Karśnicki stał jeszcze wychylony do przodu, z ręką, której nie cofnął po rzucie, wyciągniętą. Ten obraz był ostatnim, jaki Dominik zachował w pamięci.
Nie widział już, jak zza lasu wyskoczyły gromady rosyjsko-polskich ułanów Szegulina, jak Murata i Karśnickiego, który zdążył wyrwać nóż z pleców trupa, porwał ów potok, jak brat głowę ku niemu obracał i krzykiem rozpaczliwym przyzywał, jak Polacy z Wielkopolski zaczęli się rąbać z Polakami z Litwy i z Ukrainy, przekleństwami ohydnymi w tym samym języku obrzucać… Nie widział wreszcie, jak stalowe kohorty jazdy francuskiej przełamały szyk rosyjski i przechyliły szalę na korzyść boga wojny.
Ocknął się w nocy, słysząc gwar głośny. Znajdował się w konwojowanej przez Kozaków kolumnie jeńców, na wozie wyłożonym słomą. Tych z pojmanych Francuzów, którzy mogli iść, pędzono obok wozów.
Gwar wznieciło kilku pijanych Prusaków z korpusu Lestocque’a, którzy nagle dopadli jeńców i zaczęli ich rąbać. Była wśród nich markietanka – ta dźgała bezbronnych bagnetem. Krzyk się podniósł, jeńcy zasłaniali się gołymi rękami i chowali za wozy, gdy wtem do oficera, który dowodził Prusakami, doskoczył dowódca eskorty, ściągnął Niemca z konia, szablę wyjął i tłukł co sił płazem po głowie, po plecach i gdzie popadło, klnąc straszliwie. Prusak zwijał się, nie mógł wstać z błota, krzyczał, o litość żebrząc. “Herr Leitnant! Herr Leitnant!”, łapał za nogi. Obok leżało dwóch zakłutych Francuzów.
Kozaka widać ogarnął szał, bo zaczął kopać bez litości.
– Wot tiebie! Wot tiebie! Ty plennych choczesz rubat?! Podliec!! Wot tiebie, job twoju mat! Wot tiebie…!
Dominik katowania i okrucieństwa wszelakiego nienawidził, ale teraz patrzył na Rosjanina z sympatią, z wdzięcznością, chciał mu coś rzec, lecz kolumna znowu ruszyła, wozem szarpnęło i stracił przytomność.
Spotkali się już po Tylży, gdy nastał powszechny pokój i gdy wolno puszczano jeńców po obu stronach. Padli sobie w ramiona i całowali się, szczęśliwi jak dzieci.
– Schudłeś na szczapę, nie pieścili cię Rosjanie?
– Co tam, źle nie było, odpocząłem przynajmniej, ha, ha, ha…
– A rana? Zagoiła się, mniemam…
– Prawie. Jeno kiedy zimno, to dokucza, ale co tam, nie to ważne. Nareszcie, Janku, nareszcie ją masz!
– Co nareszcie?
– Nareszcie masz… mamy ową Polskę wyśnioną, niepodległą, a w niej Wielkopolskę. Po tośmy walczyli, by nasza ziemia w Polskę wrosła, jako za dawnych królów…
– Ale nie wrosła. Wrosła… w Księstwo Warszawskie.
– Już tylko po tym, żeś zawsze niekontent, poznać można, żeś szczery Polak. Oj, Janku, Janku! Naród, patrz oto, z radości szaleje.
– Więc i ty szalej.
– Czego chcesz, do diabła?! Wtedy źle i teraz źle?! Kiedyż ci wreszcie dobrze na tym świecie będzie?! Gdy dziewkę ową, co łóżko z baldachimem nad twój siennik przedłożyła, odzyskasz?!
– Wara ci od niej! Ni słowa więcej! O Polsce nie praw, gdyś głupi! Ano księstwo masz, co mu nawet słowa “Polskie” w imię nie wrażono. Mocarstwa wielkie rodzą takie księstwa częściej, niźli kura jajo. A jajo łatwo rozdeptać, tym łacniej, jeśli się but nad nim zawieszony trzyma.
– Przestań! Oszalałeś chyba, mój bracie! Przecież kraj wolny mamy, wolny, rozumiesz, i poczekaj, z każdą wojną rosnąć on będzie i mocarnieć!
– Prawda, Dominiku, prawda. Widzisz, jestem zmęczony, już stary. Masz chyba rację, tylko ta Wielkopolska w Księstwie Warszawskim, na litość Boga!
– Na litość Boga, człowieku! Cóż znaczą nazwy, cóż wolałbyś? Księstwo wolne i niepodległe, jakie mamy, czy Polskę Polską zwaną, z pozorami wolności jeno?!
Milczenie ciężkie i pochmurne wbiło się między nich, aż po długiej chwili Karśnicki wydusił z siebie:
– Księstwo, księstwo, Dominiku.
