Doszedłszy tą drogą do worka, ruszyliśmy się wreszcie od stołu, ale nikt nie zdążył nawet sięgnąć ręką pod fotelik, ponieważ przyszła Kirsten. Miała do Alicji jakiś roślinny interes, przyniosła kłąb zielska i coś chciała zabrać od niej z ogrodu. Wiedziałam, że to potrwa, zdecydowałam się zatem skoczyć po zakupy, zażądawszy tylko z naciskiem, żeby się nie ważyli otwierać worka beze mnie. Mignęło mi w głowie, że ten worek ma pecha i ciekawe, kto następny zażąda, żeby go nie otwierać bez niego, dzięki czemu pozostanie zamknięty do sądnego dnia, ale nie zmieniłam zdania.
Kirsten bezwiednie zrobiła mi grzeczność, odsiedziała swoje i zdążyłam wrócić akurat, kiedy wychodziła. Klątwa z worka zeszła, Beata wyciągnęła go i postawiła na salonowym stole. Marzena buntowniczo zamknęła drzwi wejściowe na klucz.
Alicji się nagle przypomniało i spojrzała w kierunku dwukrotnie zdemolowanego kąta.
– Zaraz, zaraz. Tam leżało dosyć dużo papierów. I pudła, o ile sobie przypominam. Gdzie to się podziało? Ktoś z was coś wyrzucił?
– Ręka by mi uschła, gdybym się ośmieliła coś u ciebie wyrzucić – oznajmiła stanowczo Beata. – Są w kącie…
– No właśnie, miałam ci powiedzieć i wyleciało mi z głowy – zmartwiłam się równocześnie. – Tam wszystko leży na dużej kupie, bardzo porządnie poukładane. Między regałem i drągiem.
– I ja, oczywiście, niczego już w tym nie znajdę! – rozzłościła się Alicja.
– I tak byś nie znalazła…
– Jeśli chcesz, mogę to z powrotem porozkładać tak, jak było – zaofiarowała się Beata pośpiesznie. – Natychmiast. Doskonale pamiętam, gdzie które leżało, bo mam pamięć wzrokową. Mam to zrobić od razu?
Widać było, że Alicja najchętniej przystąpiłaby bez zwłoki do przywracania papierowego bałaganu, ale opamiętała się. Mruknęła coś, machnęła ręką i rozchyliła worek.
Leżące na wierzchu czarne, balowe rękawiczki rzeczywiście prezentowały wielką klasę i zachwyty zajęły nam dość długą chwilę. Pod rękawiczkami znajdowały się, rzecz jasna, proszek do prania i rajstopy, dalej zaś komplet kolorowych kredek, kaganiec dla dużego psa, maszynka do golenia na baterie, zakrętki do włosów w siatkowej torebce, cztery zamki błyskawiczne rozmaitej długości, damskie bermudy w kwiatki, pięć różnych kluczy na jednym kółku, osiem malutkich lichtarzyków na cienkie świece, dwie damskie bluzki, barometr do zawieszenia na ścianie, duży obrus w drobną krateczkę i kilogramowe pudełko czekoladek, oblepione ze wszystkich stron taśmą klejącą.
– Czekoladki? – zdumiała się Alicja. – Przecież nigdy nie pakują jadalnych rzeczy, które mogą się zepsuć! Pierwszy raz widzę czekoladki.
– Czekoladki to nie szynka – zwróciłam jej uwagę. – Nie psują się w takim strasznym tempie. Parę tygodni powinny wytrzymać.
– Jakie parę tygodni? Obliczyłam, to już tu leży pięć lat!
– Ale nie mogli przewidzieć, że gdziekolwiek będzie leżało pięć lat. Normalni ludzie rozpakowują swoje zakupy od razu…
– Nonsens. Licytacje robią co trzy miesiące. Przez trzy miesiące jadalne może się zepsuć.
– Jak to, trzy miesiące? Mówiłaś, że co pół roku, nie byłam nawet pewna, czy nie raz na rok.
– Nie żaden rok, tylko raz na kwartał. Ja chyba lepiej wiem? Jak ty nie słuchasz, co się do ciebie mówi…
– Może niewyraźnie mówiłaś.
