Выбрать главу

– Wynoś się – powiedziała energicznie Marzena. – Wypieprzaj stąd i więcej nie wracaj. Jeśli jeszcze raz Alicja za próg domu cię wpuści, ja z nią przestanę rozmawiać!

Anita nie wytrzymała. Cały wieczór bez intryg, to było ponad jej siły.

– Chyba Alicja powinna…? – zaczęła ze złośliwą naganą.

– Zamknij się – zgasiłam ją od razu, widząc wyraz twarzy Alicji. – Owszem, Alicja, ale ona to powie w takiej formie, że będzie wyglądało na zaproszenie.

– Przesadzasz – skrzywiła się Alicja i zwróciła się do Marianka. – One obie mają rację. No dobrze, mogę nie zawiadamiać policji o tych twoich wygłupach, ale weź pod uwagę, że mam ich dosyć. To jest mój dom, a nie pole bitwy, i nie po to hoduję sobie kwiaty, żebyście mi je niszczyli. Nie musisz już tu dłużej siedzieć.

– I nie masz czego szukać – dołożyłam. – Beata jutro wyjeżdża i zabiera to ze sobą. Do ekspertyzy, ona jest złotnikiem. Żadnych więcej drogocenności tu nie ma i nie będzie, a bank Alicji zbankrutował i straciła wszystkie pieniądze. Więc zapomnij o jej istnieniu.

Do Marianka dotarło po bardzo długiej chwili. Wyraził szczery żal i zamienił nadzieję na przygnębienie. Usiłował jeszcze ocalić jakieś szczątki i wskazał pistolet pod ręką Pawła.

– A to…?

– A to zostanie Alicji na pamiątkę – zarządził Paweł.

– Ale Ernest…

– Powiedz mu, żeby się powiesił. Nie musi do siebie strzelać. A ciebie może zarżnąć nożem.

Wizja, jak dla Marianka, była zapewne zbyt krwawa, bo wreszcie zrezygnował z wszelkich roszczeń. Poszedł. Z litości, ze względu na koty, Alicja wypuściła go drzwiami wejściowymi, a nie przez taras.

– Zwariowałaś? – spytała z niesmakiem, wróciwszy, kiedy już z pewnością się oddalił. – Dlaczego miałam zbankrutować?

– Żeby już nie liczył na dochody z twoich gałęzi, półeczek i nie wiem, czego tam jeszcze. Inaczej w życiu się go nie pozbędziesz, a do łba, jak widać, może mu wpaść każda głupota. Anita, miałaś rację…

Anita kręciła głową w uznaniu dla samej siebie.

– Dużo się mogłam spodziewać tu u was, ale nie aż tyle. Cóż to za urocze stworzenia, te koty! Ale popatrzcie, ile zgadłam! Możecie mnie nie podziwiać, sama siebie podziwiam dostatecznie.

– Czy te słone paluszki wyrzuciłaś do śmieci? – spytał Paweł. – Taka świetna zagrycha…!

* * *

– Oczywiście, że poszedłby siedzieć – powiedziałam z gniewem do Alicji zaraz nazajutrz, kiedy zostałyśmy same, Pawła z Beatą wysławszy do sklepów. – Nieumyślne spowodowanie śmierci, istnieje taki paragraf. Sam się przyznał, idiota.

– A nikt go o to nie podejrzewał – westchnęła w zadumie Alicja. – Ja, w każdym razie, nie. Stawiałam na Bełkota.

– Ja też. I nawet słusznie. Do głowy by mi nie przyszło, że aferę może rozpętać ta żerta jełopa. Ale teraz sama widzisz…

– Widzę mój ogród, wymagający pielenia. I bambus. Trzeba go wykopać, co najmniej połowę.

Znów siedziałyśmy na tarasiku przy ogrodowym stole. W samo południe komary pokazywały się rzadko, można było pozażywać świeżego powietrza. O Marianku Alicja rozmawiała niechętnie, stanowił jej osobiste rozczarowanie, miała do niego słabość, a okazał się niegodzien pobłażliwości i tego całego żarcia, które zdołał u niej wrąbać. Zapewne żal jej było wszystkich rozrywkowych wydarzeń, powodowanych przez niego, zarazem nie miała wielkiej ochoty eksponować własnego błędu. Z dwojga złego wolała bambus, który zresztą też stanowił błąd. Mała garstka, posadzona przed laty, rozrosła się w potężną kępę, zarastającą ogród coraz bardziej, zachłanną i upartą. Trudność pozbycia się drapieżnej rośliny polegała na tym, że jej korzenie sięgały prawie półtora metra w głąb gruntu i zwykła ludzka siła nie dawała im rady.

