Выбрать главу

Kobiety obserwowały z tyłu każdy mój ruch. Kiedy usiadłem, przyjrzały się najpierw suszarce, a następnie ukradkiem zaczęły spoglądać w moją stronę. Podniosłem wzrok i również przyjrzałem się suszarce. Wówczas zrozumiałem przyczynę ogólnego zainteresowania. Suszonego przeze mnie prania było bardzo mało, w dodatku tak ubrania jak i bielizna należały do kobiety i wszystkie były różowe. To chyba jednak za dużo, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Postanowiłem spędzić te dwadzieścia minut poza pralnią.

Drobny deszcz padał wciąż w ten sam niezauważalny sposób. Rozłożyłem parasol i minąwszy parę ulic, wydostałem się z cichego willowego zaułka na główną drogę. Przeszedłem obok fryzjera, piekarni, sklepu ze sprzętem do surfingu (ciekawe, po co komu sklep ze sprzętem do surfingu akurat tutaj, w Setagaya), potem minąłem trafikę, cukiernię, wypożyczalnię wideo i pralnię. Przed pralnią ujrzałem szyld: „W dni deszczowe 20% taniej". Nie mogłem pojąć, dlaczego w dni deszczowe pierze się taniej. Przez szybę dostrzegłem łysego właściciela, który z ponurym wyrazem twarzy prasował właśnie koszulę. Do sufitu, niczym bluszcz, pięło się kilka grubych węży z parą do żelazka. Właściciel pralni, jak to bywało dawniej, prasował własnoręcznie. Poczułem do niego sympatię. Tutaj na pewno nikt nie przypiąłby zszywaczem numerka do mojej koszuli. Bardzo tego nie lubię i dlatego nigdy nie oddaję swoich rzeczy do dużych pralni.

Przed pralnią znajdował się niewielki klomb. Na kilku grządkach rosły kwiaty, których nazw nie znałem. Nie dlatego, że to kwiaty rzadko spotykane, przeciwnie, kwiaty były tak pospolite, że każdy normalny człowiek powinien znać je na pamięć. To ja ich po prostu nie znałem. Wielkie krople wody spływające z dachu wsiąkały się w czarną ziemię. Zrobiło mi się jakoś smutno. Żyłem już na tym świecie trzydzieści pięć lat, a nie znałem nazw najzwyklejszych kwiatów. Stojąc przed pralnią, odkryłem już kilka rzeczy. To, że nie znałem nazw kwiatów, i to, że w dni deszczowe oddanie rzeczy do pralni kosztowało mniej. Przechodziłem tędy niemal codziennie, ale nigdy nie zauważyłem nawet tego klombu.

Dostrzegłem też ślimaka i to było dla mnie kolejnym odkryciem. Do tej pory sądziłem, że ślimaki można spotkać tylko w czerwcu, w porze deszczowej. No, ale gdzie miałyby się podziać przez resztę roku?

Przeniosłem tego październikowego ślimaka na grządkę i postawiłem go na liściu. Przez chwilę liść huśtał się pod jego ciężarem, a kiedy się uspokoił, ślimak wysunął głowę i powoli rozejrzał się dookoła.

Zawróciłem. W trafice kupiłem paczkę larków king size i zapalniczkę. Wprawdzie rzuciłem palenie pięć lat temu, ale pomyślałem, że jedna paczka papierosów wypalona w ostatnim dniu życia nie powinna mi już zaszkodzić. Pod dachem trafiki włożyłem papierosa do ust i zapaliłem go zapalniczką. Tak dawno tego nie robiłem, że kiedy zaciągnąłem się dymem, lekko ścierpły mi końce palców, a mózg na chwilę przestał pracować.

Następnie wstąpiłem do cukierni i kupiłem cztery ciastka. Wszystkie miały długie francuskie nazwy i kiedy dziewczyna za ladą skończyła je wreszcie pakować, nie mogłem sobie przypomnieć, co właściwie kupiłem. Dziewczyna była wysoka jak jodła i bardzo niezręcznie wiązała sznurek. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze wysokiej dziewczyny, która miałaby zręczne palce. A może po prostu nie miałem szczęścia?

Z wypożyczalni wideo, która znajdowała się obok, korzystałem czasami w przeszłości. Prowadziło ją małżeństwo mniej więcej w moim wieku. Spojrzałem przez szybę na telewizor, ustawiony tuż przy wejściu. Ciężkie czasy Waltera Hilla. Charles Bronson gra w tym filmie gołorękiego boksera, a James Coburn jego menażera. Wszedłem do środka, usiadłem na sofie i dla zabicia czasu postanowiłem obejrzeć scenę walki.