– …i potem wymyślasz jakieś brednie…
– Nie kłóćcie się – poprosił Paweł. – Ja bym chciał zobaczyć, jak wyglądają czekoladki po pięciu latach. Otwórzmy to, dobrze?
– W każdym razie chyba nie śmierdzą – zauważyła pocieszająco Marzena.
– My się nie kłócimy, my dyskutujemy – pouczyła Pawła Alicja i rozejrzała się za nożyczkami. Równocześnie uniosła pudełko, zatrzymała się nagle, spojrzała na nie i potrząsnęła nim koło ucha.
– Grzechocze – oznajmiła. – Czy to możliwe, żeby one skamieniały?
Wszyscy po kolei potrząsaliśmy pudełkiem, ale wyraźnego grzechotu nikt nie słyszał. Najwyżej jakiś cichutki, niesprecyzowany dźwięk. Paweł poszedł po nożyczki do kuchni.
– To tym bardziej chcę je zobaczyć – rzekł stanowczo.
Malutkimi nożyczkami do manikiuru Alicja poprzecinała taśmę klejącą i otworzyła pudełko.
Milczenie trwało co najmniej przez całą minutę. Bez słowa gapiliśmy się na zawartość, która w najmniejszej mierze nie przypominała żadnych czekoladek. Pomiędzy kłaczkami waty widać było zbiór dosyć dziwnych przedmiotów, wśród których dawały się rozpoznać ozdobne guziki, małe śrubki, mnóstwo tajemniczych kawałków drewna i bardzo liczne figurki zwierzątek. Błyskały sobie wesoło spod warstwy ochronnej.
Pierwsza sięgnęła po nie Beata i wydobyła dwugarbnego wielbłąda.
– Coś podobnego… – wyszeptała cicho.
– Do tego stopnia czekoladki chyba nie mogły się zmienić? – zauważył Paweł z powątpiewaniem.
– O, konik! – ucieszyła się Alicja i też wydłubała figurkę. – Jaki ładny! Takiego nie mam.
– Wiecie, że mi dech zaparło – powiedziała zdławionym głosem Marzena. – Czy to możliwe, żeby… Nie, nie wierzę…
Beata wyjęła spod waty lwa.
– Nie wiem, czy możliwe, ale ja przecież nie miewam przywidzeń. To jest złote. Co za cudowna robota!
Nic na razie nie mówiłam, ponieważ gwałtownie usiłowałam sobie przypomnieć, który to król na widok żyrafy powiedział, że takie zwierzę nie może istnieć na świecie. Ludwik XIV…? Henryk IV…? A może Franciszek I…? Do licha…
Alicja z uciechą i wielkim zaciekawieniem grzebała w pudełku. Znalazła żółwia, odwróciła pudełko do góry dnem i wytrząsnęła wszystko na stół. Zrezygnowałam chwilowo z królów, zajęta wyłącznie żyrafą, jest tam ona w tej menażerii czy nie? Gdyby mnie ktoś spytał, nie potrafiłabym na poczekaniu odpowiedzieć, dlaczego ta żyrafa tak się mnie uczepiła, prawdopodobnie błąkały mi się po umyśle niejasne podejrzenia i próbowałam ustabilizować znalezisko historycznie. Bo skojarzenie kłębiło się, owszem, i przybierało coraz wyraźniejsze kształty.
– To ładne – pochwaliła zajęta bez reszty zwierzątkami Alicja. – Popatrzcie, pająk! Co prawda, niewiele mniejszy od żółwia, ale nie szkodzi. Co ty mówiłaś? Że to złote? Możliwe, dosyć ciężkie…
– Złote – zapewniła Beata. – I wykonanie absolutnie mistrzowskie!
Paweł zainteresował się aspektem zoologicznym.
– Jeśli mnie oko nie myli, to jest jeleń, a to kot. Niezły, jak jedna trzecia jelenia. No, może ćwierć. Zdrowo wyrośnięty, kota mam na myśli… Ale pies większy od kota, przynajmniej tyle się zgadza.
