Выбрать главу

— Wcale nie całkowicie, zresztą nie do mnie należy o tym ci powiedzieć. Twoje prace to jest efekciarstwo. To wdzięczenie się do ufoludków. To komiks w popołudniówce! To mącenie w głowach głupkowatym małolatom!...

Drumlin już prawie krzyczał i Ellie poczuła nieodpartą ochotę, żeby go wyłączyć. Rodzaj jej pracy, a także zalety, którymi na tle innych się odznaczała, wciąż ją pakował w sytuacje, gdzie była — nie licząc pań od parzenia kawy i stenotypistek — jedyną kobietą. Bez względu na wysiłek, z jakim przez całe życie próbowała ten stan rzeczy zmienić, ciągle obracał się wokół niej cały zastęp panów rozmawiających wyłącznie ze sobą i ignorujących, gdy tylko mogli to okazać, jej słowa. Od czasu do czasu trafił się nawet jakiś Drumlin, nie ukrywający jawnej antypatii. Ale on jeden przynajmniej nie bywał stronniczy w swoich napadach złości, dzieląc ją sprawiedliwie między asystentów jednej i drugiej płci. Natomiast wśród jej kolegów rzadko się zdarzało, by któryś nie okazał jakiejś nagłej w sobie odmiany, gdy tylko się zbliżała. Brała to na karb tego, że zbyt mało wśród nich przebywa. Wśród takich, na przykład, jak Kenneth der Heer, biolog molekularny z Salk Institute, którego ostatnio mianowano Doradcą Prezydenta do Spraw Nauki. No i — jak Peter Valerian, oczywiście.

Projekt Argus, o czym wiedziała, złościł nie tylko Drumlina, ale i wielu innych astronomów. I wystarczyło pierwszych dwu lat, aby coś w rodzaju ducha melancholii zaczęło paraliżować Projekt. Owszem, bywały namiętne dyskusje w kantynie albo w czasie długich i niewdzięcznych godzin obserwacji nieba, o prawdziwych zamiarach domniemanych ET; i na ile mogą one różnić się od naszych; i jak je zgadnąć, jeśli prawie niemożliwe jest rozszyfrowanie zamiarów, choćby naszych deputowanych w Waszyngtonie? Jakie mogą być kategorie pojęciowe istot fundamentalnie odmiennych i pochodzących z fizycznie odmiennego świata, odległego o tysiące świetlnych lat? Niektórzy uważali, że wiadomość wcale nie przyjdzie falą radiową, ale na przykład podczerwoną. Albo światłem widzialnym, lub nawet może być zakodowana gdzieś wśród promieni gamma. Niewykluczone też, że ET od dawna już coś nam namiętnie przekazują, lecz przy użyciu technologii, której nie wynajdziemy wcześniej jak za tysiąc lat.

Tymczasem astronomowie z innych instytucji dokonywali zadziwiających odkryć wśród gwiazdozbiorów i galaktyk, wyłapując wszystko, co w jakikolwiek sposób wytwarzało intensywną falę radiową. Drukowali doniesienia naukowe, wizytowali się na zjazdach i podnosili swe morale widocznymi efektami oraz poczuciem celowości — podczas gdy astronomowie z Argusa, którzy zresztą nie garnęli się do publikowania, byli już zwyczajowo pomijani pośród zaproszeń do wykładów na dorocznych zjazdach Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego, lub podczas odbywających się co trzy lata sympozjów Międzynarodowego Związku Astronomów.

Dlatego, po konsultacjach z National Science Foundation, kierownictwo Projektu odstąpiło dwadzieścia pięć procent czasu obserwacyjnego badaniom nie związanym z SETI. W ten sposób dokonano paru istotnych odkryć, zaś morale pracowników Projektu zaczęło się poprawiać. Odkryto, na przykład, kilka obiektów spoza galaktyki, które paradoksalnie zdawały się poruszać z szybkością większą od światła; zbadano temperaturę powierzchniową Trytona, który jest wielkim księżycem Neptuna; badano też substancję czarną, która znajduje się na skrajach sąsiednich galaktyk, gdzie już nie widać żadnych gwiazd.

Ludzie Argusa zaczęli czuć, że w dziedzinie odkryć wyrównali do czołówki. Wprawdzie stracili część czasu na własne przeszukiwania nieba, lecz za to swe osobiste kariery otoczyli jakąś siatką ochronną. Więc jeśli nawet nie uda im się odnaleźć śladów inteligentnego życia poza Ziemią, to już i tak wydarli naturze parę innych tajemnic.

