ci go Blekot nie zepsuł! Sama mówisz, że ryczało już wcześniej! W zimie! Wychodek był pierwszy!
– Bzdura. Z własnej inicjatywy w zimie nie ryczał. Dopiero teraz!
– Jeśli mamy liczyć samotne ryki, to i tak zamrażalnik wychodzi na prowadzenie. Zaraz po Blekocie i Jasiu!
– Ale objawił się na końcu!
Pokłóciłyśmy się o kolejność wydarzeń do tego stopnia, że Alicja poszła szukać instrukcji obsługi zamrażalnika, gdzie powinno być napisane, jak długo machina się rozmraża. Instrukcja pochodziła sprzed trzydziestu ośmiu lat i niegdyś leżała w biurku Thorkilda, obecne miejsce jej pobytu natomiast nie było znane. Instrukcji, rzecz jasna, nie znalazła, trafiła za to na tajemniczą torbę foliową, zawierającą w sobie jeden drewniany sabot, starannie i grubo opakowany ceramiczny lichtarz, skamieniałą ze starości suchą kiełbasę i dość wiekową butelkę burgunda. To ostatnie znalezisko bardzo się przydało, bo w trakcie prowadzonych przez Alicję poszukiwań zdążyliśmy wykończyć wino wcześniej otwarte.
– Coś takiego! – powiedziała, uradowana. – Sama robiłam ten lichtarz i potem gdzieś mi zginął. A całkiem dobrze wyszedł, popatrzcie, widać na nim tulipany!
Jak wszystkie produkcje ceramiczne Alicji lichtarz był oryginalny i pełen wdzięku. Wetknęłam do niego zieloną świecę i zapaliłam, żeby uczcić wyrób, Paweł przez ten czas z zapałem otworzył burgunda.
– Ale instrukcji obsługi nie masz?
– Nie mam, bo tu każdy sprząta i coś mi gdzieś przekłada…
– Nie, zaraz – przerwała z determinacją Beata. – Jeśli chcesz naprawdę to wszystko omówić, kolejność wydarzeń trzeba ustalić porządnie. Możesz mnie zaraz wyrzucić z domu, ale powiem. Joanna ma rację…
– Wcale nie ma racji, bo w żadnym wypadku zamrażalnik nie mógł być pierwszy!
– Nie był pierwszy, ale wszyscy wiemy, że prąd może wysiąść na parę godzin, a w zamkniętej lodówce jeszcze nic się nie dzieje. Tym bardziej w zapchanym zamrażalniku. Ile tam miałaś? Dwanaście stopni?
– Więcej. Co najmniej osiemnaście, a możliwe, że trzydzieści…
– Odpada – przerwał stanowczo Paweł. – Trzydzieści, to statek-chłodnia, a nie takie domowe. Osiemnaście najwyżej.
– Właśnie dlatego chciałam znaleźć instrukcję obsługi…
– I bez instrukcji wiadomo, że więcej niż osiemnaście niemożliwe.
– Osiemnaście też wystarczy – zaopiniowała Beata. – Wyobraźcie to sobie i wytężcie pamięć, jestem pewna, że każdy z nas miał jakieś kłopoty na tym tle.
Wytężyliśmy pamięć i wyszło nam, że zamrażalnik Alicji musiał zostać wyłączony co najmniej dwa tygodnie temu. Alicja przypomniała sobie, że w zaginionej instrukcji było coś o wyciekaniu wody dołem, rzecz jasna, przy rozmrażaniu i myciu, możliwe zatem, iż woń zaczęła wydostawać się na zewnątrz razem z wyciekającą zawartością. Rozchodziła się powoli, bo nie było upałów.
– Ale na pierwszym miejscu nie stoi – uparła się Alicja. – Blekot był wcześniej. I razem z nim ten szmatławiec Jasia. Mogę się zgodzić, że samoczynne ryki w wychodku są późniejsze, chociaż zepsuło się dawno.
Paweł zażądał uściślenia.
– Niech ja to sobie ułożę. Ile razy ryczało samo z siebie, bez ludzkiej pomocy?
– Ja słyszałam raz – odparłam stanowczo.
– Ja też raz – potwierdziła Alicja. – W tym samym czasie.
– I w nocy to było?
– W nocy.
– I tej samej nocy ktoś wytrąbił brandy?
– Nie, poprzedniej. Beaty jeszcze nie było, a Marzena w ogóle nie wchodziła do domu. Od razu usiadła na tarasie.
– I wtedy znalazłyście platynowe szachy?
– Zaraz potem. W dwie godziny później. Nie na tarasie, tylko w domu.
– Znaczy, tak: pierwszej nocy po przyjeździe Joanny znikła brandy, w dzień znalazłyście szachy i przyjechała Beata, drugiej nocy wychodek ryczał. Nic mi się nie zgadza. Kto w ogóle wie o tych szachach?
– Osoby tu obecne i Marzena. Na pewno nikomu nie powiedziała.
– I myślicie, że wcześniej nikt o nich nie wiedział?
– Wnioskując z ilości i mocy pajęczyn – wyjaśniłam zgryźliwie – nie tknęło ich ludzkie oko ani ludzka ręka od chwili, kiedy je tam mamusia ustawiła.