Выбрать главу

— A czym do diabła jest Fobosidejmos? — chciał wiedzieć Kitz.

— To satelity Marsa. Mówiłem o hamowaniu aerodynamicznym w atmosferze marsjańskiej.

— Jak długo leci się na Phobosa? Lub na Deimosa? — spytał Drumlin, nie przerywając mieszania kawy.

— Może rok. Ale gdyby stworzyć międzyplanetarną linię przesyłową i dobrze rozmieścić zespół statków transferowych...

— Rok? — prychnął Drumlin. — Porównując z trzema dniami na Księżyc? Drogi Bui, przestań nam mącić w głowach.

— Ja tylko sugerowałem... — bronił się Bui. — Pan wie, po prostu temat do dyskusji.

Der Heer zdawał się niecierpliwy i rozkojarzony. Widać było wielkie ciśnienie spraw, pod którym żył ostatnimi dniami — na przemian unikał jej wzroku albo patrzył, jakby prosząco. Uznała to za przychylny omen.

Tymczasem Drumlin mówił:

— Jeśli tak się martwicie, że to jest Maszyna Zagłady, pomyślcie chwilę o energetycznym zapleczu. Gdyby nastąpić miał jakiś potworny wybuch, skąd maszyna ma wziąć na to energię? Dopóki w instrukcji nie ma słowa o jakimiś reaktorze produkującym gigawaty energii nuklearnej, twierdzę, że nie musimy się przejmować Sądem Ostatecznym.

— Moi kochani — Ellie zwróciła się zarazem do Kitza i Drumlina, którzy siedzieli obok siebie oddzieleni talerzykiem z biszkoptami. — Czy moglibyście wyjawić powody, dla których tak wam się spieszy do budowy?

Zanim Kitz odpowiedział, zerknął bystro na Honicutta i der Heera.

— To posiedzenie jest tajne — zaczął — i wierzymy, że niczym, co tu jest omawiane, nie podzielisz się ze swymi radzieckimi przyjaciółmi. Chodzi o to, że choć nie wiemy, co ta maszyna ma zrobić, to z analiz Drumlina wynika, iż opisano tam jakieś nowe technologie. Może w ogóle nowe gałęzie przemysłu? Budowa Maszyny wiąże się więc z wielkim ekonomicznym postępem, tak sądzę. Wiele nowego się dowiemy, i to ma także znaczenie militarne. Podobny punkt widzenia podzielają też Rosjanie, dlatego tak nas się trzymają. Otwiera się cała nieznana dziedzina technologii, którą oni też chcieliby kontrolować, zwłaszcza że są w poważnych kłopotach gospodarczych. Poza tym może w instrukcji znajdzie się opis jakiejś nadzwyczajnej broni? Albo czegoś, co da się dobrze sprzedać? Oni nie są pewni, zauważ, że Baruda ciągle ostrzegał przed kosztami. Gdyby teraz spalić taśmy, zniszczyć radioteleskopy, to przynajmniej tyle by osiągnęli, że ich przewaga wojskowa nie uległaby zachwianiu. Dlatego tak słodziutko nawołują do umiarkowania. I sobie z ludźmi pogrywają — zaśmiał się szeroko.

Pod względem temperamentu Kitz należy do stworów kompletnie bezkrwistych — pomyślała — ale trudno posądzić go, że jest głupi. Kiedy jest zimny i wyrachowany, odpycha ludzi od siebie. Dlatego nakłada czasem kostium wielkomiejskiego przyjemniaczka, ale to jest — zdefiniowała swym naukowym słownikiem — cieniutka okładzina jednocząsteczkowa.

— Pozwól, że teraz ja tobie zadam pytanie — ciągnął Kitz. — Zwróciłaś zapewne uwagę, że Baruda napomknął o niepełnym ujawnianiu informacji. Czy rzeczywiście brakuje nam jakichś danych?

— Niewielkiej części początkowej — odparła — tego, co nadawano w pierwszych tygodniach. Trochę później zdarzyły się też luki w linii chińskiego odbioru. I jest nadal pewna ilość danych, które każda ze stron przechowuje dla siebie. Mimo to nie mówiłabym o jakimś problemie zatrzymywania danych, zwłaszcza że uzupełnimy wszystko, jeżeli Wiadomość zacznie się powtarzać.

— Jeżeli... — zakrakał Drumlin. Ale w tej chwili wtrącił się der Heer, wzywając zebranych do sformułowania programu ewentualności zdarzeń: co zrobić, gdy pojawi się elementarz, i które przedsiębiorstwa amerykańskie, niemieckie i japońskie odpowiednio wcześnie przygotować do takiej wielkiej inwestycji; jakim kluczem posłużyć się w doborze inżynierów i profesorów, którzy uczestniczyliby w budowie; następnie — jak zdobyć przychylność Kongresu oraz amerykańskiej opinii publicznej. Raz jeszcze podkreślił, że jest to tylko program ewentualności i nie zamyka go żadna ostateczna decyzja — na koniec dodał, że wcale nie uważa sowieckiego Konia Trojańskiego za taką zupełną bzdurę. W tym miejscu Kitz poprosił o głos, by podnieść sprawę „załogi”.

