Выбрать главу

Alicja była uparta.

– Widzę, nie takie rzeczy ludzie gubią, jakiś czas temu w prasie i w telewizji podawali, że przez rok nikt się nie zgłosił po duży brylant. Nie wierzę w Arkę Noego. Skąd w ogóle Bełkot mógł mieć o tym jakiekolwiek pojęcie, jakieś medium na seansie hipnotycznym mu powiedziało, tak? Zgadł sam z siebie, że u mnie w worku to leży, a do tego jeszcze zgadł, że nic o tym nie wiem, bo nie wypatroszyłam, cha, cha. Bzdura.

Marzena ponownie padła na fotel, oparła łokcie na stole i chwyciła się za głowę. Beata w skupieniu oglądała figurki, sięgnęła po swoją torbę i wyciągnęła lupę. Paweł z wielkim zainteresowaniem zaczął ustawiać zwierzyniec według wielkości, podsunęłam mu drugiego psa, wyplątanego z waty, Alicja odruchowo ułożyła obok siebie dwa węże. Ze stworzeń egzotycznych w kolekcji występowały słonie, lwy, wielbłądy, krokodyle, małpy i gepardy, brakowało mnóstwa, nie było nosorożca, hipopotama, tygrysa, zebry, wszystkich australijskich i południowoamerykańskich, a także, oczywiście, tej cholernej żyrafy. Jeśli istotnie rzeźbił tę menażerię Benvenuto Cellini, takiej, na przykład, hieny, względnie szakala, mógł osobiście nie znać, a równie dobrze część jego dzieła mogła zaginąć. Ale i tak, nawet jeśli znalezisko nie stanowiło kompletu, było skarbem wstrząsającym.

– To JEST dzieło artysty – orzekła wreszcie Beata z wielką stanowczością. – Tyle mogę powiedzieć. Co do tego podrapanego Blekota nie będę się wypowiadać, nie znam człowieka, ale, Alicja, wszystkie wydarzenia u ciebie wskazują na usilne poszukiwania. Musiał coś wiedzieć, nie wiem skąd, ale musiał. Tu brakuje tygrysa, żubra, renifera… One były znane w Europie od wieków, więc może trochę tego się rozproszyło, wpadło mu w ręce… Blekotowi wpadło w ręce! Może od lat szukał… Ale nie upieraj się, Marzena ma rację, odnalazłaś u siebie zaginioną Arkę…

– Ja się wcale nie upieram, ja tylko myślę racjonalnie. Nie wierzę w znalezienie platynowych szachów…

– Zwariowałaś? – przerwałam jej z naganą i zgorszeniem. – Przecież widziałaś je na własne oczy!

– Cicho bądź, nie przerywaj, jak starsi mówią!

– Oślica.

– Sama jesteś oślica. Nie wierzę w znalezienie we własnym domu platynowych szachów i renesansowego skarbu, raz za razem, jedno po drugim, w jednym tygodniu. To jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i takie rzeczy się w życiu nie zdarzają. Musi w tym istnieć jakiś kant i któreś z tego nie może być prawdziwe.

– Na kopię się zgodzisz?

– Czego kopię?

– Sens ma tylko kopia Arki Noego. Wyobraź sobie, że na plecach frywolnej babci znalazłabyś Rembrandta, powiedzmy, przy odkurzaniu…

– Nie odkurzam babci.

– Ja też z tobą nie wytrzymam. Ktoś inny odkurzał, bywają tu takie maniaczki, chociażby Elżbieta, Ania, Marta, moja Małgosia… I Rembrandt się ujawnił. Też byś w życiu nie uwierzyła, ale gdyby wyszło na jaw, że to kopia, nawet i dobra, ale współczesna, byłabyś już w stanie uwierzyć?

Alicja zawahała się.

– I kto ją zrobił, tę kopię?

– Nie wiem, wszystko jedno. Któryś kuzyn, tu cała rodzina malarska. Uwierzyłabyś?

– W kopię… No, może…

Marzena złapała drugi oddech i znów odzyskała siły.

– Ale nie wyrzucaj tego może na śmietnik, co?

– To nam, na szczęście, nie grozi – wtrącił Paweł niewinnie.

