Выбрать главу

Usłyszała jak zwykle ów statyczny i ciągły, typowy szum. Kiedy przeniosła się na ten obszar nieba, gdzie w gwiazdozbiorze Kasjopei znajduje się gwiazda AC +79 3888, zdawało się jej, że słyszy coś, jakby śpiew — natrętnie powracający i niknący w tle dźwięk, wahający się jakby na cieniutkiej granicy pewności, czy coś w ogóle tam się dzieje. Ilekroć jej się zdarzyło, że na statyczny szum nie mogła nałożyć żadnego sensownego wzoru, przypominała sobie teorie informacji i słynne powiedzenie Shannona: najlepiej zakodowana wiadomość, która nie pozwala odróżnić się od szumu, którego kod, oczywiście, nie jest wcześniej rozwiązany. Prędko nacisnęła parę klawiszy konsoli, wygrywając na nich przeciwstawnie dwie częstotliwości wąskiego pasma: po jednej na każdą ze słuchawek. Nic. Wsłuchała się w dwa poziomy polaryzacji fal radiowych, a potem w kontrast między polaryzacją okrężną i liniową. Jest miliard kanałów do wyboru. Całe życie można spędzić na komputerowych zgadywankach, nasłuchując jakże boleśnie ograniczonym ludzkim uchem, i ludzkim mózgiem próbując znaleźć wzór.

Ludzka istota nieźle sobie radzi, pomyślała, w odgadywaniu ukrytych wzorów tam, gdzie istnieją, chociaż niegorzej potrafi wymyślać również te, których wcale nie ma. Może się zdarzyć kaskada impulsów, jakaś konfiguracja podstawowego szumu, która przez chwilę zabrzmi jak synkopowany rytm albo melodyjka. Przełączyła się na parę radioteleskopów, które nastawione były na nasłuch rozpoznanego źródła aktywności radiowej w Galaktyce. Usłyszała glissando częstotliwości radiowych, „gwizd”, który powstał przy rozproszeniu fali radiowej przez elektrony cieniutkiej warstwy gazu zalegającego po drodze z przestrzeni międzygwiezdnej ku Ziemi. Tak często jej się to zdarzało, że mogła już, ledwie usłyszała gwizd, dokładnie określić odległość, na jakiej powstaje. Ten akurat pochodził z odległości około tysiąca świetlnych lat — wykalkulowała — dużo dalej niż nasze bezpośrednie sąsiedztwo, choć nadal w obrębie Mlecznej Drogi.

Powróciła do przeszukiwania nieba, która to czynność była podstawowym zajęciem pracowników Projektu Argus. Znowu żadnego wzoru. Czuła się jak muzyk nasłuchujący odległego grzmotu nawałnicy. Prześladowały ją wciąż jakieś strzępki wzorów, które do tego stopnia wbiły się w jej pamięć, że czasami musiała przerywać obserwację i na chwilę wrócić do taśm, by stwierdzić, czy rzeczywiście było tam coś, co ona wychwyciła, a komputer nie.

Rozległa się pojedyncza, nawracająca nuta — wysoki ton jakby schrypnięty pod koniec. Przez chwilę go sobie przypominała. Tak, nabrała pewności, że ostatni raz słyszała go trzydzieści pięć lat temu. To był metalowy bloczek, który piszczał, ilekroć matka wyciągała linkę od bielizny, żeby rozwiesić na niej kolejną świeżo wypraną koszulę. Jako dziewczyna uwielbiała armie maszerujących po linie klamer, a kiedy nikogo nie było, zanurzała twarz w suchych prześcieradłach. Tamten zapach, wpierw słodki i przenikliwy, obezwładniał ją. Czy znów ogarnął ją tamten obłoczek? Pamiętała swój śmiech i ucieczkę na krótkich nóżkach, gdy matka nagle nad nią wyrastała i uniósłszy ją do nieba, jak się zdawało, zabierała do domu jakby — wtulona w zgięte ramię — była jeszcze jednym tobołkiem bielizny, którą potem dokładnie poukłada w szufladach sypialni.

— Doktor Arroway? Doktor Arroway? — technik pochylił się nad jej drgającymi powiekami i spłyconym oddechem. Zamrugała, zdjęła słuchawki i obdarzyła go przepraszającym uśmiechem. Czasem jej koledzy musieli mówić głośniej, żeby przekrzyczeć wzmocniony kosmiczny szum. Odpłacała ich fatygę podnoszenia głosu — bo niechętnie zdejmowała słuchawki dla krótkiej wymiany zdań — tym samym, to znaczy odwrzaskując im. Gdy była czymś zaabsorbowana, wymiana codziennych uprzejmości, czy nawet żartobliwe odezwania, zdawać się mogły przygodnemu obserwatorowi złą pyskówką, która niespodziewanie wybuchała w ciszy laboratoriów nasłuchowych. Tym razem powiedziała tylko:

— Przepraszam, musiałam się zdrzemnąć.

