Выбрать главу

Ogarniała ją na przemian radość i rozczarowanie. Zdawała sobie sprawę z tego, że dopiero parę dni minęło, odkąd odebrali sygnał, no i że w końcu — odebrali go! Wreszcie, po tylu latach — coś. Ale zarazem był to sygnał bez żadnej zawartości, pusty. Czyżby marzyła się jej jakaś Encydopaedia Galactica? Przypominała sobie, że radioastronomia jest zaledwie wynalazkiem ostatnich dziesięcioleci i w Galaktyce, w której przeciętny wiek gwiazd wynosi biliony lat, szansa otrzymania wiadomości od cywilizacji będącej na dokładnie tym samym etapie rozwoju, co ziemska, powinna być równa zeru. Gdyby byli choć parę lat mniej od nas rozwinięci, już nie mogliby posłużyć się instrumentami naszej komunikacji radiowej. Czyli że sygnał najprawdopodobniej pochodzi od cywilizacji będącej daleko do przodu... Może, na przykład, umieją tworzyć fugi lustrzane: pełne i melodyjne, w których temat biegnie kontrapunktycznie w przód, a zarazem się cofa... O nie! — przywołała się do porządku. Jeżeli kontrapunkt w muzyce jest dziełem geniusza, bez wątpienia, i poza tym dziedziną, w której ona sama doprawdy nie miała wiele do powiedzenia, powinna przyhamować te swoje ekstrapolacje wokół dzieł dokonanych przez człowieka. Bach i Mozart z pewnością nie przynieśliby ludzkości wstydu.

Próbowała uczynić dalszy krok — wejść w umysłowość kogoś, kto niebywale, w niesłychanej wielokrotności jest inteligentniejszy od niej, bystrzejszy od, dajmy na to, Drumlina, albo od Edy, młodego fizyka z Nigerii, który akurat dostał Nobla. Nie udawało się. Mogła wyobrazić sobie przedstawienie Wielkiego Twierdzenia Fermata lub Przypuszczenie Goldbacha w postaci paru krótkich linijek równania. Mogła dużo intensywniej uzmysłowić sobie problemy, niż potrafiłby nasz umysł — co z tego, jeśli dla ET byłyby one tylko odgrzewanym daniem. I nie potrafiła wejść w ich myśli — i jakie byłoby to myślenie, gdyby zmobilizować siły większe, niż potrafi człowiek. Oczywiście, nie było to dla niej zaskoczeniem. Czego się spodziewała? Przecież byłoby to tym samym, co wyobrażać sobie nowy kolor podstawowy, albo sytuację, w której kilkuset swoich znajomych i krewnych rozpoznać masz bezbłędnie tylko po zapachu. Mogła sobie o tym rozprawiać, ale nie mogła tego doświadczyć. W ogóle człowiekowi trudno zrozumieć zachowanie kogoś mądrzejszego od siebie... No dobrze, wszystko pięknie, ładnie, ale... dlaczego nic innego tylko liczby niepodzielne?

W ostatnich kilku dniach astronomom Argusa udało się uczynić pewien postęp. Ruchomość Vegi jest znana: zarówno jej prędkość ku, jak i od Ziemi. Również jej ruch w poprzek nieba, w stosunku do odleglejszych gwiazd, które stanowią jej tło. Teleskopami Argusa — a także dzięki współpracy z obserwatoriami Zachodniej Wirginii i Australii — udało się dowieść, że źródło sygnału porusza się wraz z Vegą. Nadajnik wysyła fale dokładnie stamtąd, gdzie na niebie widnieje Vega, i również dzieli z nią — na tyle dokładnie, na ile dało się zmierzyć — jej charakterystyczne poruszenia. Nie było już żadnej wątpliwości, że jeśli to wszystko nie jest jakąś obłędną hiper-fałszywką, to w obrębie Vegi znajduje się źródło radiowe nadające wiadomość. A że nie stwierdzono dodatkowego efektu Dopplera, który wynika z samoistnego ruchu nadajnika, wygląda na to, że jest on związany z którąś z tamtejszych planet. Widocznie ET pragnęli zminimalizować nam trudności wynikające z ruchu orbitalnego tym jakimś gestem międzygwiezdnej kurtuazji.

— Do diabła, to wszystko to najwspanialsza rzecz, jaką w życiu słyszałem. I do tego nic nie ma wspólnego z naszym resortem — powiedział szykujący się do odlotu do Waszyngtonu urzędnik Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych Obrony.

