Z jękiem uczyniłam kilka kroków do tyłu i usiadłam na schodach. Beata zrobiła to samo, usiadła nieco wyżej. Paweł nie miał gdzie siadać, ani się nawet o co wesprzeć, odetchnął głęboko raz i drugi. Alicja wylazła zza pasożyta, trochę zniecierpliwiona.
– Tu spędzamy resztę wieczoru? Napiłabym się kawy. Poszłabym do kuchni dookoła domu, ale zdaje się, że pozamykałam drzwi, chyba że Paweł otworzył.
– Policja – powiedziałam smutnie.
– Nie mam pod ręką telefonu. Ruszcie się może, co?
– Nie mogę – powiedział Paweł, wyraźnie odzyskujący wszelkie siły, fizyczne i umysłowe. – Co tam jest, w tym pudle, Alicja, dlaczego ja się nie mogę tego pozbyć? Jakby coś trzymało. Nie mam swobody ruchów, to duże, nie chcę deptać po zwłokach.
Alicja rzuciła wzrokiem przelotnie i odrobinę się zakłopotała.
– No tak, trzeba to z ciebie zdjąć. Może odciąć? Czekaj, tu gdzieś powinien leżeć sekator…
Obie z Beatą w milczeniu oglądałyśmy przedstawienie. Pod ścianą trup, o centymetry od niego Alicja z Pawłem, przepychający się wzajemnie po rumowisku przy stole, Alicja macająca dekoracyjny śmietnik na wierzchu, Paweł czyniący bezskuteczne próby przydeptania drugą nogą sztywnego kartonu… Czysty surrealizm. Ewentualnie skażony horror.
– Zostanie mi to na zawsze? – spytał, starając się ukryć lekki popłoch.
– Mógłbyś zdjąć but, ale lepiej nie – odparła Alicja, zakłopotana nieco więcej. – Nie mogę go znaleźć, każdy mi tu wszystko przekłada… O, mam nóż!
– Powiedz przynajmniej, co to jest! Co tam trzyma?
– Nic takiego, pułapka.
– Na myszy?
– Nie… No dobrze, wilcze paści.
– Co takiego…?!
– Wilcze paści.
– Na litość boską, do czego ci wilcze paści…?!!!
– Do niczego. Tak sobie zamontowałam, na próbę, z ciekawości, bo tyle było gadania o wilczych paściach i raz wreszcie chciałam zobaczyć, jak to wygląda. Okazuje się, że przymocowałam doskonale, ale jako paści, zdaje się, wyszło mi trochę źle. Nie odcięło ci nogi, ani nawet nie złamało…
– A powinno?
– Oczywiście, że powinno. Ale chyba tylko złapało cię za but. Nie wiem, czy się gdzieś nie zacięło i nie zaskoczy, więc lepiej tak nie przytupuj. Spróbuję odciąć możliwie dużo tego kartonu, zobaczymy, co jest w środku.
Ciężko spłoszony Paweł zamarł w bezruchu. Alicja z wysiłkiem zaczęła dydolić twardy, sztywny karton średnio ostrym nożem. Podniosłam się, nic nie mówiąc, bo nie byłam pewna, czy dobrze pamiętam, i nie chciałam stwarzać złudnych nadziei, przelazłam przez Beatę i udałam się do składziku obok furtki.
Owszem, dobrze pamiętałam. Znalazłam obcęgi, młotek, siekierę, przyrząd do pielenia mleczu, zabrałam wielki sekator na długich ramionach i wróciłam do atelier.
Już po kwadransie użytkowania tych wszystkich narzędzi Paweł uwolnił się od brzemienia, którym okazała się kupa żelastwa, wymieszanego ze szczątkami kartonu. Rzeczywiście trzymało but. Z chwilą zabrania, mu buta brzęknęło głucho i zwarło zębate szczęki z przerażającą siłą.
– Wilcze…? – powiedział Paweł ze zgrozą. – Chyba raczej na słonia! Skąd to masz?
– Z kocich worków.
Wysunęłam supozycję, że manekin jest tego samego pochodzenia. Alicja przyświadczyła.
– Był w kawałkach – dodała. – Poskładałam go na wszelki wypadek, bo mógł się przydać.
– Z takim ciężkim dałaś sobie radę? – zainteresował się podejrzliwie Paweł.