Dałam ostatecznie spokój królom i też zaczęłam gmerać w rozmaitościach na stole. Zaciekawiło mnie coś zupełnie malutkiego, wyglądało jak karaluch. Porównałam ze świnią, może być, o ile założymy, że świnia jest warchlakiem, a karaluch okazem wyjątkowo dorodnym. Ciekawe, jakie rozmiary mogą osiągać karaluchy w dobrobycie…
– Czy wyście wszyscy zwariowali? – spytała Marzena ze zgrozą. – Czy wy sobie w ogóle nie zdajecie sprawy, co tu przed wami leży? Większe, mniejsze… Kota macie?!
– Mamy – potwierdziła z uciechą Alicja. – Paweł znalazł, o, jest i drugi. A tu sarenka, jak żywa!
– I krowa. I niedźwiedź, rozmiarem pasuje. O, jest i wół! Nie, przepraszam, byk. A to chyba lis, nie? Z takim ogonem…?
– Boże, Boże…! – jęknęła Marzena i padła na fotel, kryjąc w dłoniach twarz.
Alicja obdarzyła ją wreszcie odrobiną uwagi i wielkim zdziwieniem.
– Co ci się stało? Nie podoba ci się ten ogród zoologiczny? To bardzo ładne, nic nie szkodzi, że złote, niech sobie będzie. Koniki postawię w kolekcji, są dwa. O co ci chodzi?
Skrupulatnie sprawdzałam, czy nie ma żyrafy. Obmacywałam, gniotłam i wytrząsałam kłaczki waty, segregowałam i odsuwałam na bok guziki, drewienka, pogięte spinacze i śrubki, znalazłam słonia, mysz, królika i jaszczurkę, ale żyrafy nie było. Zapewne pogląd, że takie zwierzę nie może istnieć na świecie, zataczał szerokie kręgi, niemniej jednak jakaś drobna grupka moich szarych komórek podjęła pracę.
– Nie ma żyrafy – oznajmiłam gromko, zanim Marzena zdołała zastąpić jęki żywym słowem. – Tego parszywego króla za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, ale nawet gdyby to był Ludwik X, niewiara w stworzenie mogła się utrzymać. Kangura i strusia też nie ma, Australię odkryto najpóźniej. Ona ma rację – uczyniłam gest brodą w kierunku Marzeny. – Nie jest wykluczone, że zaginiona Arka Noego trafiła do kociego worka i właśnie oglądamy jej szczątki.
– Oszalałaś – powiedziała z niesmakiem Alicja.
– Możliwe, że sobie robię głupi dowcip…
– Nie – przerwała mi gorąco Beata. – Żaden dowcip, byle kto tego nie wykonał. Mówię wam przecież, to jest dzieło artysty. Może ktoś, gdzieś, kiedyś zrobił kopię, nie jestem historykiem sztuki, tylko zwyczajnym złotnikiem, ale zrobił ją ze złota i genialnie! Coś w tym jest.
– Dużo musi być, skoro się pozabijali – zauważył Paweł z lekkim powątpiewaniem.
– Macie źle w głowie? Uważacie, że oni o to…?
Marzena odzyskała wreszcie pełną zdolność posługiwania się ludzką mową i nawet podniosła się z fotela.
– A ty uważasz, że co? Złóż sobie wszystko do kupy, ten artykuł o klejnotach, Blekota, kocie worki, to szukanie u ciebie po całym domu…
– Szachy…
– Jakie szachy, puknij się w głowę, pies z kulawą nogą o szachach nie miał pojęcia, nie z worka pochodzą, od urodzenia były w rodzinie! Twoja teściowa ich przecież nigdzie nie ukradła! I Blekot wcześniej zaczął, przed szachami! Nie darmo tak się pchał do kocich worków, musiał coś wiedzieć…!
– Takie jasnowidzenie miał, że ten tam któryś Ludwik, nie, zaraz, Karol…? O, już wiem, Franciszek… jechał pociągiem w Kopenhadze…
– Idiotka!!! Franciszkowi zginęło!!!
– I położyło się w duńskim wagonie kolejowym…
– Nie, ja z nią nie wytrzymam! Pomóżcie mi! Czy ty nie widzisz, na co patrzysz?!!!