– Pociesz się altruistyczną myślą, że jesteś pożyteczna dla społeczeństwa…

– Dla jakiego społeczeństwa?

– Chociażby dla mnie. Też zaliczam się do społeczeństwa. Dzięki tobie wiem na pewno, że za skarby świata nie posadzę u siebie nawet jednego, najmniejszego pędu bambusa. I ostrzegę wszystkich dookoła. To już coś, nie?

– I tak ci nie uwierzą. Słuchaj, co ty masz zamiar zrobić z nimi?

Gest jej brody wskazywał gdzieś w kierunku centrum handlowego, co mogło oznaczać tylko Pawła i Beatę. Nie spodobało mi się to pytanie.

– A co niby powinnam zrobić? Poderżnąć im gardła?

– Może byłoby wskazane… Zwracam ci uwagę, że ja tu zostaję, ale wy wszyscy wracacie do Warszawy. Nie wtrącam się do Beaty, ale Ewę znasz doskonale. Co ma z tego wyniknąć?

– A diabli wiedzą. Ewa… Okropność. Może oni się opamiętają?

– Sama w to nie wierzysz. Moim zdaniem, zaskoczyli. Musiałaś ich tu przywieźć?

Oburzyłam się śmiertelnie.

– Ja…?! Zgłupiałaś?! Sami przyjechali, przypadkiem i kompletnie bez mojej wiedzy! Nie oni pierwsi, przypomnij sobie, ile par się tu u ciebie kotłowało!

– Okazuje się, że prowadzę zamtuz – westchnęła smętnie Alicja. – Też bezwiednie. Mogłabym udawać, że nic nie widzę, ale Pawła znam od urodzenia, a Ewę prawie dwadzieścia lat, ona to ciężko przeżyje. Będzie miała do mnie żal i wyjdę na świnię.

– Znajdziesz się w doskonałym towarzystwie, razem będziemy pochrząkiwać nad korytem. Dla Ewy Paweł stanowi sens życia, już widzę te wory proszków nasennych, które w siebie wepchnie. I w życiu nie uwierzy, że nie przyłożyłam ręki do tego cholernego romansu, jedyne, co mogę zrobić, to zabrać stąd Beatę, wyjeżdżam pojutrze! Rano wykopię roślinki… A, prawda, miałam ci je ukraść! Paweł mi pomoże, a Beata przez ten czas jakoś cię zachachmęci, bardzo dobrze, możesz ją umoralniać.

– Nie chcę.

– To nie. Przygnębiłaś mnie tematem. Nie wiem, co zrobić i czy w ogóle cokolwiek…

Samą prawdę mówiłam, głupio mi było śmiertelnie. Przez Ewę, rzecz jasna, czułam się winna wobec niej, być może, w zastępstwie Pawła, na którym najmniejszego poczucia winy nie dawało się dostrzec. Obydwoje z Beatą zakochali się w sobie piorunująco, należało ich może powstrzymać…? Związać czy jak…?

– Lubczyk – powiedziała w zadumie Alicja i zajrzała do swojej filiżanki. – O, już wypiłam…? Podobno lubczyk to afrodyzjak, istnieje może jakaś odwrotność? Ciągle ględzisz o ziołach…

– Co do ziół, nie wiem, chyba że trujące, ale słyszałam, że brom. Zniechęca do seksu, tylko nie jestem pewna, w jakim tempie. Wątpię, czy z dnia na dzień. Przestań się gapić w tę filiżankę jak sroka w gnat, mogę ci przynieść kawy, bo i tak od tego fotela wypoczynkowego tyłek mi drętwieje.

Podniosłam się, Alicja również.

– Nie, czekaj, też pójdę, bo coś mi chodzi po głowie. Obawiam się, że gdzieś tu jeszcze tkwią jakieś kocie worki…

Zaczęłyśmy zbierać ze stołu filiżanki, butelki, papierosy, telefony i rozmaite inne użyteczne śmieci.

