— To raczej nie wygląda na „ostrą grę” — szepnęła do Kitza.
— Nie wyłączaj odbiornika... — mruknął w odpowiedzi.
— Czają się wszak niebezpieczeństwa innego rodzaju. I jedno z nich chciałbym poddać szanownemu Konsorcjum pod uwagę — w głosie Barudy pojawił się ton, który zapamiętała z wczorajszego lunchu z Vaygayem. Jakiego asa Rosjanie trzymają w rękawie? — W tym miejscu wysłuchaliśmy przed chwilą członka Akademii Nauk, Łunaczarskiego oraz Doktor Arroway. Większość uczonych zgadza się z nimi, że mamy do czynienia z instrukcją, jak zbudować nieznanego przeznaczenia maszynę. Przypuśćmy, że stanie się tak, jak tego większość zdaje się oczekiwać: Wiadomość powtórzy się od początku. Otrzymamy brakujące fragmenty początkowe, a z nimi... czy prawidłowo, to powiem po angielsku?... elementarz?... który pozwoli nam wreszcie odczytać cały tekst. Przypuśćmy teraz, że przez cały ten czas dalej będziemy współpracować, to znaczy, że nadal wszystkie dane, wszystkie fantastyczne pomysły, wszystkie nasze marzenia będą wzajemnie udostępniane. Nie sądzę, żeby Veganie przysłali nam ten instruktaż dlatego, że się nudzili. Oni wyraźnie chcą, żeby ta maszyna powstała. Może nigdy już nam nie zdradzą po co. A może zdradzą. A jeśli tak, to jakie będziemy mieli podstawy, by im wierzyć? Te i inne wątpliwości powodują, że pozwolę sobie przedstawić państwu mój własny fantastyczny pomysł. Mój sen, choć może niezbyt wesoły: co będzie, jeśli ta maszyna to Koń Trojański? Wielkim nakładem kosztów ją zbudujemy, uruchomimy i nagle wylewa się z niej armia najeźdźców. Lub, jeśli to jest Machina Sądu Ostatecznego? Budujemy ją, włączamy i nagle Ziemia wylatuje w powietrze?... Może takim właśnie sposobem pozbywają się innych cywilizacji rodzących się w kosmosie? To niedrogi pomysł: wysyłasz tylko telegram, a dana cywilizacja już sama się postara, żeby wykończyć siebie. To wszystko tylko sugestie, jakieś zarysowanie problemu, przedstawiam go państwu pod uwagę, gdyż wierzę, że zrodzi się z tego jakaś myśl. W końcu ta sprawa równo nas dotyczy, bo zamieszkujemy tę samą planetę i raczej tak samo nam na niej zależy. Wiem, że pytanie, które zadam, może zabrzmieć szokująco. Brzmi ono: czy nie lepiej spalić dane i zniszczyć radioteleskopy?!
Wybuchło niesłychane zamieszanie. Wielu delegatów jednocześnie prosiło o głos. Zamiast ich wysłuchać, współprzewodniczący bez przerwy powtarzali, że konferencja ma nie być nagrywana ani filmowana. Że nikt nie ma prawa udzielić prasie wywiadów. Że do codziennej prasy będą wystosowane komunikaty uzgodnione przez obu przewodniczących i kierowników każdej z delegacji. I że nawet luźne supozycje, jak w obecnej dyskusji, nie powinny opuścić tej sali.
Kilku delegatów zażądało wyjaśnień ze strony Prezydium Zjazdu.
— Jeśli Baruda ma rację, i jest to Koń Trojański albo Maszyna Zagłady — wołał reprezentant Holandii — czy nie jest naszym obowiązkiem powiadomienie opinii publicznej?!
Ale jego mikrofonu nie włączono i głos przeszedł nie wysłuchany. W końcu udało się opanować nieład i przejść do innych, ważniejszych spraw.
Ellie odpowiednio wcześnie zdążyła wystukać na swym indywidualnym komputerze zgłoszenie do kolejki przemawiających i znalazła się na drugim miejscu przed Sukhavati, a po którymś z chińskich przedstawicieli. Devi Sukhavati znała słabo — była to okazała niewiasta po czterdziestce, uczesana w zachodnim stylu, w eleganckich, wysokich szpilkach i pięknym, jedwabnym sari. Będąc z zawodu lekarzem, znalazła się wkrótce w gronie najwybitniejszych specjalistów w biologii molekularnej i czas swój podzieliła między King’s College w Cambridge a Tatai Institute w Bombaju. Była jednym z nielicznych Hindusów należących do Królewskiego Towarzystwa Naukowego w Londynie i mówiono, że ma znakomite koneksje polityczne. Ostatnio widziały się przed kilkoma laty na międzynarodowym sympozjum w Tokio, gdy jeszcze w wykładach każdej z nich widniały znaki zapytania — które otrzymanie Wiadomości miało niebawem wymazać. Ellie natychmiast wyczuła duchowy kontakt z nią, może po części wywołany faktem, że należały do nielicznej grupki kobiet uczestniczących w tamtej konferencji, poświęconej inteligentnemu życiu w kosmosie.
— Uważam, że członek Akademii Nauk Baruda podniósł ważną i drażliwą kwestię — zaczęła Sukhavati — i głupotą z naszej strony byłoby lekceważenie okazane Koniowi Trojańskiemu. Biorąc pod uwagę choćby aspekt historyczny, ostrożność jest jak najbardziej wskazana i dziwię się, że tak późno się pojawiła. Jednak, chciałabym przestrzec przed tego typu obawami. Jak wiemy, jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, by istoty na Vedze reprezentowały ten sam co my poziom technologii. Nawet na naszej planecie kultury w swym rozwoju nie idą krok w krok: niektóre zaczęły wcześniej, inne później. Uważam, że potem, w miarę rozwoju technologii, dochodzi do przyspieszenia, i tak, jeśli w Indiach, Chinach, Iraku i Egipcie istniały już rozwinięte cywilizacje w czasie, gdy Europę i Rosję zamieszkiwali namadowie epoki żelaznej i w Ameryce rozwijała się dopiero kultura kamienia łupanego, to w efekcie technologicznego przyspieszenia doszło do stopniowego przemieszczenia między cywilizacjami. Przypuszczam więc, że ET są obecnie znacznie przed nami, na pewno więcej, niż da się zmierzyć stuleciami, może, tysiącleciami, a nawet milionami lat. Proszę, porównajmy to z postępami technologii ludzkiej w ciągu ostatniego stulecia. Wychowałam się w niewielkiej wiosce na południu Indii, gdzie w czasach mej babki cudem myśli technicznej była maszyna do szycia na pedał. Więc wyobraźmy sobie, czym dysponować muszą cywilizacje, które są tysiąc lat przed nami. A milion?! Jak powiadał jeden z filozofów mojej części świata: „Produkty rozwiniętych cywilizacji pozaziemskich nie będą dla nas różniły się od magii”. Nie powinniśmy wszakże widzieć w nich zagrożenia. Oni nie mają się przecież czego lękać, dysproporcja między nimi a nami potrwa z pewnością jeszcze długi czas. To nie jest konfrontacja między Grekami a Trojanami, którzy byli równorzędnymi partnerami, ani film fantastyczno-naukowy, w którym przybysze z innych planet wojują podobną do naszej bronią. Jeśli nas zechcą zgładzić, na pewno mogą to zrobić bez namawiania nas do współpra...