Выбрать главу

„Za kilkadziesiąt lat z pewnością będziemy lepiej przygotowani i potrafimy docenić niebywałą szansę, jaką przed ludzkością otworzyła Wiadomość i Maszyna” — pisała jedna z gazet, świadomie czy nie, czyniąc dość tajemniczą aluzję słowami: „a wtedy śmiać się będziemy z naszych trywialnych obaw, i może zapłaczemy nad głupotą i ciasnotą horyzontów, które nie pozwoliły widzieć tego, co dostrzegali inni”.

Za to komentatorzy religijni zgodnie stwierdzili, że fiasko było karą za grzech pychy. W swym telewizyjnym programie, niestrudzony Billy Jo Rankin po raz któryś już przekonywał, iż zawsze był przeciwny Maszynie — „tej współczesnej Wieży Babel”, i teraz okazuje się, jaki był przewidujący. Wiadomość od początku była dla niego przysłana z „Piekła o imieniu Vega”, a ludzkość w swej głupocie i pysze po raz kolejny wyciągnęła rękę po Boską Władzę. Ale już kiedyś było takie miasto, nazywało się Babilon — grzmiał Rankin — które Bóg unicestwił. W naszych czasach wzniesiono nowy Babilon, ale i ten — za sprawą Wiernych Bożemu Słowu — unicestwiono. Dwa razy Bóg swoją Łaską natchnął dwa znamienne wypadki: jeden w Wyoming, drugi w Uzbekistanie, lecz to nie powstrzymało pysznych i próbowali po raz trzeci. Tym razem Bóg był łaskawy — nie pozwolił im zginąć, wierząc, że się nawrócą na Boże Milenium (które nastąpi nie teraz, jak chcą niektórzy, ale dopiero za rok, l stycznia 2001 roku — dorzucił kłótliwym tonem).

W maleńkim pokoju Ellie głos Rankina rozlegał się jak dzwon. Maszynę należy zniszczyć, detal po detalu. A ideologię, która kazała uczonym sięgnąć po Boską władzę — miast stanąć po Jego prawej stronie, stronie sprawiedliwych — należy wypalić do korzeni, zetrzeć z powierzchni Ziemi, zanim nie jest za późno.

Wyłączyła telewizor i wróciła do prac nad oprogramowaniem. Swobodnie rozmawiać przez telefon mogła jedynie z Janesville w Wisconsin. Pozostałe rozmowy były kontrolowane, za co zawsze „uprzejmie przepraszano”. Listów od der Heera, Petera Valeriana i od swej koleżanki szkolnej Becky Ellenbogen, w ogóle nie otwierała. Ekspresem, a także przez posłańca nadeszły krótkie liściki od Jossa. Te ją przez chwilę kusiły, lecz w końcu też odkładała nierozpieczętowane. Zdobyła się tylko na słowa Przepraszam Palmer, jeszcze nie. Ellie — które wysłała bez adresu nadawcy. Wątpiła, czy taki list w ogóle mu przekażą.

Specjalny program, który telewizja nadała o niej, obejrzała ze spokojnym rozbawieniem. Oczywiście, nakręcili go bez jej wiedzy i zgody. Według telewizji Ellie była samotnikiem bardziej niedostępnym i tajemniczym niż Neil Armstrong, a nawet Greta Garbo. Nie miała czasu na głupstwa. Ograniczenia komunikacyjne, które ją dotknęły, na szczęście nie dotyczyły ścisłej pracy naukowej, zdołała więc za pomocą telesieci asynchronicznej opracować z Vaygayem nowy długofalowy program obserwacji nieba. Na pierwszy ogień miał pójść Strzelec A z Centrum Galaktyki i Łabędź A — najsilniejsze pozagalaktyczne źródło radiowe. Teleskopy Argusa sprzężono fazowo z teleskopami w Samarkandzie w taki sposób, że razem tworzyły jeden radioteleskop wielkości Ziemi. Mógł on wychwycić nadajnik wielkości wewnętrznego układu słonecznego z odległości takiej, jak z Ziemi do Centrum Galaktyki, mimo to Ellie wciąż nie była zadowolona. Na przykład, tamte dwie orbitujące czarne dziury byłyby na ich system odbiorczy za małe — potrzebowali radioteleskopu wystrzelonego na drugą stronę Słońca i pracującego w tandemie z Ziemią, tworząc radioteleskop o rozmiarach ziemskiej orbity. Dopiero wtedy mogliby z Centrum Galaktyki wyłapać coś tak małego, jak Ziemia lub nawet mniejszego, o rozmiarach Stacji.

