Выбрать главу

Pierwsze impulsy z pasma fali radiowej przedostały się przez atmosferę i chmury, uderzyły o krajobraz planety i częściowo odbite powróciły w przestrzeń. Ziemia obracała się pod nimi, gdy następne sukcesywnie nadlatywały, ogarniając nie tylko tę jedną planetę, ale cały układ. Bardzo niewiele fal zostało wchłoniętych przez planety — większość bez dużego szwanku popędziła dalej — żółta gwiazda i towarzyszące jej planety zaczęły oddalać się wstecz, aż utonęły całkiem w atramentowym mroku.

W dakronowym blezerze z napisem „Maruderzy” i pilśniową piłką do tenisa dyżurny obserwator rozpoczynający swoją nocną zmianę zbliżył się do budynku kontroli, skąd tymczasem wychodziła na kolację luźna gromadka astronomów.

— Hej, Willie, jak długo już szukacie małych zielonych ludzików? Ponad pięć lat, co?

Zazwyczaj łagodnie się z nim przekomarzali, ale przecież wyczuwał już w ich żartach jakąś szpilę.

— Daj sobie spokój, Willie — dorzucił jeden z nich — nasz program badania luminescencji kwazarów to zupełny szał. Ale potrwa wieki, jeśli nadal będziemy mieli tylko dwa procent czasu na teleskopowanie.

— Tak, tak, Jack. Masz rację.

— Szukamy początków wszechświata, Willie. Gramy o wielką stawkę. I my wiemy, że wszechświat gdzieś tam istnieje, a ty, czy możesz mieć pewność, że istnieje tam choć jeden zielony człowieczek?

— Zapytaj doktor Arroway. Jestem pewien, że z przyjemnością wysłucha twego zdania — kwaśno powiedział Wille.

Wszedł do kontrolnej sali. Bystro przejrzał dziesiątki ekranów monitorujących przebieg poszukiwań. Właśnie zakończyły przegląd konstelacji Herkulesa — ogromnego rojowiska galaktyk daleko poza Mleczną Drogą, sto milionów lat świetlnych od Ziemi. Same nastawiły się na M-13: zbiór trzystu tysięcy gwiazd związanych ze sobą siłami przyciągania i obiegających orbitę wokół Drogi Mlecznej w odległości dwudziestu sześciu tysięcy lat świetlnych; potem przebadały Ras Algethi — podwójny układ gwiezdny, a także Zetę i Lambdę Herculis — parę pobliskich gwiazd, z których niektóre różniły się od Słońca, a niektóre nie. Na miliardach różnych częstotliwości teleskopy wykonywały dokładny przegląd setek małych sektorów nieba w konstelacji Harkulesa, i — nic nie słyszały. W poprzednich latach szukały wśród gwiazdozbiorów pobliskich Herkulesowi: Węża, Korony Północnej, Wolarza, Psów Gończych... I też nie usłyszały niczego.

Kilka teleskopów — dyżurny ujrzał to na ekranie — wciąż uzupełniało brakujące dane z Herkulesa, gdy pozostałe celowały w sąsiadujący z nim odcinek nieba: gwiazdozbiór następny w kierunku wschodnim. Przed kilkoma tysiącami lat, mieszkańcom wschodniej części basenu Morza Śródziemnego skojarzył się on ze strunowym instrumentem muzycznym, którego używał Orfeusz, bohater greckich baśni. Zbiór ten nazwali więc Lirą.

Komputery ustawiły teleskopy tak, aby badały jedną po drugiej gwiazdy w zbiorze Liry, od wschodu na zachód; potem zakumulowały radiofotony, sprawdziły stan techniczny teleskopów i przetworzyły dane w postać czytelną dla swych ludzkich opiekunów. Nawet jeden operator komputerowy już był je w stanie zadowolić. Willie minął automat z drażetkami, ekspres do kawy, cytat z Tolkiena wypisany krasnoludkowymi kulfonami, oraz naklejkę z hasłem CZARNYCH DZIUR NIE WIDAĆ. Zbliżył się do konsoli czynnościowej i po przyjacielsku kiwnął głową dyżurnemu z popołudniówki, który zbierał swe notatki i już szykował się do kolacji. Na bursztynowozłotym ekranie dyżuru dzisiejsze dane były pięknie zebrane, więc Willie nie musiał odbierać raportu z minionych godzin.

— Jak widzisz, nic szczególnego. Na czterdzieści dziewięć ostry przeskok impulsu, tak to przynajmniej wygląda — powiedział tamten machnąwszy dłonią ku oknu — ugrupowanie kwazarów godzinę temu wyemitowało falę jedną dziesiątą i jedną dwudziestą. Zdaje się, że konkurencji trafiło się trochę niezłego materiału.