Ponieważ właścicielka nudziła się sama za ladą, zaproponowałem jej jedno z moich ciastek. Wybrała ciastko z orzechami, ja wziąłem sobie mrożony sernik.

Jedząc sernik, przyglądałem się scenie, w której Charles Bronson bije się z olbrzymem. Wszyscy myślą, że wygra olbrzym, ale ja oglądałem ten film wcześniej, więc wiedziałem, że Bronson nie da się pokonać. Kiedy skończyłem sernik, zapaliłem papierosa, wypaliłem go do polowy, po czym upewniwszy się, że Bronson znokautował przeciwnika, wstałem z sofy.

– Może pan jeszcze trochę posiedzi – zaproponowała właścicielka.

Powiedziałem, że chętnie, ale zostawiłem ubranie w pralni, i spojrzałem na zegarek. Było dwadzieścia pięć po pierwszej. Moja suszarka już dawno przestała się kręcić.

– A niech to!

– Nie ma się czym martwić. Na pewno nikt nie ukradł pańskiej bielizny.

– Mam nadzieję – odparłem bezsilnie.

– Może wpadnie pan w przyszłym tygodniu? Będę miała trzy stare filmy Hitchcocka.

W pralni nie było już nikogo. Wyjąłem ubranie z bębna, zapakowałem je do torby i wróciłem do domu.

Grubaska spała w moim łóżku jak zabita. W pierwszej chwili pomyślałem, że może naprawdę umarła i przystawiłem ucho do jej twarzy. Usłyszałem jednak cichy równomierny oddech. Wyjąłem z torby suche ubrania i położyłem je na poduszce, a pudełko z ciastkami postawiłem obok lampy. Gdyby to było możliwe, najchętniej położyłbym się obok niej i zasnął.

Wyszedłem do kuchni, napiłem się wody i wtedy przypomniałem sobie o moczu. Oddałem mocz, po czym wróciłem do kuchni, usiadłem na krześle i rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem zlew, piecyk gazowy, kuchenkę, lodówkę, toster, półki, kosz na śmieci, elektryczny garnek do ryżu, ekspres do kawy i inne tym podobne rzeczy. Określa się to jednym słowem: kuchnia, ale na kuchnię składa się tyle rozmaitych przedmiotów. Zdawało mi się, że w tej kuchni wyczuwam harmonię świata, który podobnie jak kuchnia składa się z mnóstwa drobnych spraw i rzeczy.

Byłem jeszcze żonaty, gdy wprowadzałem się do tego mieszkania. To się wydarzyło osiem lat temu. Często siadałem przy kuchennym stole i do późnej nocy czytałem książki. Żona spała zawsze bardzo spokojnie. Czasami martwiłem się, że może umarła we śnie, i sprawdzałem, czy jeszcze oddycha. Może nie byłem doskonałym mężem, ale kochałem ją tak, jak potrafiłem.

A więc mieszkałem w tym domu już od ośmiu lat! Na początku było nas troje: ja, żona i kot. Najpierw opuściła mnie żona, potem kot, a teraz sam będę musiał odejść. Zapaliłem papierosa i znów napiłem się wody. To dziwne, że nie wyprowadziłem się stąd wcześniej – pomyślałem. Mieszkanie nie podobało mi się od początku, czynsz też nie należał do niskich. Słońce świeciło w okna zbyt jaskrawo, a dozorca nie grzeszył uprzejmością. Moje życie w tym mieszkaniu nie było szczęśliwe. No i zaludnienie spadło zbyt gwałtownie.

Ale ostatecznie to wszystko i tak niedługo się skończy.

A może czeka mnie wieczne życie? Nie umrę, lecz przeniosę się do innego nieśmiertelnego świata, w którym wreszcie będę mógł być sobą, w którym odnajdę to, co straciłem do tej pory, i to, co tracę nadal?

Być może profesor ma rację. Nie, on na pewno ma rację. Ten starzec nigdy się nie myli. Skoro powiedział, że wejdę do nieśmiertelnego świata, to znaczy, że stanie się tak na pewno. Tylko że prawdę mówiąc, nie rozumiałem z tego ani słowa. Po pierwsze uważałem, że byłem w wystarczającym stopniu sobą, a po drugie nie mogłem sobie wyobrazić ani nieśmiertelności, ani tego, co nieśmiertelny myśli o swojej nieśmiertelności. Zwłaszcza jeśli otacza go wysoki mur i stado jednorożców. Już świat Czarnoksiężnika z krainy Oz wydawał mi się realniejszy.