Jak już się rzekło, wielu ludzi porządkowało swoje ziemskie sprawy w oczekiwaniu na Drugie Przyjście Chrystusa. Dramatycznie spadła światowa wydajność przemysłowa. Wielu przekazywało majątki na biednych, by potem — gdy koniec świata ciągle się odwlekał — szukać pomocy w schroniskach dla ubogich. A że właśnie darowizny stanowiły tych ośrodków źródło utrzymania, wielu dobroczyńców skończyło na zapomogach ze swych własnych darowizn. Przywódców państwowych nachodziły niezliczone delegacje nalegające, by prędko, jeszcze przed Przyjściem Chrystusa, uporano się z klęskami ludzkości, na przykład, schiostosomiazą lub głodem, inaczej lepiej nie mówić, co nas czeka. Inni, mniej hałaśliwi, naradzali się, czy z tej fali szaleństwa można wyciągnąć korzyść — albo przynajmniej jakieś prywatne pieniądze.
Wielu przekonywało, że żadnego elementarza nie ma i wszystko było po to, żeby ludzi nauczyć pokory i żebyśmy dali się zwariować. Wstępne artykuły w gazetach upominały, jacy to mądrzy zdawaliśmy się sobie, a jacy głupi jesteśmy teraz. Przy tej okazji wiele zapiekłych urazów kierowano przeciw uczonym, którym tyle bezcennej pomocy udzieliły rządy, a oni zawodzą nas w czas potrzeby. Może ludzie są jeszcze bardziej tępi, niż wydawało się Veganom? Może pominęliśmy element tak oczywisty dla wszystkich innych cywilizacji, z którymi wcześniej się kontaktowano, że fakt ten okrywa nas bezprecedensową hańbą w całej historii Galaktyki? Wielu pismaków ze szczerym entuzjazmem babrało się w tym „kosmicznym upokorzeniu”, które według nich dowodziło prawdziwości tego, co zawsze o ludzkości sądzili.
Źle jest — pomyślała Ellie — najwyższy czas zwrócić się o pomoc.
Ukradkiem, w towarzystwie specjalnej obstawy przysłanej przez Właściciela, prześliznęli się przez Bramę Enlila. Goryle z Administracji Służb Ogólnych nie ukrywali niezadowolenia pomimo — a może z powodu — tej dodatkowej ochrony.
Chociaż ostatnie promienie słońca jeszcze błąkały się nad ziemią, brudne uliczki rozbłyskiwały już płomykami spod miedzianych kociołków, kagankami i czasem światłem pochodni. Dwie amfory — każda wielkości człowieka — strzegły wejścia do składu oliwnego, nad którym wisiał szyld z napisem klinowym. Sąsiedni budynek, chyba jakiś urząd, ozdabiał wspaniały relief z czasów Assurbanipala przedstawiający polowanie na lwice. W tłumie zgromadzonym przed Świątynią Aszura wybuchła bójka, więc ochroniarze szybko odciągnęli ją na bok, skąd nagle rozpostarł się przed nimi nadzwyczajny widok — Zikkurat zamajaczył u końca oświetlonej pochodniami alei, piękniejszy ponad wszelkie wyobrażenie od tego na obrazkach. Rozległ się dźwięk jakiejś nieznanej trąby, przy której hejnale trzech konnych przejechało obok, a za nimi, we frygijskiej czapeczce — jeszcze jeden w rydwanie. Szczyt Zikkuratu tonął w niskich, oblanych światłem zachodzącego słońca chmurach, co przypominało jej rycinę ze średniowiecznej edycji Księgi Rodzaju. Zeszli z Alei Isztar i obszedłszy boczną uliczką Zikkurat, weszli do środka. Znaleźli się w prywatnej windzie. Jeden z obstawy nacisnął najwyższy guzik z napisem „czterdzieści” — nie cyfrą, a słowami — i zaraz, żeby już nie było żadnych wątpliwości, nad ich głowami zapaliło się szklane okienko pulsujące słowem „Bogowie”.
Pan Hadden przyjdzie za chwilę. Czy nie chciałaby tymczasem czegoś się napić? Zważywszy reputację miejsca, Ellie odmówiła.