Zakończenie
W 23 lata po wypadkach nakreślonych uprzednio – 8 grudnia 1830 roku – pięciu mężczyzn ubranych bogato, choć nie wystrojonych, a wszyscy sztywni i stremowani, czekało pod drzwiami gabinetu dyktatora Chłopickiego.
Generał Chłopicki wziął w swoje ręce ster powstania, które wybuchło w Warszawie w noc listopadową.
Tych pięciu ludzi było reprezentacją Wielkopolan – wówczas Polaków zamieszkujących Wielkie Księstwo Poznańskie. Mieli prosić dyktatora, by zezwolił włączyć się Wielkopolsce w nurt wspólnej walki narodu polskiego o wolną i zjednoczoną ojczyznę. Nazywali się: Ludwik Sczaniecki, Andrzej Niegolewski, Edward Potworowski, Dominik Rezler i Jan Karśnicki. Ten ostatni, ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna o czerstwej twarzy – przewodził.
Przywództwo, na które go wysunięto, było oczywistym następstwem szacunku, jakim się cieszył. Niegdyś pono niezrównany zawadiaka, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, młodość strwonił na tułaczce po świecie. Bił się w powstaniu wielkopolskim za Napoleona, stawał dzielnie pod Eylau, a potem w 1809, gdy Księstwo Warszawskie powiększyło się znacznie i w 1812-1813, kiedy miało się jeszcze bardziej powiększyć i przemienić z obietnicy cesarza w wielką Polskę, a padło i rozsypało się w proch z woli losu. Gdy departament poznański zmienił się w Wielkie Księstwo Poznańskie pod panowaniem Prus, Karśnicki osiadł na koniec w rodzinnym Buszewie pod Szamotułami. Gospodarował na swej ziemi mądrze i nowocześnie, sprowadził z Anglii książki rolnicze i pługi szkockie, zakładał nowe, nieznane w Wielkopolsce uprawy. Pierwszy zniósł całkowicie pańszczyznę wśród swoich chłopów i częściowo ich uwłaszczył, co wywołało z początku wściekłe ataki szlacheckiej braci, a wkrótce poklask wzbudziło i uznanie. Mogło się wydawać, że polityka nie interesuje go zupełnie. Miał dwie namiętności: polowania i dzieci swego brata, Dominika Rezlera, z którymi bawił się bez końca i które niemożliwie rozpieszczał. Sam nie ożenił się. Zawistni szeptali, że pod Smoleńskiem kula trafiła go w męskość, lecz nawet ci, co tak mówili, nie bardzo wierzyli w tę bzdurę.
W początkach grudnia 1830 roku dotarły w Poznańskie wieści o wybuchu powstania. I wtedy stary Karśnicki drgnął, przebudził się, a poproszony, bez słowa wsiadł na konia i ruszył ku Warszawie. Wraz z nim podążał brat oraz Niegolewski, Sczaniecki i Potworowski. Wielkopolska dość już miała niewoli i doli sierocej.
Drzwi rozwarły się. Weszli. Chłopicki siedział za biurkiem, lecz gdy stanęli w świetle ościeży, wstał na moment i poprosił o zajęcie foteli. Spytał, czego chcą.
Usiedli z wyjątkiem Karśnickiego. On stał przez chwilę nieruchomo, jakby słów szukał i wreszcie zaczął, spokojnie, rzeczowo, później coraz żywiej i goręcej. Przedkładał, iż Wielkopolska stanie u boku Warszawy, że o jedną Polskę będą walczyć. Prosił o wskazówki.
Chłopicki milczał i cisza wydawała się już zanadto długa, denerwująca. Gdy odpowiedział, tamci czterej zerwali się na nogi.
– Moi panowie! Mam do czynienia z jednym cesarzem, z drugim nie myślę zadzierać! Z sąsiadem Polski, Wielkim Księstwem Poznańskim – wymówił to tak dobitnie, że aż obraźliwie – żył będę w spokoju. Zachowam wobec Księstwa taką politykę, jak Francja względem Belgów!
Sczaniecki wyprzedził innych:
– Generale! Belgijczycy nie są Francuzami, a my przecież jako i ty Polacy! Takiej krzywdy, by nas za Polaków nie uważać, nie wyrządzisz nam, na miłosierdzie boskie!
– Bez egzaltacji, moi panowie! Jesteście pruscy poddani z Wielkiego Księstwa Poznańskiego. I nie unoście się! Tu nie karczma!
Chcieli się rzucić z perswazjami, lecz Karśnicki jednym gestem zatrzymał ich w miejscu. Tak to uczynił, iż pojęli, że nic tu nie wskórają. Rękę opuścił powoli, postąpił dwa kroki do przodu, dłonie oparł na blacie biurka i patrząc w twarz siedzącemu dyktatorowi, rzucał słowa ciche, jakby intymne, miarowe jak kroki uderzające o posadzkę.