Gdyby mieć do dyspozycji mikroskop okazałoby się, że wewnątrz czerwonych punktów, w czasie ich transportu, rozwijała się pewna struktura przydająca im określonego i indywidualnego charakteru. Punkty nadal są jednak bardzo małe. Gdy wraz z osłonami z żelu zostają już implantowane do domków, furażerowie zatrzymują się regularnie w czasie każdej podróży i zostawiają część swoich zbiorów.
W tym samym czasie ryby wyposażone w kończyny, architekci i budowniczowie prostokątnych domków, przystępują do dalszej pracy nad przeźroczystymi, podobnymi do igloo domami dla zarodków jeszcze jednego gatunku.
Rok później. Na szmaragdowe jezioro pada światło księżyca. Kilkaset wijących się w podnieceniu szyj, jedne w kolorze błękitu królewskiego, inne bladoniebieskie, wyciąga się ku górze w poszukiwaniu księżyca. Głowy zwrócone we wszystkich kierunkach. Na każdej z nich widać ze dwadzieścia różnych otworów i wgłębień. Szyje podnoszą się i opuszczają. Milczące węże szukają czegoś.
Od strony księżyca zbliża się dziwaczny statek. Swobodnie można go porównać do młodych węży: jego bliźniacze wieże wystają około ośmiu stóp nad powierzchnię wody i około sześciu nad kwadratową platformę o boku długości piętnastu stóp, która tworzy dno łodzi. Górna powierzchnia platformy jest nieregularna, pofalowana i poznaczona wgłębieniami. Platforma unosi się spokojnie na powierzchni wody.
Statek wpływa między węże i staje. Węże rozdzielają się na dwie grupy w zależności od koloru ich szyj, a potem ustawiają po jednej i drugiej stronie statku w uporządkowane szeregi i rzędy. Ze statku dobiega pojedynczy dźwięk w tonacji bmoll, który brzmi, jak wydobyty z fletu.
Rychło ton zostaje podjęty we wszystkich rzędach i szeregach, przez każdego z węży po obu stronach łodzi. Potem ze statku słychać drugi dźwięk, który także przypomina brzmieniem flet i bieg zdarzeń powtarza się. Lekcja muzyki trwa cztery godziny i obejmuje zarówno tony, jak akordy.
Trwa, aż część węży po obu stronach statku traci głos.
Ćwiczenie kończy się próbą występu węży o szyjach w kolorze błękitu królewskiego, ale jej rezultatem jest przykra kakofonia.
Na statku każdy dźwięk, gest, każda reakcja dorastających węży jest uważnie kontrolowana i rejestrowana. Oryginalny projekt funkcjonowania łodzi opiera się na głównych elementach kontroli samej kolebki. Chociaż część złotej metalicznej materii (tak samo jak części długiego czarnego pręta, a nawet tłustej ryby wyposażonej w nogi) pojawiają się w komputerze, który pracuje na statku, to jednak pierwotne składniki jego masy pochodzą z niezliczonych miejscowych skał i organicznej materii dobytych z dna szmaragdowego jeziora. Statek jest najdoskonalszym nauczycielem muzyki, właściwie idealnym syntetyzerem wyposażonym w mikroprocesory, które nie tylko rejestrują wszelkie reakcje uczniów, ale także zawierają oprogramowanie, które pozwala na eksperymenty w dziedzinie indywidualnych metod nauczania.
Ale ten zmyślny robot zaprojektowany przez sztuczną inteligencję zgromadzoną wokół zygot węży i niemal w całości zbudowany ze związków chemicznych zawartych w surowcach, jakie znajdowały się w pobliżu miejsca lądowania, sam jest z daleka obserwowany i badany przez doświadczonych inżynierów. Obecna próba znajduje się w początkowej fazie i przebiega wspaniale. To już trzecia konfiguracja, którą próbuje nauczyciel — najtrudniejsza część projektu: kolebki, która zabierze zygoty węży z powrotem na Kantorę. Pierwszy projekt był zupełnie nieudany. Zarodki do wieku dojrzewania rozwijały się dobrze, ale nauczyciel w ogóle nie był w stanie wykształcić ich na tyle, by potrafiły zaśpiewać pieśń płci. Drugi projekt był lepszy; węże zdołały nauczyć się wykonywać symfonię zalotów i do życia powołane zostało nowe pokolenie istot tego gatunku. Jednak ta grupa dorosłych węży nie potrafiła z kolei nauczyć śpiewać swego potomstwa.