– Czy ja cokolwiek wyrzucam na śmietnik? – oburzyła się równocześnie Alicja. – Poza wszystkim, to są bardzo ładne rzeczy, dlaczego mam wyrzucać na śmietnik ładne rzeczy? W dodatku złote, w złoto wierzę, kto wyrzuca na śmietnik złoto?

– Jeśli ktokolwiek, to tylko ty…

– Głupia jesteś. Niech sobie leży. Ale nie mam zamiaru upajać się kretyńską wiarą w skarby. Mam zamiar napić się kawy, bez kawy w ogóle nie będę z wami rozmawiać. Niech tam ktoś… No dobrze, mogę sama.

Efekt tego postanowienia był taki, że w kuchni znaleźli się wszyscy, kawę zaś wzbogaciło piwo, mleko i herbata. Przez chwilę rozważaliśmy sprawę przy stole kuchennym, po czym wraz z napojami przenieśliśmy się na stół salonowy, żeby nie tracić z oczu przedmiotu sporu.

Owszem, Alicja miała rację. W egzystencji normalnego człowieka takie rzeczy w zasadzie się nie zdarzają, nikomu spod podłogi nie tryska znienacka ropa naftowa. No, chyba że w Teksasie… Ale znów, z drugiej strony, nawet w zrujnowanej doszczętnie Polsce facetowi posypał się z sufitu deszcz złota, na zakurzonym stryszku objawił się El Greco, rolnik wyorał z pola garnek numizmatów… W Danii zabytki nie uległy zagładzie, odnalezienie czegoś cennego nie musi tu wkraczać w dziedzinę baśniowych fantazji, może się zdarzyć, że ktoś na coś trafi.

– No dobrze – zgodziła się Alicja. – Ktoś może. Ale dlaczego ja?

– A dlaczego nie ty? Identyczne pytanie mogłaby zadać każda osoba, która kupiłaby ten worek. Inna rzecz, że osoba znalazłaby zwierzątka już pięć lat temu, bo rozkopałaby zakup od razu…

– Chyba że umarłaby po drodze do domu – podsunął Paweł.

Alicja czepiała się wszystkiego.

– Dlaczego miałaby umrzeć?

– A cholera ją wie. Wpadła pod pociąg, na przykład…

– To i worek wpadłby pod pociąg.

– Ale załóżmy, że pociąg go nie przejechał. Uczciwi ludzie zabezpieczyliby go i oddali rodzinie. W obliczu tragedii rodzina zaniedbała worek i przeleżałby w kącie Bóg wie jak długo…

– Znaleźliby go przy odnawianiu mieszkania. Tu często odnawiają mieszkania i robią porządki.

– No to co?

– Co, no to co?

– No to co, że by go znaleźli?

– Nie wiem. Rozpakowaliby chyba, nie?

– Uspokójcie się na chwilę! – zaproponowałam gniewnie, bo zaczęli już tworzyć całą sensacyjną akcję. – Pięć lat temu nie sami uczciwi tu mieszkali, nazjeżdżało się trochę nieuczciwych. Niech wam będzie, katastrofa, podwędził go jakiś nieuczciwy, rozbebeszył, znalazł złote zwierzątka, ucieszył się, nie był bogaty…

– Skąd wiesz, że nie był bogaty?

– Bogaci nie pętają się po dworcach kolejowych i nie zbierają szczątków po ofiarach. Nie był. Sprzedał je zatem, może razem, może oddzielnie. I co? Jakim cudem mogłyby się znaleźć w kocim worku ponownie? Nie wydaje ci się dziwniejsze, że zgubił je najpierw jeden właściciel, poszły na licytację w worku, po czym zgubił je drugi, kolejny właściciel, i w dodatku obaj musieliby je gubić w pociągach…?

– Co za brednie wygadujesz? – skrzywiła się Alicja. – Do czego ci w ogóle to całe gubienie?

– Mnie do niczego, to ty się czepiasz. A zwracam ci uwagę, że takiego sezamu znowu nie posiadasz, srebra po ciotce i biżuterii ze dwie łyżki od zupy, wielkie mecyje, teraz ci się znalazły platynowe szachy i złote zwierzątka, owszem, dzieło sztuki, ale na tym koniec. Nie ma co wpadać w euforię…

– A kto wpada?

– Wszyscy. Nikt. To ty tak to traktujesz, jakby trzeba było wpadać!