— Tak, widzę. Tylko że oni nie rozumieją...

Jego głos zamarł, bo nagłe przed nim pośrodku konsoli zabłysła efektownie lampka alarmowa. Na ekranie oznaczonym „Nasilenie. Częstotliwość” wznosiła się ostra pionowa pika.

— Ty, popatrz. Sygnał monochromatyczny... Na następnej tabeli opisanej „Częstotliwość. Czas” pojawił się ciąg impulsów przebiegających z lewa w prawo przez ekran.

— Cyfry — niepewnie bąknął Willie — ktoś nadaje cyframi.

— Pewnie interferencja z Lotnictwa Wojskowego. Widziałem jakiś AWACS, zdaje się z Kirtland. Pewnie specjalnie robią z nas balona.

Istniały solenne umowy rezerwujące niektóre częstotliwości radiowe wyłącznie dla astronomii, ale że dotyczyły kanałów czystych, wojsko czasem nie mogło oprzeć się tej pokusie. Gdyby kiedyś rozpoczęła się wojna światowa, radioastronomowie bez wątpienia pierwsi ujrzeliby ją na swych ekranach wycelowanych w przestrzeń, która natychmiast zapełniłaby się rozkazami kierowanymi ku obładowanymi bronią satelitom, oraz zaszyfrowanymi sygnałami do odległych jednostek strategicznych. Lecz nawet jeśliby wojsko dało im spokój, astronomowie prowadzący nasłuch ciągły na miliardach częstotliwości naraz muszą się liczyć z masą rozmaitych zakłóceń. Pioruny, zapuszczane samochody, satelity telekomunikacyjne — to wszystko źródła interferencji radiowej. Jedynie komputery posługujące się cyframi i własną symboliką spokojnie mają to gdzieś. Sygnały bardziej wieloznaczne analizują dokładnie, aby upewnić się, że nie ma w nich dziwaczności powyżej kompletu danych, jakie komputerowi kazano pojmować. Ale i tak samoloty wywiadowcze zaopatrzone w systemy elektroniczne — często z misami radarów przyczepionymi po bokach, nieudolnie naśladującymi latające talerze — potrafiły podczas swych lotów treningowych w pobliżu Argusa wzbudzić na jego ekranach absolutnie pewny sygnał inteligentnego życia. Choć potem okazywało się, że jest to życie szczególne — dość smętne, inteligentne do pewnych granic no i z trudem kwalifikujące się jako pozaziemskie. Kilka miesięcy temu F-29E z arcydziełem systemu wczesnego ostrzegania na pokładzie przeleciał osiemdziesiąt tysięcy stóp nad Argusem, włączając alarmy jego stu trzydziestu jeden radioteleskopów. Dla niewojskowych oczu astronomów zapis fali radiowej miał wystarczająco logiczny charakter, żeby go uznać za pierwszą wiadomość od kosmitów. Wkrótce stwierdzili jednak, że teleskop wysunięty najdalej na zachód odebrał informację wcześniej, niż wysunięty najbardziej na wschód — no i stało się jasne, że sygnał musi pochodzić z obiektu przesuwającego się wzdłuż cienkiej warstwy atmosfery okalającej Ziemię, a nie od jakiegoś niebywałego, cywilizowanego świata w głębi kosmosu. A więc i tym razem sygnał na pewno wskazywał na to samo.

Palce jej prawej ręki były zanurzone w pięciu dokładnie je obejmujących tulejkach płaskiego pudełka, które stało na biurku. Odkąd wynaleziono tę rzecz, co tydzień oszczędzała ze swego czasu całe pół godziny — choć prawdę mówiąc pojęcia nie miała, czemu ta oszczędność mogłaby posłużyć.

— Więc opowiedziałam o tym wszystkim pani Yarborough, tej z sąsiedniego łóżka, wiesz, odkąd pani Wertheimer zmarła. No, oczywiście, nie zamierzam wszystkim trąbić o tym, ale na pewno swymi osiągnięciami bardzo mi się tu przysłużyłaś.

— Tak, mamo.

Sprawdziła połysk paznokci i zdecydowała, że trzeba im jeszcze minuty, no może półtorej.

— Wspominałam czasy, kiedy chodziłaś do czwartej klasy, pamiętasz? Padało i nie miałaś ochoty iść do szkoły. Chciałaś, żebym ci dała usprawiedliwienie. Że jesteś chora, ale ja odmówiłam, powiedziałam: Ellie, prócz tego, żeby być ładną, najważniejszą na świecie rzeczą jest wykształcenie. Niewiele można dopomóc urodzie ale można na pewno wpłynąć na swoją wiedzę. Marsz, do szkoły! Nigdy nie wiadomo, czego nauczysz się dzisiaj. Czyż nie?