– No to zostają tylko koty w worku i czasopismo Jasia – orzekła Marzena stanowczo. – W tym tkwi sedno rzeczy. Marianek i Pamela dowiedzieli się od Blekota, a pasożyt od Pameli…
– A, właśnie! – przypomniałam sobie. – Przeczytałyście tę prasę?
– Tak. I mnie się wydaje… – zaczęła Marzena i nie dokończyła.
Głuchy rumor dobiegł nagle z atelier. Coś się tam zwaliło i zleciało ze schodów. Poderwałyśmy się wszystkie trzy, od razu popełniając błąd, bo popędziłyśmy przez salon i pokój telewizyjny i otwieranie po drodze podwójnych drzwi zmarnowało nam trochę czasu. Tymczasem wyjście na taras było szeroko otwarte i przez nie można było w mgnieniu oka wypaść na zewnątrz. Przepadło, kiedy udało nam się przedostać na pierwsze schodki, w głębi ogrodu mignęły tylko nogi w spodniach i był to jedyny dowód na upór i wytrwałość bezczelnego poszukiwacza.
Zeszłyśmy jednak na dół, żeby ocenić rodzaj i rozmiar zniszczeń.
– No, no – powiedziała Marzena, taktownie usiłując ukryć triumf.
W połowie dolnych schodów leżał wypchany koci wór.
– Cholera – powiedziała Alicja, zła jak diabli. – Skąd on to wywlókł?
Skąd wywlókł, to wywlókł, ale najwyraźniej w świecie nie mógł z pękatym ciężarem przedostać się na górę. Zepchnął dużo różnych rzeczy, w tym skrzynkę z suchym nawozem, drugą z jakimiś drewnianymi kawałkami, stos papierów i dwa pudła, z czego jedno pełne kamieni. Kamienie, turlając się, narobiły największego łoskotu, z tym że zepchnięte zostały nie sprawcą bezpośrednio, tylko wystającą deską, która wyglądała mi na połowę solidnej szuflady. Tkwiła jeszcze w poprzek i łatwo było odgadnąć, dlaczego wystraszony hałasem złoczyńca porzucił swój łup i uciekł z pustymi rękami.
Wściekłość Alicji nieco się zmniejszyła.
– Wiedziałam, że ta resztka szuflady na coś mi się przyda, no i proszę. Swoją drogą, to już szczyt wszystkiego, grzebać mi tu w biały dzień! A ten wór… Zaraz… Czy on nie leżał pod schodami? Świetnie ten kretyn trafił!
– Bo co tam jest? – zaciekawiłam się natychmiast.
– Nie jestem pewna, ale zdaje się, że stare koło garncarskie…
Zmusiłyśmy ją do sprawdzenia zawartości od razu, bo nadmiar wątpliwości zaczynał przytłaczać. Istotnie, na dnie wora spoczywało średnie koło garncarskie, wyżej zaś liczne szczątki starych butów, dwie pary łyżew, cztery zleżałe dętki samochodowe i połamane kawałki czegoś, przeważnie metalowe. Oraz coś dużego, tekstylnego, podartego porządnie, zasłona okienna chyba albo narzuta na tapczan, która skutecznie taiła kanciastą zawartość worka.
– Z koła wnioskując, to jednak twoje, a nie kolejowe – westchnęłam z żalem, bo już nabrałam nadziei na jakieś odkrycie.
– No więc jednak – powiedziała ze skrywanym triumfem Marzena, wracając do salonu. – To przesądza sprawę. Możesz nie myśleć o własnych drogocennościach, chodzi o koty w worku. Symbolicznie nazwijmy tę poszukiwaną rzecz jajkiem Fabergé i zastanówmy się wreszcie porządnie!
– Jak myślicie, kto uciekł? Facet czy baba? – spytała Alicja z namysłem.
W korytarzyku pojawili się Paweł z Beatą i natychmiast zostali poinformowani o wydarzeniach. Przejęli się średnio, Beata bardziej, Paweł mniej, przez lata znajomości z Alicją człowiek się uodparniał. Paweł poleciał do ogrodu sprawdzić drogę ucieczki poszukiwacza, nie wiadomo, do czego mu to było potrzebne, ale stwierdził, iż uciekł przez dziurę w żywopłocie, istniejącą od dawna i nigdy porządnie nie zarośniętą. Z jakiegoś tajemniczego powodu żywopłot, wszędzie bujny, w tym akurat miejscu nie życzył sobie gęstnieć.