Czas jej upływał na modyfikowaniu oprogramowania komputera Cray 21. Zaczęła też robić tak dokładne, jak obiecała Edzie i sobie, notatki z każdej nieomal minuty jaka upłynęła od ich „startu” w dodekahedronie po niefortunne „lądowanie”. Będąc w połowie prac, nagle uświadomiła sobie, że oto na jej biurku rodzi się amerykański samizdat... technologia maszyny do pisania i kalki... Po ukończeniu, oryginał z dwiema kopiami zamknęła w sejfie — obok żółknącej kopii Reguły Haddena, zaś trzecią odbitkę ukryła w szczelinie pod luźną obudową kasety elektronicznej teleskopu 49. Paląc kalki po raz pierwszy wdychała ich czarny, gryzący dym.

Po sześciu tygodniach zakończyła oprogramowanie i zanim wreszcie mogła pomyśleć o czymś innym — konkretnie o Palmerze Jossie — on sam wyrósł przed nią we własnej osobie.

Pozwolono mu na ten wyjątek tylko dzięki osobistej znajomości z Prezydent, choć nie obyło się bez masy telefonów w jedną i drugą stronę. Nawet tu, przed bramą Argusa, na swobodnym, nie lubiącym formalizmu Środkowym-Zachodzie, miał na sobie garnitur, białą koszulę i krawat.

Dziękując za wisiorek, dała mu liść palmy i nagle — w jakimś akcie desperacji, wyłamując kraty wielomiesięcznego milczenia i rzucając w kąt ostrzeżenia Kitza — opowiedziała Jossowi wszystko, do najmniejszego detalu.

Przyjęli taktykę Rosjan, którzy — gdy mieli do porozmawiania o polityce lub innych drażliwych sprawach — nagle odczuwali gwałtowną potrzebę przechadzki. Od czasu do czasu Joss przystawał i zawracali z lekkim pochyłem ku sobie, jak powiedziałby postronny obserwator, aż w końcu Ellie po prostu wzięła go pod ramię. Joss słuchał z żywą uwagą, wtrącając inteligentne i życzliwe opinie, choć wszystko, w co wierzył, pozostawało z pewnością w głębokim konflikcie z opowiadaniem Ellie. Oczywiście — gdyby brał je serio. Jakkolwiek było, Ellie radował jego widok i cieszyła się, że może wreszcie pokazać mu Argusa — zwłaszcza że spór narosły między nimi na temat Wiadomości należał już do spraw dawnych i nie burzących ich przyjacielskiej kompanii. Jakże żałowała, że wtedy, gdy spotkali się ostatnio w Waszyngtonie, nie mogła Jossowi poświęcić więcej czasu.

Jak gdyby od niechcenia podeszli ku metalowym schodkom oplatającym podstawę Teleskopu 49. Z ich szczytu rozciągał się zapierający dech w piersi widok na nie kończącą się linię stu trzydziestu radioteleskopów, w większości zaopatrzonych w koła i przesuwających się po własnych torach kolejowych — czegoś tak niezwykłego nie było na całej Ziemi. Ellie podważyła osłonę kasety elektronicznej i z powstałej w ten sposób szczeliny wyciągnęła pękatą, żółtą kopertę z napisanym na niej nazwiskiem Palmera. Joss wsunął ją natychmiast pod połę marynarki, gdzie na wysokości piersi uformowała spory wzgórek.

Opowiedziała mu o nowym programie obserwacyjnym Strzelca A i Łabędzia A i w ogóle — o całym swym projekcie.

— Doszłam do wniosku, że strasznie długo by trwało, nawet za pomocą takiego komputera jak Cray 21, obliczać „pi” do dziesięć do dwudziestej miejsca po przecinku. Do tego nie mamy pewności, czy to, czego szukamy jest wewnątrz „pi”, czy może „e”, albo w którejś z rodziny liczb transcendentalnych, o których mówili Vaygayowi. To może w ogóle być jakiś inny numer. Więc byłaby to strata czasu, obliczać całość, cyfra po cyfrze, ale za to mamy w Argusie wspaniałą rzecz, którą wykorzystaliśmy już przy Wiadomości: algorytm dekodujący nastawiony na wyłapywanie każdej sekwencji cyfr, która komputerowi wyda się nieprzypadkowa. To nam wystarczy...

Z wyrazu twarzy Jossa wywnioskowała, że nie wszystko rozumie.