Program Poszukiwania Inteligencji Pozaziemskich, czyli SETI (dla wszystkich, którzy nie byli aż takimi optymistami, by program nazywać Kontaktowaniem się z Inteligencjami Pozaziemskimi, czyli CETI), polegał zasadniczo na rutynowej obserwacji nieba — zajęciu nadzwyczaj nudnym, któremu wybudowano całą instytucję. Ale gdy tylko przebrnęło się przez to nudziarstwo, resztę, czyli czwartą część czasu, można było poświęcić wszelkim innym badaniom, przy użyciu najpotężniejszego zespołu radioteleskopów, jaki istnieje na Ziemi. Trochę też zarezerwowano dla astronomów z innych instytucji, bo wielu było takich, którzy jak Drumlin tęsknie spoglądali ku temu cudowi technologii — stu trzydziestu jeden teleskopom Argusa, i wyobrażali siebie, że służą one tylko im samym i ich nadzwyczaj istotnym, ma się rozumieć, badaniom. Na przemian to przyznawała, to odrzucała racje Drumlina. I, oczywiście, nic z z tego nie wynikało, zwłaszcza że był raczej w podłym nastroju.

Kolokwium, które poprowadził, było w dużej mierze poświęcone dowodzeniu, że czegoś takiego jak inteligencja pozaziemska w ogóle nie ma. Jeżeli, na przykład, nasza cywilizacja w ciągu ledwie paru tysięcy lat osiągnęła tak wysoki poziom technologii, to co powiedzieć o społeczności rzeczywiście zaawansowanej? Powinni już umieć przemieszczać gwiazdy, przekształcać galaktyki... A nie ma przecież w całej astronomii ani jednego fenomenu, do wyjaśnienia którego nie wystarczyłyby zwykłe prawa przyrody, i trzeba by aż odwoływać się do inteligencji pozaziemskiej. Dlaczego Argus dotąd nie wykrył ani jednego sygnału? Czy wyobrażali sobie, że tam w kosmosie działa jakiś jeden wielki nadajnik radiowy? I ile miliardów gwiazd już przebadali? Czy zdają sobie z tego sprawę? Eksperyment sam w sobie miał, owszem, jakieś znaczenie, lecz ono już ustało. Nie muszą badać reszty nieba, odpowiedź już otrzymali. Nigdzie, ani w najgłębszym kosmosie, ani w pobliżu Ziemi, po prostu nie ma śladu ET. Inteligencje pozaziemskie nie istnieją.

W części poświęconej pytaniom jeden z astronomów Argusa wspomniał o Hipotezie Zoo — to znaczy, że ET istnieją, ale wolą nie ujawniać się, by ludziom nie przeszkadzała świadomość, że poza nimi mogą być inne inteligentne istnienia. W taki sam sposób ktoś, kto bada pierwotne zachowania zwierząt i obserwuje grupę szympansów w buszu, stara się nie przeszkadzać w ich aktywności. Drumlin odpowiedział pytaniem: czy to możliwe, że wśród tych, powiedzmy, milionów cywilizacji w Galaktyce (którymi, jak się wyraził, „przerzucacie się” w Argusie), nie ma choć jednej, która nie zechciałaby zakłusować? Jak można w ogóle przypuszczać, że cała Galaktyka naraz grzecznie stosuje się do zasady „niemieszania się w cudze sprawy”. Przecież przynajmniej choćby jedna powinna w końcu zajrzeć na Ziemię.

— Ale na Ziemi — wtrąciła się Ellie — kłusownicy nie mają tej samej technologii, co straż. Jeżeli strażnik pojawi się ze swym, powiedzmy, radarem i helikopterami, kłusownik nie ma szans.

Uwagę jej przyjęło z aplauzem kilkunastu kolegów, za to Drumlin rzekł krótko:

— Doczekasz się, Ellie, doczekasz.

Lubiła odpoczywać na długich, samotnych wycieczkach, które urządzała jedyną swoją ekstra zabawką: thunderbirdem z 1958 roku troskliwie utrzymywanym, z odsuwanym dachem i małymi okrągłymi szybkami po bokach tylnego siedzenia. Często zostawiała dach w domu i pędziła nocą po pustyni wśród kaktusów, z opuszczonymi szybami i ze strugą ciemnych włosów pod wiatr. Zdawało się jej, że w ciągu tych lat poznała już każde zbiedniałe miasteczko, każde samotne wzgórze i każdy skalisty płaskowyż — a także każdego z policjantów patrolowych na szosach południowo-zachodniego Nowego Meksyku. Po swej nocnej zmianie uwielbiała zawyć biegami pod budką strażniczą (jeszcze zanim wzniesiono ogrodzenie przeciw cyklonom) i zostawić Argusa za sobą, kierując się na północ.