— Doktor Drumlin na wewnętrznym telefonie. W biurze Jacka, twierdzi, że jest z panią umówiony.

— O rety, kompletnie zapomniałam!

Mijające lata nic Drumlinowi nie odebrały z jego wspaniałości — choć osoba jego zaczęła zdradzać parę cech wówczas nie ujawnionych w spisie, gdy jako doktorant pracowała u niego w Cal Techu. Nabrał, na przykład, przykrego obyczaju sprawdzania (gdy mu się zdawało, że nikt nie widzi), czy ma zapięty rozporek. Przez lata wzmogło się w nim przekonanie, że ET w ogóle nie ma, lub że przynajmniej są czymś tak osobliwym i dalekim, że nie sposób na nie trafić. Przejechał do Argusa poprowadzić cotygodniowe kolokwium naukowe, choć, jak się zaraz dowiedziała, miał na uwadze również inny cel. Napisał oto list do National Science Foundation z zadaniem, by Argus zakończył poszukiwania pozaziemskich inteligencji i żeby w pełnym wymiarze czasu zajął się bardziej konwencjonalną radioastronomią. Wyciągnął papier z wewnętrznej kieszeni marynarki i zażądał, aby go przeczytała.

— Pracujemy przecież dopiero cztery i pół roku. Przebadaliśmy mniej niż jedną trzecią północnego nieba. To pierwszy program pomiarowy mogący zredukować cały szum radiowy do minimum, przy optymalnej częstotliwości radiowej. Dlaczego właśnie teraz chcesz nam przeszkadzać, Dave?

— O nie, Ellie, te wasze prace nigdy nie mają końca. Kilkunastu lat będzie trzeba, byś się przekonała, że nie odkryłaś niczego. A potem będziesz się kłócić, żeby zbudowali następnego Argusa za setki milionów dolarów w Australii lub Argentynie, bo teraz trzeba zbadać południowy odcinek nieba. A kiedy i to nic nie da, zaczniesz napomykać o jakimś paraboloidzie z napędem bezwładnościowym, w którym będziesz mogła na orbicie okołoziemskiej wyłapywać falę o długości milimetra. Zawsze wymyślisz coś, jakąś obserwację, czego jeszcze nie zrobiono. Zawsze znajdziesz jakieś wytłumaczenie, dlaczego ET nadają właśnie w tym kierunku, którego jeszcze nie zbadano.

— Och, Dave, tysiące razy o tym mówiliśmy. Jeśli nam się nie uda, dowiemy się przynajmniej, jaką rzadkością jest inteligentne życie, a przynajmniej życie posługujące się taką myślą, jak nasza, albo próbujące skontaktować się z takimi zacofanymi cywilizacjami. A jeśli się uda, rozbijemy kosmiczny bank. To będzie największe odkrycie, jakie tylko można sobie wyobrazić.

— A tymczasem istnieją pierwszorzędne badania, które nie mogą doczekać się chwili przy teleskopie; prace nad ewolucją kwazarów, nad pulsarami binarnymi, nad chromosferą pobliskich gwiazd, nawet nad tymi zwariowanymi białkami w przestrzeni międzygwiezdnej. I wszystkie czekają w kolejce, bo te urządzenia, najlepszy jak dotąd zespół teleskopowy na świecie, prawie całkowicie zajął sobie SETI.

— W siedemdziesięciu pięciu procentach, Dave pozostałe dwadzieścia pięć dla zwyczajnej astronomii.

— To nie jest zwyczajna astronomia! Umiemy już przyglądać się czasom, kiedy galaktyki dopiero powstawały. A może nawet wcześniej. Umiemy badać ośrodki wielkich molekularnych chmur i czarne dziury w centrach galaktyk. Szykuje się rewolucja w astronomii, i ty stoisz jej na drodze.

— Dave, proszę cię. Bez wycieczek osobistych. Argusa nigdy by nie zbudowano, gdyby nie istniało społeczne poparcie dla SETI. Pomysł Argusa nie jest mój, przecież wiesz, że wybrali mnie na dyrektora, kiedy ostatnich czterdzieści talerzy jeszcze było w trakcie budowy. National Science Foundation całkowicie popiera...