– Tośmy się już nasiedziały na tym świeżym powietrzu… Masz nadzieję znaleźć coś więcej? Diamenty królowej Wiktorii?

– Nie, ten brom. To znaczy, niezupełnie. Przypomniało mi się, że Elżbieta zostawiła kiedyś takie lekarstwo dla erotomanów, przyjechała prosto od pacjentów i zabrała przez niedopatrzenie. A zostawiła przez roztargnienie, nie tylko ja mam sklerozę. Nikt tu akurat nie miał seksualnego szmergla, więc gdzieś je schowałam i może teraz by się przydało?

A diabli wiedzą… Miałam z nimi zmartwienie, ale wynikało ono głównie ze znajomości z Ewą Pawła, Julian Beaty nie spędzał mi snu z powiek, nie znałam człowieka i stanowił abstrakcję. Ciekawe, swoją drogą, że wszystkie Ewy, na jakie się natykałam w życiu, były atrakcyjne, tutejsza Ewa to przed laty piękność, moja przyjaciółka Ewa była śliczną dziewczyną, Ewa Pawła też piękna, nawet słabo mi znana Ewa z zaprzyjaźnionej rodziny, wyjątkowa zołza i gangrena, również dysponowała dużą urodą. Znałam jakąś brzydką…? Nie, nigdy.

Ci dwoje tutaj byli dorośli i wiedzieli, co robią, ich sprawa, ale jednak w obliczu Pawłowej Ewy czułam się nieswojo. Może i rzeczywiście lekarstwo…?

Alicja ze zmarszczoną brwią udała się wprost do kotłowni. Jej kotłownia była duża, zawierała w sobie również pralnię, suszarnię i coś w rodzaju magazynu narzędzi. Co prawda, sznurki do wieszania mokrych szmat rozciągnięte były w ten sposób, że po rozwieszeniu prania trzeba było czołgać się tam na czworakach, ale, ostatecznie, nikt nie musiał zwiedzać kotłowni natychmiast po wyjęciu szmat z pralki, mógł poczekać, aż wszystko wyschnie. A schło szybko, bo kocioł grzał.

– Potrzymaj to – poleciła, kiedy stanęłam w drzwiach. – Zabierz w ogóle i połóż gdziekolwiek, to suche.

Obarczona potężnym naręczem straszliwej mieszaniny, ręczników, bluzek, spodni, koszul, wszelkiej bielizny i nawet kurtek, posłusznie wycofałam się z korytarzyka i stanęłam na środku salonu. Gdzie, na litość boską, miałam ten cały nabój umieścić? Na własnym łóżku? Na salonowym stole? Zrozumiałam nagle kłopoty Alicji z miejscem, należałoby to wszystko od razu poskładać, posegregować i ulokować w odpowiednich szafach, ale komu by się chciało…?

Z nadszarpniętym sumieniem zwaliłam brzemię na salonową kanapę, jedyny mebel, na którym aktualnie nikt nie spał, podparłam stołem i wróciłam do kotłowni.

Alicja grzebała w kącie za pralką, gdzie, na oko biorąc, nic nie miało prawa się zmieścić. No, może kilka pudełek od butów, ustawionych jedno na drugim.

– Potrzymaj jeszcze i to – powiedziała, postękując z wysiłku, i wręczyła mi potężny zwój miedzianego drutu. Drut mogłam już tylko wyrzucić na dziedziniec, nigdzie więcej, tkwiłam zatem w drzwiach, trzymając go w rękach.

– Można wiedzieć, czego szukasz? – spytałam cierpko. – Bo jeśli ziół, to od razu je można wywalić na kompost. Zioła należy przechowywać w suchym i chłodnym miejscu, a tu panuje tropik. Lekarstwa zresztą też.

– Zaraz – odstęknęła Alicja, kładąc sobie pod nogami wielką, żelazną wajchę, która robiła wrażenie uniwersalnego klucza do wszelkich możliwych śrub. – Zdaje się, że… Chyba tak… Nabieram nadziei…

– Może poczekajmy na Pawła. On silniejszy.

Nic nie odpowiedziała, najwidoczniej uparła się przy czymś. Jeszcze chwilę trwały jej zmagania z tajemniczą przeszkodą, aż wreszcie wściekłym szarpnięciem wyrwała coś zza pralki. To coś wydało z siebie odgłos rozdzieranej tkaniny, Alicja zaś z impetem usiadła na tyłku.