Выбрать главу

— No ale co z ceną! — krzyknął ktoś z audytorium. — Czy pani tego nie rozumie? Przecież o to chodzi. Baruda o tym mówił. Nasze programy telewizyjne stały się sygnałem, że czas nas powstrzymać, a tym środkiem zniszczenia ma być Wiadomość. Ekspedycja karna sporo by kosztowała, Wiadomość, prawie nic.

Ellie bezskutecznie szukała wzrokiem krzykacza. Zdawało się jej, że to ktoś z delegacji brytyjskiej — jego głosu też nie wzmocniono przez mikrofon, bo Prezydium znowu nie poznało na czas, kto mówi. Jednak akustyka była wystarczająco dobra, by usłyszano go w każdym kącie sali. Zza stołu prezydialnego der Heer próbował przywrócić porządek, zaś Abuchimow wychylił się na skos i zaczął coś szeptać sekretarzowi.

— Uważa pan zatem, że skonstruowanie maszyny niesie ze sobą, niebezpieczeństwo — odezwała się Sukhavati. — Natomiast ja uważam, że niebezpiecznym będzie nie zbudować maszyny. Wstydziłabym się za naszą Ziemię, gdybyśmy obrócili się plecami do tego, co nadchodzi. Pańscy przodkowie — pogroziła mu palcem — nie byli tacy wstrzemięźliwi, gdy pierwszy raz żeglowali do Indii i Ameryki.

Ten zjazd staje się nieustającą eksplozją niespodzianek — pomyślała Ellie. Obawiała się, że Clive lub Raleigh doprawdy nie są figurami, które w tej sztuce powinny odegrać główną rolę. Sukhavati wykorzystała nadzwyczaj właściwy moment, by wytknąć im ich kolonialne grzechy.

Odczekała chwilę, aż na konsoli zapali się zielone światełko informujące, że jej mikrofon został włączony.

— Panie przewodniczący — usłyszała swój głos publicznie i formalnie skierowany do der Heera, którego podczas ostatnich dni prawie w ogóle nie widziała. Zdążyli się tylko umówić, że spotkają się jutro podczas przerwy zjazdu i już czuła niepokój, co też takiego będą mieli sobie do powiedzenia. Hola, hola, panienko! — powstrzymała się, by nie pomyśleć więcej...

— Panie przewodniczący, uważam, że na obie te sprawy, nazwane Koniem Trojańskim oraz Machiną Sądu Ostatecznego, możemy rzucić nieco więcej światła. Chciałam zająć się tym podczas jutrzejszych obrad, ale ze względu na obrót spraw zmieniłam zamiar — na klawiaturze komputera szybko wystukała kod kilku slajdów. — Doktor Łunaczarski i ja żywimy przekonanie, że są to trzy rzuty jednego trójwymiarowego obiektu. Przedstawiliśmy go sobie w całości wczoraj, w rotacyjnym modelu komputerowym. Uważamy, chociaż pewności nie ma, że to co widzimy, to wnętrze maszyny. Jak dotąd nie wiemy w jakiej skali. Może kilometr w poprzek, może submikroskopowe wymiary. Ale proszę zwrócić uwagę na tych pięć elementów dokładnie rozmieszczonych wokół obwodu komory wewnętrznej. Oto zbliżenie jednego z nich, jedynego, który da się w tej chwili dokładniej określić. Wygląda jak zwykły, trochę za bardzo wypchany fotel, ukształtowany odpowiednio do ludzkiego ciała. Jest mało prawdopodobne, by ET, pochodzący z zupełnie odmiennego świata, przypominali nas na tyle, żeby wygodnie się rozsiąść w fotelach zaprojektowanych do naszych mieszkań. O, proszę spojrzeć na to zbliżenie. To wygląda jak coś z lamusa w domu mojej matki, w którym się wychowałam.

Rzeczywiście — ujrzeli coś, co przypominało ukwiecony pokrowiec na fotel. Nagle poczuła ukłucie wstydu. Obiecywała sobie, że zadzwoni do matki przed odlotem, a w sumie, odkąd nadeszła Wiadomość, nie zadzwoniła do niej więcej niż dwa razy. „Jak mogłaś, Ellie?, upomniało ją matczynym głosem.

Przywarła wzrokiem do rysunku na ekranie komputera. Pięcioczłonowa symetria dwunastościanu wyrażała się też w pięciu fotelach wnętrza, z których każdy spoglądał na pięcioboczną płaszczyznę ściany.

— Więc naszym przypuszczeniem, to znaczy, doktora Łunaczarskiego i moim jest, że tych pięć foteli czeka na nas. Na ludzi. To by znaczyło, że komora wewnętrzna maszyny liczy nie więcej niż parę metrów wszerz. Mamy tu wprawdzie do czynienia z nadzwyczajnym poziomem technologii, ale też na szczęście z niczym na miarę, powiedzmy, metropolii. Albo z czymś tak złożonym, jak samolot. Jestem przekonana, że bez trudu możemy to zbudować, jeśli będziemy pracowali razem. Chciałabym też przypomnieć, że raczej rzadko umieszcza się fotele we wnętrzu bomby. Nie sądzę więc, by miał to być Koń Trojański albo Machina Zagłady. Zgadzam się za to z doktor Sukhavati, która powiedziała, czy pragnęła to powiedzieć, że Koń Trojański winien być raczej drogowskazem, ku czemu mamy zmierzać.