– Te dzieci, które kiedyś tę dziurę zrobiły, jak jeszcze miałaś śliwki – zauważyłam w zadumie – obecnie są już dorosłe. Może należałoby zażądać od nich naprawienia dewastacji?
Alicja wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, które to były, nie rozpoznaję ich. Tam nawet pokrzywy nie chcą rosnąć. Poza tym, jej nie widać i jeśli się nie wie…
– Ale ten jakiś wiedział!
– Znajomy. Cały czas przecież mówimy o znajomych, nie?
– A, właśnie! – przypomniałam sobie. – Co tam jest, w tej lekturze Jasia? Zaczęłyście mówić i przerwało nam.
– Marzena zaczęła – uściśliła Alicja, najwyraźniej odcinając się od przeczytanych tekstów.
– Wszystko jedno. Zaczęła od jasnowidzenia na tle jajeczka…
– Bo jedyne, co mogłoby zainteresować złodzieja, to te różne zaginione rzeczy – podjęła żywo Marzena. – Najwięcej piszą o historycznej biżuterii, ale dalej jest cały artykuł na temat tajnych dokumentów. W zasadzie też historycznych, ale dochodzą do współczesności. Korespondencja, umowy, różne zdrady i tak dalej, zaginęło jakieś doniesienie do papieża w siedemnastym wieku, jakiś list kardynała Aleksandra do kochanki, nie wiem co to za kardynał… coś tam z ostatniej wojny, parę innych dyrdymałów, za niektóre można by dostać ciężką forsę. Podają nazwiska posłańców albo odbiorców i potem kamień w wodę. To wszystko, to nie są duże rzeczy, opakowane były różnie, to rulon, to koperta, któreś było w pudełku, podrobionym na tabakierkę. Biorę pod uwagę coś, co można zgubić, zostawić, na przykład, w pociągu, a potem łatwo mieściło się w kocim worku. Bo w taki naszyjnik królowej Klemencji nie wierzę, klabzdron wielki…
– Srebrny lis też był dosyć duży – zauważyła sucho Alicja. – Co nie znaczy, że wierzę bodaj w jedno słowo tego szmatławca. Ale jeśli przypadkiem wymknęło im się coś zbliżonego do prawdy, to ona uważa, że któreś zaginione mogło się zaplątać do worka. I ja to mam. Bzdura.
– To jak inaczej skojarzyć namiętność Blekota do tego pisma z grzebaniem w twoich workach? – spytał logicznie Paweł. – Co to ma być, zbieg okoliczności? Nie chce mi się wierzyć.
– Najprościej byłoby rozbebeszyć worki – podsunęłam złośliwie.
– Co ty powiesz? – prychnęła rozzłoszczona Alicja. – To spróbuj!
– Spróbuję. Na razie oczami.
Poszłam do pokoju Beaty, gdzie Marzena deptała po dwóch workach, i popatrzyłam. Dosyć, trzeba przyznać, smętnie. Żeby się do nich dostać, należało usunąć dwa zasobniki na butelki po piwie, zapełnione częściowo pustymi butelkami, a częściowo różnorodnym chłamem: jakimiś patykami, rulonami ozdobnego papieru pakowego, drewnianymi listewkami różnej długości, narzędziami w rodzaju młotków, przecinaków, obcęgów i pilników z gatunku raszpli, a także długimi skalówkami i jedną, sterczącą w górę przykładnicą. Następnie ominąć stojący w poprzek niewielki regał z mnóstwem papierów, komódkę, na której spoczywał potężny tobół, na oko tekstylny, trzy kolejne stosy papierów, głównie gazet, kolorowych czasopism, kopert i prospektów, starą walizę, z pewnością czymś wypełnioną, tajemniczy, żelazny, trójnożny stojak i wspartą o niego, złożoną drabinkę. Ponadto przedrzeć się przez olbrzymią ilość pudeł i pudełek, w większości kartonowych, chociaż co najmniej trzy były drewniane, a przynajmniej tyle udało mi się dostrzec. Przejścia do okna i stojącej przy nim szafy nie było, chyba że górą, po tym wszystkim, podobnie jak przełaziła Marzena z ręcznikami, ale wtedy niektóre rzeczy trzymałyśmy w objęciach.
