Выбрать главу

— My wszyscy, szanowny panie, mamy potrzebę cudu. To głęboko ludzkie uczucie. I nauka i religia są temu poddane. Mówię, co mówię tylko po to, żeby pan nie wymyślał, nie przesadzał. Jest dość cudu i czci w realnie istniejącym świecie. Natura dużo lepsze wymyśla cuda niż my sami.

— Chyba wszyscy jesteśmy podróżnymi na drodze do prawdy — sentencjonalnie powiedział Joss. I ta pełna otuchy uwaga, którą chyżo podchwycił der Heer pozwoliła im, wśród wymuszonych uprzejmości, rozpocząć pożegnanie. Zastanawiała się, czy w ogóle coś osiągnęli. Valerian byłby z pewnością użyteczniejszy i mniej prowokujący. Żałowała teraz, że nie trzymała siebie na krótszej smyczy.

— To był doprawdy niezwykle interesujący dzień, doktor Arroway. Dziękuję pani.

Joss znów się jak gdyby trochę oddalił. Uprzejmy, lecz zgaszony, mimo to ciepło uścisnął jej dłoń. Po drodze do czekającego na nich rządowego auta, minęli wzniesiony z niesłychanym rozmachem trójwymiarowy obiekt pod tytułem „Kłamliwa teoria rozszerzającego się wszechświata”.

Napis z boku głosił: „Nasz Bóg żyje i dobrze się miewa. Szkoda, że wasz nie”.

— Przepraszam — szepnęła do der Heera — wszystko ci poplątałam.

— Och nie, Ellie. Byłaś o’kay.

— Ten Palmer Joss to całkiem przystojny facet. Raczej go nie nawróciłam. Ale mówię ci, niewiele brakowało, a byłby nawrócił mnie.

Oczywiście, żartowała.

ROZDZIAŁ 11
Światowe Konsorcjum Wiadomości

Już prawie cały świat został rozparcelowany, a i to co zostało jest dalej dzielone, podbijane i kolonizowane. A pomyśleć tylko o gwiazdach, które widzimy co wieczór nad głowami, o tych olbrzymich światach, których nie dosięgniemy nigdy. Gdybym mógł, zaanektowałbym inne planety: często o tym myślę i smucę się, ilekroć widzę je takie jasne, a takie dalekie.

CECIL RHODES

Ostatnia wola i testament (1902)

Od swego stolika przy oknie widziała ulicę w strugach deszczu. Przemoknięty przechodzień z postawionym na sztorc kołnierzem przemknął za szybą. Właściciel kręcąc korbą rozwijał pasiastą markizę nad beczkami ostryg, posegregowanych pod względem gatunku i wielkości i głoszących na całą ulicę, jaka jest specjalność zakładu. We wnętrzu restauracji było ciepło i miło — jak przystało na słynne miejsce spotkań świata teatralnego Chez Dieux. A że zapowiadano słoneczną pogodę, nie wzięła ze sobą prochowca ani parasola.

W zgoła nieskrępowany sposób Vaygay oznajmił jej o swym nowym nabytku.

— Moja przyjaciółka Meera — powiedział — jest, hm, kontorsjonistką... to właściwe słowo? Swoją ciężką pracą dla dobra twego kraju, wypełnia część artystyczną różnych spotkań i konferencji. No więc ona twierdzi, że gdy zdejmuje przyodziewek przed robotnikami, na przykład, na zjazdach związków zawodowych, to oni wariują. Wykrzykują nieprzyzwoite propozycje i wdrapują się na estradę. Ale gdy robi dokładnie to samo przed lekarzami czy adwokatami, siedzą jak zamurowani. Najwyżej któryś przejedzie językiem po wardze. A więc zadaje pytanie: czy prawdą jest, że adwokaci cieszą się lepszym zdrowiem od hutników?

Nie było tajemnicą, że Vaygay lubi zawierać podejrzane znajomości z paniami. Jego stosunek do kobiet był jasno określony, niekiedy ekstrawagancki — wyjąwszy osobę Ellie, co tyleż radowało ją, co budziło niepokój. Zawsze jednak dawał kobiecie szansę, by mogła powiedzieć „nie”. Wiele mówiło „tak”. Ale takiej nowiny, jak Meera, pominąwszy wszystko, się nie spodziewała...

