Przez moment szukała wzrokiem Łunaczarskiego i w końcu ujrzała go pośrodku delegacji chińskiej. Ściskali sobie dłonie z Yu Renqiong, dyrektorem Radioobserwatorium w Pekinie. Przypomniała sobie, że byli dobrymi kolegami jeszcze za czasów sowiecko-chińskiej współpracy — którą wyparła potem cicha wojna, więc skończyły się kontakty między nimi.
— Co to za starożytna figura z Chin, której Vaygay tak ściska rękę?
Takie były rezultaty, gdy Kitz próbował być dowcipny. Już od paru dni trenował tego rodzaju podchody, co Ellie uznała za liche dla siebie rokowanie.
— To Yu. Dyrektor Obserwatorium w Pekinie.
— Zawsze myślałem, że oni się nienawidzą jak wściekłe koty.
— Michael — powiedziała — świat jest zarazem i lepszy i gorszy, niż ci się wydaje.
— To zatrzymaj sobie „lepszy”. Ale ten „gorszy” to już zostaw mnie.
Po powitaniu wygłoszonym przez prezydenta Francji (który następnie, ku uprzejmemu zdziwieniu zebranych, na stojąco wysłuchał oracji otwierających zjazd), a także po dyskusji proceduralnej przeprowadzonej przez współprzewodniczących konferencji — der Heera i Abuchimowa, Ellie z Vaygayem omówiła bieżący stan badań. Przedstawili coś, co można by nazwać standardową prezentacją sposobu pracy radioteleskopów, klasyfikacji pobliskich gwiazd w kosmosie i historii otrzymanego palimpsestu. Swoje podwójne wystąpienie zakończyli opisem ostatnio otrzymanych diagramów — które każdy z delegatów mógł obejrzeć na ustawionym przed sobą monitorze. Ellie poświęciła sporo uwagi objaśnianiu, w jaki sposób modulację polaryzacji przełożono na język zer i jedynek, w jaki sposób zera i jedynki wspólnie potrafiły dać obrazy, i wreszcie — jak zupełnie nikt nie ma do tej chwili pojęcia, co te obrazy przedstawiają.
Punkciki rozbiegły się po komputerowych ekranach. W częściowo zaciemnionej sali Ellie ujrzała twarze oblane białym, bursztynowym lub zielonkawym blaskiem ekranów, na których zatańczyły zawiłe diagramy jakiejś rozgałęzionej sieci; potem pokazały się brylaste, prawie nieprzyzwoicie biologiczne kształty; i wreszcie — coś w rodzaju regularnego dwunastościanu. Długa sekwencja stron zagęściła się w wyraźny, szczegółowy i trójwymiarowy kształt, który powoli zaczął się obracać. Każda z jego części zaopatrzona była w niezrozumiały napis.
Vaygay jeszcze mocniej od Ellie podkreślił różne niejasności. Jednak, zaznaczył, nie ma już teraz żadnych wątpliwości, że Wiadomość jest podręcznikiem budowy jakiegoś urządzenia. Nie przypomniał, że na pomysł ten pierwsi wpadli on i Archangielski, co Ellie pospieszyła uzupełnić.
Mówiła też, jak przez ostatnie miesiące z rosnącą fascynacją odkrywali Wiadomość szczegół po szczególe, by wreszcie dziś przedstawić ją środowiskom naukowym i opinii światowej. I jak nadal łudzą się nadzieją, że ich teza, iż wewnątrz tekstu znajdzie się wreszcie jakiś elementarz, nie okaże się błędna. Zakończyła wykład jednocześnie z Vaygayem.
Tego, co nastąpiło potem, nie spodziewali się po wyglądającym tak szacownie zgromadzeniu. Grzmot oklasków wybuchł, ledwo ucichły ich ostatnie słowa. Sowieci i cała Europa Wschodnia klaskali unisono, z częstotliwością około trzech klaśnięć na jedno uderzenie serca. Amerykanie klaskali, podobnie jak parę innych grup, na własną rękę, aż ich klaśnięcia zlały się w biały dźwięk wibrujący nad tłumem. Ogarnięta nie znanym sobie wzruszeniem Ellie nie mogła się jednak oprzeć refleksji nad różnicami w charakterach narodowych: Amerykanie demonstrowali indywidualizm, podczas gdy Rosjanie woleli przedsięwzięcie zbiorowe. Spostrzegła też, że amerykańscy delegaci starali się nie dotykać swych kolegów, podczas gdy Rosjanie wykazywali skłonność do wieszania się na sobie, kiedy tylko to było możliwe. A przecież radował ją aplauz i jednych i drugich, choć amerykański w sumie dominował. Przez sekundę myśl o ojczymie przemknęła jej przez głowę. O ojcu też.
Po lunchu nastąpiła seria kolejnych prezentacji. Przedstawiano dane i interpretowano je: Dawid Drumlin zdołał sprowokować wyśmienitą dyskusję nad swą własną analizą statystyczną numeracji kolejnych stron tekstu, i jej związku z późniejszą numeracją diagramów. Dowodził też, że Wiadomość zawiera nie tylko schemat budowy maszyny, ale i przepisy na fabrykację potrzebnych do niej komponentów i podzespołów. W kilku przypadkach będą one opierać się na zupełnie nowych metodach produkcyjnych, nie znanych jeszcze na Ziemi. Ellie, niemo poruszając ustami i wskazując palcem Drumlina, niemo spytała Valeriana, czy te rewelacje były mu wcześniej znane. Zdziwiony zasznurował wargi, wzruszył ramionami i rozłożył je dłońmi w górę. Omiotła spojrzeniem pozostałe twarze, szukając na nich objawów poruszenia, ale znalazła tylko znużenie: masa poważnego materiału technicznego, która na nich runęła, a także konieczność podjęcia wcześniej, czy później istotnych decyzji politycznych, już wprowadzała napiętą atmosferę.
