Dyrektor Personalny Sił Powietrznych nie zdawał się zachwycony tymi rewelacjami, lecz nie powiedział słowa.
— Większość UFO — kontynuował dyrektor Agencji Wywiadowczej — to były obiekty naturalne, uznane za nadnaturalne modele lotnicze, długie światła samochodów odbite od chmur, balony, ptaki, błyszczące owady, nawet planety i gwiazdy oglądane podczas szczególnych warunków atmosferycznych, to wszystko zgłaszano jako UFO. Znaczą też ilość doniesień należało uznać za spreparowane albo wynikające z patologicznych urojeń. Odkąd w latach czterdziestych ukuto termin „latające talerze”, na całym świecie zarejestrowano ponad milion doniesień o ich pojawieniu się, choć wśród nich ani jednego mogącego być dowodem na wizytę istot spoza Ziemi. Jednak marzenia o takim wydarzeniu wyzwalały emocje, pojawiły się grupki fanatyków i nieodpowiedzialne publikacje, a nawet naukowcy z uniwersytetów podsycający wiarę w UFO, jako dowody życia na innych planetach. Niektóre doktryny mileniarystyczne dostrzegają w gościach z latających talerzy zbawicieli ludzkości. W latach sześćdziesiątych oficjalne badania prowadzone przez Siły Powietrzne i nazwane w jednym ze swych ostatnich wcieleń Projektem Niebieskiej Księgi, zostały zakończone ze względu na oczywistość materiału. Resztka tamtego programu wegetuje wciąż w postaci współpracy Sił Powietrznych z CIA. Środowisko naukowe doszło do tak głębokiego przekonania, że w sprawie UFO nic już nie można dodać, że kiedy Jimmy Carter znów zlecił NASA przeprowadzenie szerokich badań nad UFO, w sposób zgoła dla siebie nietypowy, odrzucili prezydenckie żądanie.
— Za pozwoleniem! — wtrącił od stołu któryś z naukowców, nie zorientowany w protokole spotkań na tym szczeblu. — Za to trochę więcej zmartwień UFO przysparza SETI, które jest poważnym programem...
— Jedną chwilę — westchnęła Prezydent — chciałabym się dowiedzieć, czy jest przy tym stole ktoś, kto serio może stwierdzić, że UFO i sygnał z Vegi mają ze sobą powiązanie.
Der Heer uważnie obejrzał swe paznokcie. Nikt nie odezwał się ani słowem.
— No tak, wiecznie to samo. A potem trzęsidupki, które teraz ani pisną tak albo nie, będą się przekrzykiwać „a nie mówiłem?”. Marvin, mów dalej.
— W 1936 roku, pani Prezydent, bardzo słabym sygnałem telewizyjnym transmituje się uroczystość otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Berlinie dla garstki odbiorców na tym terenie. Była to próba podniesienia społecznych nastrojów: jak się rozwija i dominuje świat technologia Trzeciej Rzeszy. Było przedtem parę transmisji, wszystkie o bardzo słabej mocy. Zresztą wyprzedziliśmy Niemców, Minister Handlu Herbert Hoover na krótko pokazał się w telewizji w... dokładnie 27 kwietnia 1927 roku. Cokolwiek by powiedzieć, dopiero sygnał z Niemiec opuszcza Ziemię i z prędkością światła, dwadzieścia siedem lat świetlnych później, dociera do Vegi. Zatrzymują ten sygnał na parę lat, kimkolwiek są „oni”, i znacznie wzmocniony posyłają nam spowrotem. Zdumiewająca jest ich zdolność odbioru takiego słabego sygnału, a jeszcze bardziej, że potrafili odesłać go na tak olbrzymim poziomie mocy. Myślę, że warto by przyjrzeć się temu z punktu widzenia bezpieczeństwa. Środowiska związane z wywiadem chętnie dowiedziałyby się też, jak można wykryć taki słaby sygnał. Tamci na Vedze, ludzie czy ktokolwiek inny, są bez wątpienia bardziej od nas zaawansowani, może o kilka dziesięcioleci, może więcej. Nie przekazali nam o sobie żadnych informacji z wyjątkiem tego, że na pewnych częstotliwościach sygnał nie wykazuje efektu Dopplera, który wynika z ruchu planety wokół Słońca. Ten poziom trudności zredukowali, aby ułatwić nam zadanie. Są więc... przyjaźni. Innych danych o militarnym lub jakimkolwiek innym charakterze nie posiadamy. Wszystko, co nam powiedzieli, to tyle, że są nieźli w radioastronomii, że lubią liczby niepodzielne i mogą nam odesłać nasz pierwszy telewizyjny program. Nie będzie dla nas zagrożeniem, jeśli tylko tyle dowiedzą się też inne kraje. Pamiętajmy, że teleskopy w różnych miejscach Ziemi też pewnie wciąż od nowa odbierają ten trzyminutowy film z Hitlerem, ale tam jeszcze nie wiedzą, jak te fale rozszyfrować. Można jednak sądzić, że wcześniej czy później Rosjanie albo Niemcy wpadną na sposób z regulacją polaryzacji. Moje osobiste zdanie, pani Prezydent, jest takie, i ciekaw jestem, czy Departament Stanu się zgodzi, że lepiej teraz poinformować świat, niż potem mają nas oskarżać o chowanie sekretów. Jeśli sytuacja utrzyma swą równowagę, bez większego przechyłu w tę lub tamtą stronę, można pomyśleć o jakimś publicznym oświadczeniu. A nawet puścić ten trzyminutowy film. W niemieckich materiałach archiwalnych nie znaleźliśmy nic, co mówiłoby o dokładnej wartości tamtego programu. Może zresztą coś w nim na Vedze zmienili, nim go wysłali z powrotem. Rozpoznajemy Hitlera, również ta część olimpijskiego stadionu, którą widzimy, zdaje się dokładnie odpowiadać stanowi z 1936 roku. Ale czy Hitler wtedy rzeczywiście uśmiechał się, czy na przykład, drapał w nos, tego już wiedzieć nie będziemy.