Cały dzisiejszy ranek spędzili na ostatnich porównaniach notatek i sprawdzaniu danych. Ciągły nasłuch Wiadomości wszedł w nowy, poważny okres: z Vegi nadchodziły teraz diagramy w formie gazetowej telefotografii. Każdy obraz wyglądał jak poliniowany ekran telewizyjny, zaś ilość czarnych i białych punktów, z których się składał, była pochodną liczb niepodzielnych. I znów liczby niepodzielne stawały się elementem transmisji! — zgromadzili już spory zestaw takich następujących po sobie diagramów, choć ich kolejność nie pasowała do numeracji tekstu. Wyglądały jak ilustracje uzupełniające, których pakiet dołączono na końcu książki. A gdy skończyła się długa transmisja diagramów, z powrotem pojawił się niezrozumiały tekst. Przynajmniej kilka tych wykresów mogło posłużyć Vaygayowi i Archangielskiemu za dowód, że mieli rację — że Wiadomość przynajmniej częściowo jest instrukcją, podręcznikiem jak zbudować jakąś tajemniczą maszynę. Cel jej pozostawał nieznany. Podczas jutrzejszej sesji plenarnej Światowego Konsorcjum Wiadomości w Pałacu Elizejskim, miała z Vaygayem po raz pierwszy przedstawić te nowe informacje przedstawicielom innych krajów — choć plotka o tajemniczej maszynie już zdążyła się rozejść pocztą pantoflową.

Podczas lunchu krótko opisała Vaygayowi spotkanie z Jossem i Rankinem. Słuchał nawet z uwagą, lecz nie zadał ani jednego pytania. Jak gdyby spowiadała mu jakieś nieprzyzwoite osobiste sprawki, które z kolei w nim wywoływały własny ciąg skojarzeń.

— Masz przyjaciółkę o imieniu Meera, striptizerkę? O międzynarodowej praktyce? — zmieniła w końcu temat.

— Odkąd Wolfgang Pauli wymyślił Zasadę Wykluczenia, patrząc na rewię w Folies-Bergere, moja miła, to jako fizyk uważam za swój obowiązek odwiedzać Paryż tak często, jak to możliwe. W ten sposób składam hołd Pauliemu choć, niestety, z pewnych powodów nie jestem w stanie przekonać biurokratów w moim kraju, aby zechcieli czasem poprzeć mój wyjazd wyłącznie w tym zbożnym celu. Mój stan zdrowia poza tym wymaga, bym wiele spacerował, oto jak spotkałem Meerę. Z kimś takim jak ona, staję się pilnym studentem natury, czekającym na przypływ natchnienia.

W jego swobodnym tonie pojawiły się nagle nutki zaciekawienia.

— Wiesz, Meera mówi, że amerykańscy profesjonaliści są seksualnie stłumieni i dręczy ich niezdecydowanie oraz kompleks winy.

— Doprawdy? A jakie jest zdanie Meery o profesjonalistach radzieckich?

— Ach, z tej kategorii poznała tylko moją skromną osobę. Więc, ma się rozumieć, jest jak najlepszego zdania. Mam wrażenie, że powinienem jutro trochę pobyć z Meerą.

— Przecież na spotkaniu Konsorcjum będą wszyscy twoi przyjaciele — rzuciła lekkim tonem.

— A tak, doprawdy. Szczęśliwy jestem, że i ty tam będziesz — smętnie odpowiedział.

— Co cię martwi, Vaygay?

Chwilę czekał z odpowiedzią. Gdy zaczął, w jego głosie zabrzmiało nietypowe dla niego wahanie.

— Nic... może... jakiś dziwny niepokój. Co będzie, jeśli Wiadomość to rzeczywiście rysunkowy instruktaż budowy? Czy zbudujemy tę maszynę? A jeśli tak, to kto? Wszyscy razem? Konsorcjum? ONZ? Parę krajów na wyścigi? A jeśli koszty budowy będą zbyt wielkie? Kto zapłacił i po co miałby płacić? Co będzie, jeśli maszyna nie ruszy? Czy nie zrujnuje ekonomicznie niektórych krajów? A może zrujnuje je, ale w jakiś inny sposób?

Nie przerywając pytań, Łunaczarski rozlał resztę wina do szklanek.

— Nawet jeśli Wiadomość nawróci od początku i wreszcie ją rozszyfrujemy, czy to będzie wiarygodne tłumaczenie? Wiesz co powiedział Cervantes? Że czytać tłumaczenie to tak, jak oglądać tkaninę po lewej stronie. Może w ogóle niemożliwe jest dokładne przetłumaczenie Wiadomości. Wtedy maszyny nie zbudujemy jak trzeba. Poza tym skąd pewność, że mamy wszystkie dane? Może na innej częstotliwości znajdują się jakieś zasadnicze informacje, do których nie dotarliśmy? Wiesz Ellie, zdaje mi się, że ludzie powinni być bardzo ostrożni jeśli idzie o ten przyrząd. A przecież na pewno znajdą się tacy, którzy będą nalegać na natychmiastowe rozpoczęcie budowy. To znaczy, zaraz po tym, jak otrzymamy alfabet i rozszyfrujemy kod. Powiedz mi, z czym zamierzają wystąpić Amerykanie?