Alicja miała zapewne przypływ szczerości, bo udzieliła odpowiedzi.
– Sam z siebie nie był taki ciężki, ale nasypałam do niego ziemi. Do korpusu. Akurat mi tu stał pod ręką, jak przesadzałam kwiatki i musiałam się pozbyć starej ziemi z doniczek. Zarażona była taką grzybicą, więc nie chciałam jej mieszać z dobrą i zarażać sobie całego ogrodu. A potem o niej zapomniałam.
– No dobrze, a dlaczego tę potworną pułapkę zamontowałaś w pudle?
– Żeby nikt nie wlazł.
– A, to ci się rzeczywiście udało rewelacyjnie!
Weszliśmy wreszcie na górę, Alicja ruszyła do telefonu i nagle cofnęła się znów do atelier. Ze zmarszczonymi brwiami odkopała spod nóg kilka przeszkód i dotarła do kąta, dokładnie przeciwnego lokalizacji pasożyta. Zajrzała za stos rozwalonej makulatury.
– No proszę – powiedziała gniewnie. – Tego tu przedtem nie było. To znaczy owszem, było, ale schowane. Ktoś wywlókł. Zaczynam mieć naprawdę dosyć tego grzebania w moim domu!
Za stosem, częściowo przywalony starymi numerami National Geographic, leżał bardzo wypchany koci wór. Pozbyliśmy się wątpliwości, pasożyt musiał tu grasować, znalazł kolejny łup, zapewne chciał go zabrać, ale potknął się o coś, zleciał ze schodów w pozycji bardzo niewygodnej, do tyłu, zabił się, a wór ocalał. Stworzyło to odrobinę nadziei.
– Po pierwsze, weźmy go do salonu i przeszukajmy – powiedziałam stanowczo. – A po drugie, wygląda na to, że grzebanie masz już z głowy. Sprawca opuścił ten padół, spółka Pamela-pasożyt przeniosła się na lepszy świat i niech im ziemia lekką będzie! Paweł, sięgnij…
– Mieliśmy nic nie ruszać?
– A, czort bierz. Już i tak ruszyliśmy dosyć dużo. Bierz worek i chodźmy stąd, a ona niech się nie mądrzy. Alicja, dzwoń!
Alicji się nie śpieszyło. W pierwszej kolejności przystąpiła do produkcji kawy, potem znalazła połówkę papierosa, zapaliła i usiadła przy stole.
– Co za różnica, kiedy zadzwonię? – powiedziała spokojnie. – Przecież nie musieliśmy go znaleźć akurat teraz, nie? Znacznie logiczniej byłoby rano.
Prawie bez namysłu przyznaliśmy jej słuszność. Nie było żadnego powodu szlajania się po atelier w środku nocy, chyba że zwabiłyby nas tam hałasy. A, właśnie, Alicja stwierdziła, że pasożyt wykorkował już co najmniej dwie godziny temu, może nawet trzy, leciał niewątpliwie z potężnym hukiem, waliło się za nim całe drewno, jakim cudem mogliśmy tego nie słyszeć?
– Nas nie było – przypomniała Beata. – Ale wy…? Rzeczywiście dziwne.
– Wychodek – mruknęła Alicja.
Znów miała rację. Istotnie, spuszczałyśmy wodę, obie kolejno, korzystając z tego, że nikt jeszcze nie śpi. Rezerwuar robił wrażenie, jakby przybywało mu sił i natężenie wydawanych przezeń dźwięków z dnia na dzień rosło, przeraźliwe i długotrwałe ryki mogły zagłuszyć walenie się w gruzy całego wieżowca, a nie tylko zwyczajne spadanie ze schodów. Możliwe, że pasożyt, ogólnie starający się o ciszę, specjalnie wybrał sobie występ wychodka, żeby coś szarpnąć albo przerzucić z hałasem. Było to jedyne sensowne wytłumaczenie, bardzo dobrze, ale co, wobec tego, usłyszał Paweł?
Został przesłuchany dokładnie. Lepiej późno niż wcale.
Najpierw sprecyzował widoki w ogrodzie. Coś siedziało na tarasie prawie pod samymi drzwiami, w winorośli i dracenach, i, jego zdaniem, był to skulony człowiek. Klęczał albo tkwił w kucki. Drzwi stały otworem…
– A myśmy tu rozmawiały – przypomniałam Alicji. – O ile pamiętam, właśnie o workach w atelier. Pasożyt, oczywiście. Podsłuchiwał, a potem poszedł szukać tych worków.