Powinno się cały ten nabój usunąć z pokoju kawałek po kawałku i nawet obejrzałam się za siebie, chociaż z góry wiedziałam, że nie ma gdzie. Korytarzyk był wąski i też zastawiony regałami. Wynieść na zewnątrz, do ogrodu…? Galernicza praca!
Wróciłam do kuchni.
– Oczami się nie dało – oznajmiłam. – Zniechęciłam się. Podwójna robota.
– Dlaczego podwójna? – zaciekawiła się Beata.
– Wyniósłszy, trzeba później wnieść z powrotem, bo nigdzie indziej nie ma na to miejsca. Nawet korciło mnie, żeby zrobić początek i zabrać to, co miałam najbliżej, na przykład młotek i przykładnicę, ale co bym z tym zrobiła? Siedziałabym tu, trzymając je w rękach?
– To już nie chcesz rozbebeszać worków? – wyzłośliwiła się słodko Alicja.
– Chcieć, nie chcę, ale gdyby było pewne, że warto…
– To zdecydujcie się, czy warto, bo póki tu jesteśmy, możemy pomóc – poprosił Paweł. – Sama Alicja nie da rady.
– Ale przecież tych worków jest więcej – przypomniała zmartwiona Marzena. – Może do któregoś jest łatwiejszy dostęp? Alicja, gdzie…?!
– Jacyś strasznie nudni jesteście – zaopiniowała Alicja z naganą. Zajrzała do filiżanki po kawie i podniosła się od stołu. – Ty, zdaje się, jakieś mięso kupiłaś?
– Owszem. Schab. I do niego majeranek, bo nie wiem, czy masz. Schab lubi majeranek.
– To trzeba go upiec. Zaraz wstawię. Możemy, ostatecznie, z całym dalszym ciągiem poczekać na Anitę…
Anita pojawiła się, kiedy właśnie kończyliśmy obiad. Nie była głodna, nie chciała jeść, ale nadłamał ją schab, pachnący majerankiem. Zjadła kawałek, dostała wina i kawy.
– No i co? – spytała. – Macie pismo Jasia?
– Mamy. Tu leży, o! – Alicja poklepała lekturę na stole. – Ale oni uważają, że powinnaś odpowiedzieć na kilka pytań. Ja się nie wtrącam, nie upadłam na głowę.
– Uwielbiam odpowiadać na pytania. Zawsze mogę przecież nałgać, nie? A z pytań człowiek się czasem więcej dowiaduje niż z odpowiedzi.
– Z łgarstw też – przypomniałam jej. – Anita, co z tym Blekotem? Wychodzi nam, że on tu rozwija jakąś akcję poszukiwawczą. Działa w licznym towarzystwie, pcha się do tego czytadła, a tam jest dużo o przedmiotach wartościowych, zaginionych. Myślisz, że on myśli…
– Za dużo tego myślenia, nie popadaj w przesadny optymizm. Nie jestem pewna, czy myślę, a jeszcze bardziej wątpię, że on myśli.
– O pieniądzach – powiedziałam surowo.
– A, o pieniądzach z pewnością. Tak, takie założenie można uczynić. I co?
– I co, spodziewa się ten kretyn, że w kocim worku u Alicji spoczywają diamenty królowej Wiktorii? Albo szczegóły spisku papieża z cesarzem przeciwko Hiszpanii, odręcznie spisane…
– Którego papieża?
– Nie mam pojęcia.
– W zasadzie Hiszpania przez dość długi czas stanowiła część cesarstwa niemieckiego…
– Rzymskiego. Cesarstwo rzymskie narodu niemieckiego. Habsburgowie. Jakoś tak na samym początku osiemnastego wieku wymienili ich w tej Hiszpanii na Burbonów. Co to ma do rzeczy?