— Zapraszają ludzi, żeby siedli sobie w pięciu tapicerskich fotelach — powiedział — więc zaraz pojawia się pytanie: jakich ludzi. Jak mamy zdecydować? Raczej będzie musiała to być obsada międzynarodowa, więc ilu damy Amerykanów? Ilu Rosjan? Może jeszcze innych? Nie wiemy, co przytrafi się tym pięciu, gdy już zasiądą w fotelach, ale na pewno pragniemy, aby zasiedli najlepsi.

Pięciorgu, nie pięciu... — pomyślała Ellie, ale nie podjęła wyzwania. Więc Kitz mówił dalej:

— Przejdźmy do zasadniczego pytania: kto za co płaci i ile, kto co buduje i kto sprawuje generalny nadzór. Myślę, że możemy potargować się w tej sprawie, za zgodę na zwiększenie liczby Amerykanów w załodze.

— Ale z pewnością nalegamy na dobór najlepszych ludzi? — der Heer pragnął potwierdzenia sprawy na pozór oczywistej.

— To jasne — rzekł Kitz — pod warunkiem, że ustalimy, co rozumiemy pod słowem „najlepsi”? Naukowcy? Ludzie z wywiadu wojskowego? Fizycznie sprawni? Odporni? Patrioci? (przepraszam, jeśli użyłem brzydkiego słowa). Jest też — podniósł wzrok znad biszkopta, który smarował masłem, wprost na Ellie — problem płci. Czy wysyłamy samych panów? Bo jeśli wyślemy reprezentację mieszaną, zawsze którejś płci będzie więcej. Miejsc jest pięć, nieparzysta liczba. Czy nie pojawią się wtedy problemy wśród załogi? Im bardziej zagłębimy się w zagadnieniu, tym więcej pojawia się spraw wymagających delikatnych negocjacji.

— Nie sądzę — wtrąciła się Ellie. — To nie jest żadne ambasadorowanie, Kitz, ani kampania prezydencka. Ten problem wymaga powagi, przecież chyba nie chcesz krzepkich, głupkowatych dwudziestolatków, których całą wiedzą o świecie jest to, jak wygrać na sto jardów i wymigać się od podatku? Ani politycznych rębajłów? Doprawdy, nie o to chodzi w całej tej wyprawie.

— Ależ skąd, Ellie, masz całkowitą rację — znowu uśmiechnął się Kitz. — Nie wątpię, że znajdzie się wielu, którzy w pełni zadowolą nasze kryteria.

Der Heer — z podkrążonymi oczami, które nadawały jego twarzy wyraz półobłąkania — ogłosił koniec narady. Zdążył posłać Ellie blady uśmiech — samymi ustami. A potem ruszył ku limuzynom czekającym, by zabrać ich do Pałacu Elizejskiego.

— Powiem ci, dlaczego lepiej byłoby wysłać Rosjan — mówił Vaygay. — Kiedy wy, Amerykanie, wiesz, ci wszyscy traperzy, pionierzy, skauci do walki z Indianami, zakładaliście swój kraj, nikt wam nie przeszkadzał. Przynajmniej nikt mogący konkurować na poziomie technologii. Prędko wymietliście cały kontynent od Atlantyku po Pacyfik, i od tej chwili już wszystko zaczęło się wam zdawać niebywale łatwe. My byliśmy w innym położeniu, nas najechali Mongołowie. Ich technika walki konnej była wyższa od naszej, więc gdy my z kolei najeżdżaliśmy wschód, byliśmy ostrożniejsi. Nigdy nie zapuszczaliśmy się w dzikie ostępy z założeniem, że musi nam pójść jak po maśle. Jesteśmy bardziej przyzwyczajeni do oporu niż wy, a poza tym dla was jest oczywiste, że zawsze górujecie techniką. Natomiast większość ludzi na Ziemi to, w sensie sytuacji dziejowej, nie Amerykanie, ale Rosjanie. Dlatego uważam, że taka misja potrzebuje bardziej ludzi radzieckich niż Amerykanów.

Spotkanie w cztery oczy stanowiło pewne ryzyko nie tylko dla Vaygaya, ale i dla niej — o czym uprzejmie przypomniał jej Kitz. Podczas naukowych kongresów w USA czy w Europie, nieraz Vaygayowi wolno było spędzić z nią popołudnie, choć częściej towarzyszyli mu koledzy lub „niańka” z KGB — przedstawiana zazwyczaj jako tłumacz (choć w angielskim do pięt nie dorastał Vaygayowi) albo konsultant naukowy z tej czy innej Akademii (choć również jego wiedza naukowa bywała raczej pobieżna). Kiedy wprost zapytywano Vaygaya o tych panów, kręcił głową. Uważał, zdaje się, ich obecność za część gry, za zwykłą cenę jaką przychodzi płacić za odwiedzenie Zachodu. Nieraz złapała w głosie Vaygaya nutkę prawdziwego współczucia, kiedy się zwracał do nich: — Bo czy to jakaś przyjemność jechać do obcego kraju i rżnąć eksperta w czymś, o czym się nie ma pojęcia? Być może „niańki” w głębi serca nie mniej od Vaygaya gardziły swoją rolą.