Znów wybuchł zamęt. Ale tym razem der Heer nie próbował nikogo uspokajać: w rzeczy samej włączył akurat mikrofon temu samemu delegatowi, który parę minut wcześniej usiłował przerwać wykład Sukhavati. Był to Philip Bedenbaugh, laburzystowski minister wiszącego na włosku brytyjskiego rządu.

— ... po prostu nie rozumie, w czym cały ambaras. Gdybyż to rzeczywiście był koń zbudowany z drewna, zapewne z wielkim niepokojem wprowadzalibyśmy go w mury miasta. W końcu wszyscy czytaliśmy Homera. Ale starczyło konia obić pluszem i już, popatrzmy, wszyscy są szczęśliwi. Dlaczego? Bo nam zamydlono oczy. Bo nas kupiono. Obietnicami historycznego wydarzenia. Nowych technologii. Czyni się też aluzje, że mile to będą widziały owe, jak to powiedzieć, wyższe istoty? Ale ja wzywam, aby bez względu na śliczne fantazjowanie, którym zabawiają nas radioastronomowie, nie konstruować maszyny, jeśli istnieje choćby cień groźby, że może być ona maszyną zniszczenia. Już lepiej, jak proponował delegat ZSRR, spalić taśmy i ogłosić budowę radioteleskopów za zbrodnię przeciw ludzkości.

Konferencję z wolna ogarniał chaos. Na komputerach wydłużała się olbrzymia kolejka proszących o głos, a zgiełk wzmógł się do czegoś zbliżonego do ryku, który przypomniał Ellie o latach wsłuchiwania się w radioastronomiczny szum. Ustalenie wspólnego stanowiska wyglądało na coraz odleglejsze, zwłaszcza że obaj przewodniczący zdawali się już całkiem utracić władzę nad delegatami.

Gdy w końcu udało się udzielić głosu przedstawicielowi Chin, Ellie dość długo czekała na jego biogram na ekranie. Nie miała pojęcia, co to za człowiek i rozglądała się w poszukiwaniu pomocy.

— Xi Qiaomu — szepnął wychylając się ku niej Nguyen „Bobby” Bui, pracownik Narodowej Rady Bezpieczeństwa, teraz przydzielony do der Heera. — Wymawia się „szi”. Ciężka artyleria. Urodzony podczas Długiego Marszu. Ochotnik w wojnie z Koreą, miał wtedy kilkanaście lat. Wysoki urzędnik państwowy, głównie interesuje się polityką. Zdjęty podczas rewolucji kulturalnej, teraz członek KC. Bardzo wpływowy. Ostatnio był z nim wywiad w telewizji. Przewodniczy chińskim wykopaliskom.

Xi Qiaomu był wysokim, barczystym mężczyzną około sześćdziesiątki. Jego młodzieńczy wygląd psuły zmarszczki na twarzy. Miał na sobie mundurek zapięty pod szyją, noszony przez chińskich oficjeli tak, jak przez amerykańskich, trzyczęściowy garnitur (wyjąwszy panią Prezydent, oczywiście). Wreszcie na ekranie wyświetlił się biogram i Ellie czytając go, przypomniała sobie długi artykuł o Xi Qiaomu, na który trafiła ostatnio w magazynie „Video News”.

— Jeśli jest w nas lęk — powiedział — niczego nie osiągniemy. To tylko opóźni ich ingerencję, bo przecież oni już o nas wiedzą. Odbierają na swej planecie naszą telewizję. Co dzień w ten sposób przypominamy im o swoim istnieniu. Czy oglądacie telewizję? Doprawdy, trudno im będzie nas zignorować. Więc jeśli nic nie zrobimy, a oni zaczną się martwić, co się z nami stało, przylecą tu w maszynie lub bez. Już się przed nimi nie skryjemy. No, gdybyśmy od początku siedzieli cicho, teraz nie byłoby problemu. Na przykład, gdybyśmy nadawali tylko telewizję kablową, bez dużych anten, bez radarów wojskowych, może nie dobraliby się do nas. Dziś jest za późno, nie możemy się cofnąć, nasza droga została wytyczona. Ale jeśli boicie się maszyny, że zniszczy Ziemię, zbudujcie ją poza Ziemią. Gdziekolwiek. Wtedy, jeśli to jest Machina Zagłady, zniszczy nie ten świat, ale jakiś inny. Ale to by było kosztowne, chyba zbyt kosztowne. Natomiast jeśli nie jesteście aż tak przestraszeni, zbudujcie ją na samotnej pustyni. Na Takopi w prowincji Xinjing można dokonać bardzo dużej eksplozji, która nikogo nie zabije. Jeżeli natomiast lęku w was nie ma, wznieście maszynę w centrum Waszyngtonu. Lub Moskwy. Lub Pekinu. Albo w tym pięknym mieście. W starożytnych Chinach nazywano Vegę z dwiema sąsiednimi gwiazdami Chin Nieu. To znaczy: dwie dziewczyny z kołowrotkiem. Niech będą one dobrymi wróżkami, niech ich maszyna oblecze Ziemię nową przędzą. Otrzymaliśmy zaproszenie. Niezwykłe zaproszenie. Może na bankiet? Ziemi nigdy dotąd nie zapraszano na przyjęcia. Niegrzecznie byłoby odmówić.