Выбрать главу

Wciąż widział wydarzenia tamtego wieczoru. Pierwszy plan był idealnie ostry, obrazy ani trochę nie wyblakły. Na początku wspomnienia pojawili się we trójkę: Jaimie, Troy i ich matka. Siedzieli cicho przy obiedzie jedząc pieczonego kurczaka z tłuczonymi ziemniakami. Tego popołudnia Jaimie dopiero co przyjechał do domu z Gainesville na wiosenną przerwę i zanim zasiedli do jedzenia, raczył swojego piętnastoletniego brata opowieściami o futbolu i o uniwersyteckim życiu. Jaimie przez całe dzieciństwo Troya był jego idolem. Przystojny, inteligentny, wygadany był także obdarzony niewiarygodnymi sportowymi talentami. Dzięki temu drugi rok studiów zaczynał jako obrońca drużyny Florida Gators i skaptowano go do drużyny Ali American na następny sezon. Troy bardzo dotkliwie odczuł brak Jaimiego, gdy brat po raz pierwszy wyjechał na uniwersytet, ale w ciągu ośmiu miesięcy, jakie potem nastąpiły, nauczył się akceptować jego nieobecność i wyglądać wakacyjnych wizyt.

— No, brachu — powiedział Jaimie z uśmiechem, gdy skończył obiad i odsunął talerz. — A co z tobą? Skończyłeś już następny trymestr? Stopnie wystarczająco dobre, żeby zostać astronautą?

— No pewnie, że tak — powiedział Troy skrywając dumę. — Ale dostałem B z plusem na naukach o społeczeństwie, bo mój nauczyciel uważał, że zająłem antyamerykańskie stanowisko w moim wypracowaniu o Kanale Panamskim.

— B z plusem jest od czasu do czasu chyba do przyjęcia — roześmiał się Jaimie zdradzając wyraźne przywiązanie do młodszego brata. — Ale założę się, że Burford nie miał zbyt wielu B, gdy był w dziewiątej klasie.

Ilekroć Troy przywoływał w pamięci ten fatalny wieczór, kiedy zginął jego brat, zawsze przypominał sobie wzmiankę o Guionie Burfordzie, pierwszym czarnym amerykańskim astronaucie. To wszystko było tak bolesne, że jego pamięć nie zmierzała bezpośrednio do wstrząsającego wspomnienia brata umierającego w jego ramionach, ale prawie zawsze zbaczała ku szczęśliwym chwilom, do wspomnień, które były prawie tak wyraziste jak chwila śmierci, ale radosne i krzepiące, nie zaś bolesne i przygnębiające.

Gorące lato, ostatnie przed śmiercią Jaimiego Jeffersona. W wilgotny dzień pod koniec sierpnia Jaimie umówił się po raz trzeci na spotkanie ze swoim trenerem futbollu.

Zamierzał prosić go o zwolnienie z dwóch dni treningów.

Chciał zabrać swojego młodszego brata Troy a, by zobaczył start kosmicznego wahadłowca. W czasie dwóch pierwszych spotkań trener zdecydowanie sprzeciwiał się, ale niebawem przestał protestować. — Pan wciąż nie rozumie, trenerze — powiedział Jaimie dobitnie na początku trzeciego i ostatniego spotkania w tej sprawie. — Mój młodszy brat nie ma ojca, a to jest matematyczny i naukowy geniusz. Osiąga najlepsze wyniki w tych wszystkich standardowych testach zdolności. Potrzebuje przykładu, trzeba żeby się dowiedział, że czasami mogę zrobić poza sportem coś wartościowego.

— Trener pozwolił się w końcu ubłagać i dał Jaimiemu pozwolenie. Zrozumiał, że i tak wyjedzie, bez względu na okoliczności. Jaimie bez przystanku przejechał przez Florydę swoim wysłużonym chevroletem. W Miami zabrał brata i dalej bez snu jechał następne cztery godziny do Cocoa Beach. Na miejsce przybyli w środku nocy. Jaimie, już wyczerpany, zaparkował samochód w rejonie plaży, obok siedmiopiętrowego budynku na ulicy biegnącej wzdłuż najładniejszej części wybrzeża. — W porządku, braciszku — powiedział. — Teraz prześpimy się.

Jednak Troy nie był w stanie zasnąć. Był zbyt podniecony myślą o zaplanowanym na następny wieczór starcie wahadłowca; ósmy start w ogóle, a pierwszy, który odbywał się w nocy.

Wyczytał wszystko, co dało się znaleźć o astronaucie Burfordzie i o planach misji. Następnie wyobrażał sobie, że jest już przyszłość i że to on, Troy Jefferson jest astronautą, który ma wylecieć w kosmos. Poza wszystkim, Burford był żywym dowodem na to, że to naprawdę możliwe, by czarny Amerykanin mógł osiągnąć wyżyny w społeczeństwie i dzięki swojej inteligencji, osobowości i ciężkiej pracy stać się bohaterem.