Ellie, za którą postępował Valerian, wpadła prawie bez tchu. Próbowali przysiąść na zapasowych krzesłach pod ścianą, ale der Heer ich zauważył i wskazał pani Prezydent.
— Doktor Arrow-jaktam-way? Cieszę się, że pani szczęśliwie do nas dotarła. Po pierwsze, pragnę pogratulować pani wspaniałego odkrycia... co tam, Marvin?
— Nic, pani Prezydent, już wszystko powiedziałem.
— To ładnie. Doktor Arroway, zdaje się, ma pani jakieś nowiny? Czy może pani nam je zdradzić?
— Pani Prezydent, ogromnie przepraszam za spóźnienie, ale myślę, że właśnie w tej chwili rozbiliśmy kosmiczny bank. My... to znaczy... Proszę pozwolić, abym to ujęła w ten sposób: na jednym piśmie napisano drugie pismo, a na drugim, trzecie. W czasach starożytnych, gdy pergaminu zabrakło, ludzie jeszcze raz pisali na tym samym. W ten sposób powstawało coś, co się nazywa palimpsestem. Sygnał z Vegi był, oczywiście, bardzo silny i jak pani wie, składały się nań liczby niepodzielne, „pod” którymi, w czymś co nazywa się modulacją polaryzacji, tkwił ten koszmarek z Hitlerem. Ale pod niepodzielnymi liczbami, i pod retransmisją Olimpiady z 1936 roku, odkryliśmy właśnie niebywałą, bogatą informację. Nareszcie jesteśmy pewni, mamy pełną wiadomość. Od początku tam była, właśnie ją odbieramy. Jest słabsza niż sygnał zwiastunowy, i przykro mi, że nie udało się trafić na nią wcześniej.
— Co ta wiadomość mówi? — spytała Prezydent. — O co w niej chodzi?
— Nie mamy pojęcia, pani Prezydent. Dopiero dziś rano, waszyngtońskiego czasu, wychwyciło ją kilku pracowników Argusa. Pracowaliśmy nad tym całą noc.
— Na otwartym telefonie? — zauważył Kitz.
— Na standardowym szyfrze handlowym — powiedziała Ellie lekko stropionym tonem. Otworzyła torbę z telefaxem, szybko wywołała wydruk przejrzysty i nad głowami zebranych rzuciła go projektorem na ekran.
— To wszystko, co dotychczas wiemy. Widzą państwo blok informacyjny o gęstości około tysiąca bitów. Teraz będzie pauza, a potem ten blok się powtórzy, bit za bitem. I znowu pauza, i przechodzimy do następnego bloku. On też się powtarza. Powtórzono każdy z bloków prawdopodobnie z obawy przed zniekształceniami podczas transmisji. Chyba zależy im na tym, żebyśmy wszystko co mówią, odebrali bardzo dokładnie. Teraz każdy z bloków nazwijmy stroną: w Argusie będzie przybywać po kilka takich stron na dzień. Ale nie wiemy, co na nich napisano. To nie jest taki prosty zapis obrazkowy, jak transmisja z Olimpiady. To jest coś bogatszego, ukrytego głębiej, to rzeczywiście wygląda na tę prawdziwą informację. Jedynym kluczem, jakim dysponujemy w tej chwili, jest numeracja stron. Na początku każdej widnieje cyfra z arytmetyki binarnej, widzicie ją? Ile razy pojawi się następna para identycznych stron, jedna z nich opatrzona jest wyższym numerem. W tej chwili jesteśmy na stronie... 10 413... spora księga. Licząc wstecz, wiadomość musiała wejść nam w eter około trzy miesiące temu. I tak dobrze, że ją choć teraz chwyciliśmy.