Zaraz po odkryciu, Ellie nakazała kilka radioteleskopów Argusa nastawić na Vegę również w innych pasmach częstotliwości. I tam też pojawiła się wiadomość — na tysiąc czterysta dwudziestomegahercowej linii wodorowej, i na tysiąc sześćset siedemdziesięcio siedmiomegahercowej linii hydroksylowej, i na wielu innych — ten sam monotonny ciąg niepodzielnych numerów, nadających ten sam wysoki, krótki urywany sygnał. Wprost całe spektrum radiowe rozbrzmiewało cichutkimi beknięciami tej elektromagnetycznej orkiestry, którymi Vega nadawała liczby niepodzielne.

— To jest kompletnie bez sensu — odezwał się Drumlin, sprawdzając co chwilę zapinkę paska od spodni — przecież nie mogliśmy nie wykryć tego wcześniej. Wszyscy wszędzie bez przerwy gapili się w Vegę. Latami. Doktor Arroway sama prowadziła taką obserwację dziesięć lat temu w Arecibo. I nagle w ostatni czwartek Vega zaczyna nadawać liczby niepodzielne? Dlaczego akurat teraz? Co szczególnego było w tamtym dniu, że to postanowiło się wydarzyć? I dlaczego zapragnęli nadać wiadomość akurat parę lat po tym, jak Argus rozpoczął działanie?

— Może ich nadajnik był popsuty przez jakieś kilkaset lat? — odezwał się Valerian — a teraz wrócił na linię? Może ich cykl nadawczy polega na aktywności radiowej przez jeden jedyny rok z miliona? Jest pewnie cała kolejka planet, na których istnieje życie i którym też trzeba coś nadać? Nie jesteśmy przecież jedynym dzieckiem w domu.

Lecz Drumlin, wyraźnie niezadowolony, tylko pokręcił głową. Natura Valeriana była dokładnym przeciwieństwem wszelkiego podstępu czy konspiracji, mimo to w ostatnich słowach Drumlina wyczuł ukrytą intencję: czy przypadkiem to wszystko nie jest nie liczącą się z niczym, desperacką próbą ochrony Argusa i jego pracowników przed rozwiązaniem Projektu? Nieee, to niemożliwe — Valerian potrząsnął głową i nagle stwierdził, że prócz Drumlina jeszcze drugi poważny ekspert SETI stanął naprzeciw niego. Der Heer, który z Drumlinem wymieniał uwagi i obaj kiwali ku sobie głowami.

Tej nocy niedopałki i kubki po kawie walały się wszędzie. Byle jak odziani naukowcy, urzędnicy z Waszyngtonu w lekkich ubraniach i od czasu do czasu baretki jakiegoś oficera — wszystko to wypełniało salę kontroli, salę seminaryjną, małą salę wykładową lub wylewało się drzwiami na zewnątrz, gdzie tu i tam, oświetlone ognikami papierosów i światłem gwiazd, kontynuowało rozmowy. Lecz już pojawiała się skłonność do zwady i wzrastało napięcie.

— Doktor Arroway? To jest pan Michael Kitz. Zastępca Sekretarza Obrony dla C3I.

Przedstawiwszy Kitza i samemu pozostając krok za nim, der Heer coś jej samymi wargami podpowiadał... co? Jakąś niepodobną do niego emocjonalną mieszankę. Jakby ściągał wodze podnieceniu — zdawał się apelować o umiar? Czy on naprawdę myśli, że ma do czynienia z idiotką?

— C3I — wymówił to „si-kjubik-aj” — oznacza Komendę, Kontrolę, Komunikację i Wywiad. Dziedziny najwyższej odpowiedzialności w czasach, gdy Stany Zjednoczone i Związek Radziecki przyjęły strategie znacznych redukcji w arsenałach nuklearnych. To praca dla ludzi obdarzonych rozwagą.

Kitz rozsiadł się po drugiej stronie biurka w jednym z dwóch foteli, potem wychylił się, odczytał cytat z Kafki. Nie zdawał się nim poruszony.

— Doktor Arroway, przejdźmy od razu do sedna sprawy. Niepokoi nas pytanie, czy w interesie Stanów Zjednoczonych leży podawanie tej informacji do szerszej wiadomości. Nie powiem, aby uszczęśliwił nas telegram, który pani rozesłała po świecie.

— Ma pan na myśli Chiny? Rosję? Indie? — w jej głosie, mimo wysiłku, pojawił się przykry ton. — Zamierza pan, panie Kitz, zachować w tajemnicy dwieście sześćdziesiąt jeden liczb niepodzielnych? I naturalnie uważa pan, że pozaziemska cywilizacja zechce się kontaktować wyłącznie z Amerykanami? Czy nie sądzi pan, że wiadomość od innej cywilizacji powinna być własnością całego świata?

— Mogła choć pani nas się poradzić.