– Którędy? Atelier było zamknięte.
– Jesteś pewna?
– Paweł, ty otwierałeś. To się czuje w ręku, zwolniłeś zatrzask i prztyknęło czy przesunęły się zwyczajnie?
– Nie wiem – powiedział stanowczo Paweł. – Nie zwróciłem uwagi. Zabiłem człowieka, trup leży, coś mnie trzyma za nogę, pełno drewna wszędzie, a ja się mam zajmować prztykaniem. Ledwo mi się udało dosięgnąć tej klamki!
– Jeśli samymi końcami palców, to zamknięte nie były – zaopiniowałam stanowczo. – Tylko dosunięte i pasożyt wlazł bezproblemowo. Zleciał w koprodukcji z rezerwuarem.
– Dobrze, to już wiemy. Co usłyszałeś później?
Paweł zastanowił się głęboko.
– Nie mam pojęcia. Rumor. Coś zleciało. Gruchotało. Nie wiem, co to mogło być.
– Jeśli wyrwało cię ze snu…
– Bez przesady, nie wyrwało, sam się obudziłem chwilę wcześniej. Niewygodnie mi było i nie lubię spać w ubraniu. Ale zagruchotało, zanim całkiem oprzytomniałem.
– Coś tam mogło się słabo trzymać i poleciało bez powodu – powiedziała w zadumie Alicja. – Tak jak manekin. Gdyby pójść i popatrzeć, może by się odgadło, ale nie wiem, co na to gliny. Zaraz. Uzgodnijmy, kiedy go znaleźliśmy i nie mówmy o bitwie Pawła z tą kukłą. Wszedł, potrącił regał i wszystko runęło bez walenia po mordzie.
– Popieram – rzekł energicznie Paweł.
– Co do reszty, możemy mówić prawdę…
– Ale może usuń gdzieś te wilcze paści – zaproponowałam. – Inaczej będą cię podejrzewać albo o jakieś podstępne machinacje, albo o wariactwo. Można je wrzucić do składziku… o, i trzeba odnieść z powrotem narzędzia, bo zaczną dociekać, po co nam była siekiera.
– No dobrze, to kiedy…?
Ustaliliśmy wreszcie, że najwłaściwsza będzie godzina dziesiąta. Zdążymy się jeszcze trochę przespać, a może nawet zjeść śniadanie. I, oczywiście, przegrzebać odnaleziony wór…
Jedną rzecz Alicja przewidziała doskonale, a mianowicie wypatrzenie przedmiotu, który gruchotał Pawłowi. Wśród pudeł leżała kula do kręgli. Przedtem ulokowana była w makulaturze obok kociego worka, kula jednakże ma to do siebie, że się łatwo toczy. Spadła i poturlała się przez całe atelier w poprzek, a ściśle biorąc, przez wszystkie wolne skrawki podłogi. Sprawdziliśmy, Paweł przyświadczył, ten właśnie dźwięk!
Gliny przyjechały o jedenastej, od razu z tłumaczem Danielem, kompletna ekipa. Pasożyta wynieśli dołem, przez ogród, lekarz zaś odgadł przyczynę zgonu bez chwili wahania. Rzeczywiście, złamany kark, jakieś tam kręgi, które fachowo łamią zawodowi zabójcy. Mimo nader sprzyjających okoliczności, nie zaczęli szukać wśród nas zawodowego zabójcy.
Daniel milczał służbowo, ale Alicja słuchu nie straciła i tłumaczyła nam ich rozmowy na bieżąco. Podsłuchiwała chciwie w obawie, że uprą się przeszukać dom, a już co najmniej atelier, oni zaś najwidoczniej zapomnieli, że jedna osoba w tym towarzystwie tłumacza nie potrzebuje.
– Uważają to za nieszczęśliwy wypadek – oznajmiła półgębkiem. – Ale oficjalne orzeczenie wydadzą po sekcji. Kliniczny przykład, poleciał do tyłu, nie zdążył się przytrzymać i trzasnął głową w futrynę, innych widocznych obrażeń nie ma. Muszę udawać, że przyjmowałam go jako gościa raczej rzadko. Tylko co, do cholery, robił w atelier?