Po wykładzie pogratulowała Drumlinowi znakomitej interpretacji pytając, dlaczego wcześniej nic o niej nie wiedziała.
— Och — rzucił prawie w biegu — nie uważałem tego za coś, czym warto by ci zaprzątać uwagę. To takie małe coś, co sobie przygotowałem na boku, gdy ty konsultowałaś religijnych fanatyków.
Gdyby Drumlin był recenzentem mojej pracy doktorskiej, pewnie bym jeszcze wciąż nad nią pracowała — pomyślała. Ellie nigdy nie była przez niego w pełni zaakceptowana. I nie zachował się w jej pamięci choćby jeden moment wspólnie przeżytego koleżeństwa.
Westchnęła zastanawiając się, czy Kenowi było wiadomo o pracach Drumlina — ale jako współprzewodniczący obrad, siedział w tej chwili za prezydialnym stołem, przyglądając się amfiteatralnym kondygnacjom. Był niedostępny — jak zresztą przez ostatnie tygodnie. W końcu... czy było obowiązkiem Drumlina spowiadać się jej ze swych robót?... Wiedziała przecież, jacy ostatnio byli obaj zajęci. Tylko dlaczego w rozmowach z Drumlinem przypada jej zawsze rola petenta, któremu wolno podyskutować, choć tylko w drodze wyjątku? Żywiła poważne przypuszczenie, że nie tylko jej dawny doktorat, ale i wszelkie przyszłe postępy naukowe wciąż spoczywały w rękach Drumlina.
Rankiem następnego dnia udzielono głosu sowieckiemu delegatowi, którego dotąd nie znała. „Stefan Aleksiejewicz Baruda” — odczytała biogram w stojącym przed nią komputerze — „dyrektor Instytutu Studiów Nad Pokojem, Radziecka Akademia Nauk, Komitet Centralny Komunistycznej Partii ZSRR”.
— No to zaczyna się ostra gra! — dobiegła ją uwaga Kitza, skierowana do Elmo Honicutt z Departamentu Stanu.
Baruda był przystojnym mężczyzną w nienagannie skrojonym garniturze, jaki noszą zachodni byznesmeni. Włoski, zdaje się, model. I angielszczyzna płynna, bez akcentu. Pochodził z jednej z republik nadbałtyckich i, jak na swój młody wiek, miał bardzo wysokie stanowisko w ważnej organizacji utworzonej dla studiów nad długofalową strategią polityczną w erze nuklearnego rozbrojenia. Był wzorcowym egzemplarzem nowego typu aparatczyka w kierownictwie sowieckim.
— Będziemy szczerzy — tymczasem mówił Baruda — Wiadomość przychodzi do nas z dalekich głębin kosmosu. Większą jej część odebrali naukowcy Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Moc ważnych szczegółów dostarczyły też inne kraje, które w komplecie zresztą są reprezentowane na tej konferencji. I każdy z nich, na przykład Związek Radziecki, chętnie zaczekałby, aż Wiadomość parę razy się powtórzy, w co wszyscy wierzymy, by sobie uzupełnić wszelkie istniejące dziś braki. Ale to zabrałoby lata, może dekady, a my jesteśmy niecierpliwi. No to zdecydowaliśmy się pracować razem. I każdy z tych krajów, nie wyłączając ZSRR, mógłby posłać na orbitę okołoziemską wielkie radioteleskopy z czułymi odbiornikami, które pracowałyby na frekwencjach Wiadomości. Ameryka mogła to zrobić. Może Japonia, Francja lub Europejska Agencja Kosmiczna. I wtedy każdy ten kraj mógłby sam sobie zebrać potrzebne dane, bo radioteleskop kosmiczny może celować w Vegę bez przerwy. Ale wtedy uznano by to za akt wrogi... poza tym nie jest tajemnicą, że takiego satelitę prędko mogłyby zestrzelić i Stany Zjednoczone, i ZSRR. Więc i dla tego powodu zdecydowaliśmy się pracować razem. Kooperacja jest lepsza. Nasi naukowcy chcą dzielić z wami nie tylko swoje dane, ale i swe przypuszczenia, swe tezy, swoje... sny. Wszyscy wy, uczeni, pod tym względem jesteście tacy sami. Nie jestem naukowcem, moją dziedziną jest praca dla rządu. Może dlatego wiem, że również narody niewiele w istocie różnią się od siebie. Każdy jest ostrożny, każdy naród jest podejrzliwy. Żaden nie da swemu adwersarzowi szansy sukcesu, jeśli ją mógłby zmniejszyć. A więc zaistniały dwa rodzaje stanowisk: jedno, żeby wymieniać wszystkie dane, i drugie, żeby samemu wygrać kosztem partnera. „Nie ma wątpliwości, że druga strona robi to samo”, mawiają zwolennicy drugiego programu. I tak jest w większości krajów. Jednak debaty nasze zostały zdominowane przez uczonych i pewnie dzięki temu większość danych, jakimi dziś dysponuje USA i ZSRR, choć pragnąłbym zaznaczyć, że z pewnością nie wszystkie, została ujawniona. I cały świat ma okazję zapoznać się z danymi z pozostałych krajów. Cieszymy się, że taką decyzję podjęto.