– Nic podobnego, wcale nie traktuję. Po prostu nie wierzę…

– I twoja niewiara właśnie świadczy, że uważasz to za przedmiot do wpadania!

– Przestańcie się wreszcie kłócić o głupoty! – zażądała z energią Marzena. – Bo ja tu myślę, a wy mi okropnie przeszkadzacie.

– Nikt się nie kłóci… – zaczęła Alicja, ale została zagłuszona.

Razem, Marzena i Paweł, przypomnieli nam ciąg wydarzeń. Blekot woził ze sobą czasopismo z artykułem o zaginionych skarbach, tajemnicze osoby zaczęły grzebać w domu Alicji, wyszło na jaw, że, oprócz Blekota, brali w tym udział Pamela, pasożyt i Marianek. Wszyscy pchali się do kocich worków, ryki wychodka ułatwiały im zadanie, Pamela i pasożyt przestali się liczyć z przyczyn natury wyższej, o tym ostatnim worku Blekota powiadomił Marianek, koty wkroczyły do akcji i uratowały cenne mienie. Wszystko poniekąd logiczne.

Natychmiast pojawiły się pytania, z tym że kolejność ich wypadła nam nieco chaotycznie.

Skąd Blekot wiedział, gdzie szukać zaginionej Arki Noego?

Czy ta odnaleziona w worku Arka Noego stanowi całość, czy też część jej zaginęła w mrokach dziejów?

Czy on specjalnie szukał menażerii, czy też czegokolwiek z owego artykułu? Bo może miał nadzieję na diamenty królowej Wiktorii albo napierśnik Klemencji, albo szmaragdy Cecylii Renaty?

Kto zgubił w pociągu złote zwierzątka?

Kto zabił Pamelę i dlaczego?

Kto zepchnął pasożyta ze schodów, jeśli nie zleciał samodzielnie?

Co łączyło Marianka z Blekotem i od kiedy? U Alicji nie spotkali się nigdy, wiekiem różnili się o całe pokolenie, w Polsce mieszkali w różnych miastach i mieli różne zawody. Marianek tkwił w obsłudze komputerów, a Blekot był architektem, co ma piernik do wiatraka? Mógł Blekot projektować na komputerze, wielu się przestawiło, chociaż co starsi z trudem i niechętnie, a Marianek mógł mu ten komputer naprawiać, ale to co, specjalnie w tym celu przejeżdżał pół kraju…?

Czy Blekot nie miał przypadkiem takiego hobby, bo może maniacko poszukiwał zaginionych drogocenności jak popadnie, z Bursztynową Komnatą na czele?

Skąd, do diabła, wiedział, że Alicja nie rozkopuje wszystkich worków od razu?

Co w tym całym interesie robi Anita?

Spisaliśmy sobie porządnie wszystkie pytania, bezskutecznie usiłując znaleźć odpowiedzi. Większość ich wyglądała negatywnie, najgęściej pojawiały się nieprawdopodobieństwa i niemożliwości. Udało nam się wykluczyć tylko jasnowidzenie.

– Prosiłam, żebyście porządnie przeczytały ten artykuł – powiedziałam z wyrzutem. – Może tam było coś, co nasuwało jakieś konkretne wnioski, może ostatni posiadacz, może dawne podejrzenia, może współczesny błysk? Niech szczeciną porosnę, jeśli cokolwiek dokładnie pamiętacie!

– A kto powiedział, że Blekot opierał się tylko na tym jednym artykule? – zaprotestowała natychmiast Alicja. – Może już wcześniej coś czytał albo słyszał?

– Biografię Benvenuta Celliniego – podsunęła skruszona Marzena.

– Benvenuto Cellini napisał autobiografię – wytknęłam, pełna rozgoryczenia i zła na siebie. – Ściśle biorąc, podyktował. Niestety, nie czytałam, czego właśnie odżałować nie mogę. Ale ta cała biblijna kolekcja mogła w jego mniemaniu stanowić drobnostkę i może jej nawet nie dokończył, więc pominął z niesmakiem, to po pierwsze, a po drugie, przy dalszym ciągu go nie było. Nie mógł przewidzieć, że ktoś ją podwędzi, i naprawdę śmierdzi mi tu Diana de Poitiers, co nie ma najmniejszego znaczenia, bo i tak nic nam nie daje.