W celu przestudiowania tego problemu sprowadzono najlepszych bioinżynierów Kolonii. Po zbadaniu kwadrylionów bitów informacji związanych z rozwojem węży i innych pokrewnych gatunków odkryli oni osobliwą współzależność pomiędzy stopniem wykształcenia zapewnionego przez rodziców, a zdolnością tego dziecka — po osiągnięciu dojrzałości — do samodzielnego nauczania własnego potomka. Pakiet sztucznej inteligencji odpowiedzialny za pierwsze sześć miesięcy życia węży został wobec tego przeprojektowany tak, aby włączyć do działań namiastkę matki, której jedynym zadaniem miało być obejmowanie i przytulanie dorastających węży w regularnych odstępach czasu. Testy podsystemu wypadły pomyślnie; ta drobna zmiana we wczesnym okresie wychowania sprawiła, że dorosłe węże potrafiły nauczyć swe dzieci śpiewu.
Ta pokazowa próba trwa przez ponad cztery milicykle.
Pod koniec tego okresu okazuje się, że sprawdzian wypadł bezwzględnie pomyślnie. Sztuczne jezioro wypełniło pokolenie silnych, zdrowych węży w liczbie około dwudziestu pięciu tysięcy. Zastrzeżenia co do przyszłego rozwoju tyczą jedynie próby. Ostatecznie te węże, które przeszły próbę, zostają przetransportowane do innego miejsca w Kompleksie Zoologicznym, a kantoreańskie węże trafiają na listę gatunków gotowych do repatriacji w formie zygot.
SOBOTA
1
Nad łagodnym oceanem wschodzi księżyc w pełni. Troy wpatruje się w jego promienie obserwując ich migotanie na spokojnej tafli wody. Przed nim w wodzie pojawia się Angie. Ma na sobie jednoczęściowy obcisły kostium kąpielowy. Jest zanurzona po pas. Przywołuje go ruchem ręki i on idzie przez wilgotny piasek w stronę wody. Jest boso i także ma na sobie biały kostium kąpielowy. Woda jest zadziwiająco ciepła. Angie zaczyna śpiewać. Jej cudowny głos spowija go, gdy zbliża się do niej wzniecając lekkie fale.
Pieszczą się, całują. Ona przyciąga go z zachęcającym uśmiechem. Troy czuje, że jest podniecony. Nagle powietrze przeszywa dźwięk syreny burząc nocną ciszę. W jednej chwili morze traci spokój, wzburza się. Troy zaniepokojony odwraca się i patrzy na brzeg. Nie zauważa nic szczególnego. Patrzy z powrotem na ocean. Angie zniknęła. Troyowi wydaje się, że w oddali, blisko horyzontu widzi narastającą, potężną falę. Syrena znowu wyje i Troy dostrzega w świetle księżyca wielką, bezkształtną masę unoszącą się na fali.
Zbliża się do obiektu. Potężna fala nabiera w tej odległości kształtu omal wypełniającego ekran jego snu. Bezwładnym obiektem okazuje się czarne ciało ubrane w czerwony podkoszulek i dżinsy. Dźwięk syreny wzmaga się. Troy odwraca ciało i patrzy w twarz. To jego brat, Jaimie.
Troy Jefferson leżał sztywno na łóżku. Serce waliło mu jak młot. Wyobraźnia przechodziła ze świata snu w rzeczywistość. Na zewnątrz wyła syrena. Sądząc po częstotliwości ocenił że to policyjny wóz lub karetka przemknęła właśnie przed jego drzwiami. Otrząsnął się i wyczołgał z łóżka.
Cyfrowy zegar na skraju stolika wskazywał 3.03.
Poszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i nalał sobie szklankę grapefruitowego soku. Wsłuchiwał się w oddalającą syrenę, póki jej dźwięk zupełnie nie zamarł. Potem z powrotem ruszył do małego pokoju, w którym sypiał.
W korytarzu zatrzymał go dźwięk drugiej syreny, jeszcze głośniejszy, który zdawał się zbliżać ku niemu. Przez chwilę wydawało mu się, że głos dobiega go z zewnątrz i wtedy przypomniał sobie dźwięk innej syreny w środku innej nocy. Serce znowu zaczęło mu łomotać. — Jaimie — powiedział do siebie omal bezwiednie.:— Dlaczego musiałeś umrzeć?