O wschodzie słońca Troy wygramolił się z samochodu i poszedł na pobliską plażę. Było bardzo spokojnie. Znalazł się tam w towarzystwie zaledwie kilku biegaczy i spacerowiczów, do tego paru tych dziwacznych krabów, których oczy poruszają się do przodu i do tyłu na swego rodzaju słupkach, gdy wbiegają bokiem do dziur w piasku. Na północy, gdzie widać było bazę sił powietrznych, Przylądek Canaveral, Troy dostrzegł wyrzutnie dla bezzałogowych rakiet, ale oczyma wyobraźni widział pośród nich wyrzutnię przygotowaną dla wahadłowca. Zastanawiał się, co właśnie w tej chwili robi astronauta Burford. Co je na śniadanie? Czy jest z rodziną, czy z kosmiczną załogą?

Jaimie obudził się około południa. Wczesne popołudnie bracia spędzili razem na plaży śmiejąc się i baraszkując w falach. Potem kupili kilka hamburgerów i pojechali do Centrum Kosmicznego imienia Kennedy’ego. Jaimie wymusił na pewnym entuzjaście, samodzielnym pracowniku badań kosmicznych, bilety wstępu na obszar zastrzeżony dla YIPów.

Na miejsce przybyli tuż przed zapadnięciem zmierzchu.

W odległości czterech mil widać było imponujący, wyniosły kształt wahadłowca. Statek składał się ze stacji orbitalnej wyniesionej na szczyt, z zewnętrznego zbiornika koloru pomarańczowego i dwóch rakiet pomocniczych po bokach.

Wahadłowiec stał pionowo przy swej wyrzutni. Zaczęło się końcowe odliczanie.

Nic, co Troy przeżył w swoim życiu nie mogło ani trochę równać się z tym, że tej nocy zobaczy wystrzelenie wahadłowca. Gdy wsłuchiwał się w odliczanie przekazywane przez głośniki w strefie dla VIPów, był przejęty oczekiwaniem, ale jeszcze nie grozą. Jednak w chwili, gdy odpalono silnik a noc Florydy wypełnił czerwonopomarańczowy blask i soczyste, białe chmury kłębiącego się dymu, Troyowi o mało oczy nie wyskoczyły z orbit. Widok gigantycznego statku, który powoli i majestatycznie unosił się w niebo ciągnąc za sobą długi, wysmukły płomień, w połączeniu z niesamowitym dźwiękiem nieustannego ryku przerywanego dziwnymi odgłosami, naprawdę przyprawiał o gęsią skórkę. Łzy napłynęły mu do oczu i przeszedł go dreszcz.

Stał obok swego brata Jaimiego i mocno trzymał go za rękę, gdy wyciągając szyję śledził unoszący się coraz wyżej i wyżej płomień, póki nie znikł na nocnym niebie.

Po obejrzeniu startu znowu przespali się w samochodzie.

Potem Jaimie podrzucił Troya na przystanek autobusowy w Orlando i skierował się z powrotem do Gainesville na trening. Troy czuł, że po tym przeżyciu stał się innym człowiekiem. Przez następny tydzień obsesyjnie śledził lot.

Burford został jego bohaterem, nowym idolem. Podczas dwóch pierwszych trymestrów mijającego roku szkolnego Troy intensywnie przykładał się do nauki. Miał cel. Chciał zostać astronautą. Owej marcowej nocy Troy nie wiedział, że zaledwie siedem miesięcy później zdobędzie inne doświadczenie, pustoszące i głęboko wstrząsające, które całkowicie przesłoni grozę, jaka odczuwał podczas startu wahadłowca. Wtedy, gdy jego brat Jaimie zatrzyma się obok jego pokoju przed wyjściem z domu o ósmej i powiedział:

— Skoczę do Marii, brachu. — Pewnie wybierzemy się do kina.

Maria Alvarez miała osiemnaście lat i jeszcze uczyła się w starszej klasie szkoły średniej. Od paru lat była stałą dziewczyną Jaimiego. Pochodziła z kubańskiej rodziny i mieszkała w Little Havana wraz z ośmiorgiem rodzeństwa.

Troy uściskał brata. — Cieszę się, że tu jesteś, Jaimie.

Tyle rzeczy chcę ci pokazać. W szkole zrobiłem dla ciebie słuchawki…

— Wszystko chcę obejrzeć — przerwał mu brat. — Ale jutro, z samego rana. A teraz nie siedź zbyt długo. Astronauci potrzebują dużo snu, żeby być w pogotowiu — Jaimie uśmiechnął się i wyszedł z pokoju Troya. Były to ostatnie słowa, jakie Troy od niego usłyszał.