Cały Babilon u jej stóp — wspaniały! — co do tego wszyscy byli zgodni, że udała się ta replika dawno minionego miejsca i czasu. Za dnia przez Bramę Isztar zjeżdżały tu zapchane autobusy biur turystycznych i muzeów, czasem nawet zabłąkała się szkolna wycieczka. Przy bramie nakładano odpowiednie stroje i pospacerowawszy, wracano przed zachodem. Wszystkie dochody z działalności dziennej, Hadden sumiennie odstawiał do kasy miejskiej, a także na potrzeby organizacji dobroczynnych na Long Island. Te dzienne eskapady były niezwykle popularne — wśród tych przynajmniej, którzy choćby w świetle dziennym pragnęli zwiedzić zakamarki, dostępne w świetle nocy tylko ich marzeniom.
Po zmroku bowiem Babilon zmieniał się w ogród uciech dla dorosłych. Przy tym przepychu, ogromie i szaleństwie wyobraźni ubogą dziurą wydawać się musiał taki, powiedzmy, hamburski Reeperbahn. Wkrótce Babilon stał się największą atrakcją Nowego Jorku, a zarazem jednym z najpoważniejszych źródeł dochodów miasta. Nie było żadną tajemnicą, jak Haddenowi udało się przekonać nowojorskich ojców miasta, ani które lobby „złagodziło” dla niego miejskie oraz stanowe przepisy o prostytucji. Do Bramy Isztar jechało się pół godziny metrem z centrum Manhattanu i Ellie, ignorując błagania ochrony, uparła się jechać kolejką — w której jedną trzecią jadących okazały się kobiety, nie było żadnych burd ani nawet napisów na ścianach, zaś biały dźwięk zdawał się mniej nasilony niż kiedyś, gdy weń się wsłuchiwała, jeżdżąc metrem po całym Nowym Jorku.
Choć Hadden był członkiem Narodowej Akademii Inżynierii, nigdy, o ile było Ellie wiadomo, nie uczestniczył w żadnym jej posiedzeniu i nigdy też nie miała okazji zawiesić oka na nim. Twarz jego była jednak znajoma milionom Amerykanów, głównie z powodu kampanii prowadzonej przeciw niemu przed laty pod hasłem „To nie jest Amerykanin”. Taki przynajmniej napis umieszczono na plakacie z mało pochlebnym wizerunkiem Haddena, rozprowadzonym po całym kraju. Mimo to aż podskoczyła, gdy chwilę zadumy przed pochyłą, oszkloną ścianą przerwała jej mała, gruba i przyjaźnie kiwająca na nią figurka.
— Och, najmocniej przepraszam. Nie rozumiem, jak ktoś może się mnie przestraszyć.
Nie spodziewała się, że jego głos będzie taki melodyjny. Mówił — w rzeczy samej — kwintami. Nie uznał za konieczne przedstawić się, a tylko kiwnął głową w kierunku drzwi, które zostawił otwarte. Okoliczności nie wskazywały na to, by jakiś zbrodniczy erotoman miał ją za chwilę dopaść, usłuchała więc i bez słowa przeszła do następnego pokoju.
Gestem dłoni przywołał ją ku pokrywającej stół szczegółowej makiecie starożytnego miasta, którego aspiracje wyglądały na mniejsze od Babilonu.
— Pompeje — objaśnił Hadden — w samym środku stadion. Takie restrykcje wprowadzili w boksie, że już nie ma w Ameryce żadnego widowiska dla prawdziwych mężczyzn. A to takie ważne. To usuwa niezdrowe wapory z narodowego układu krążenia. Już wszystko zaprojektowałem, zezwolenia podpisane i nagle, taki klops.
— Jaki klops?
— Nie będzie walk gladiatorów. Właśnie dostałem wiadomość z Sacramento. Już jest projekt ustawy zakazującej walk gladiatorów w Kalifornii. Za brutalne, mówią. Chcą budować drapacze chmur i wiedzą, że stracą paru robotników. Związki zawodowe to wiedzą, budowlani to wiedzą, wszyscy tylko się trzęsą, żeby zarobić na budowach dla nafciarzy. I dla adwokatów z Beverly Hills. Jasne, że by stracili paru. Ale my chcemy raczej z trójzębem i siatką, niż z krótkim mieczem. Ci ustawodawcy chyba nie wiedzą, co czynią.
Prześwietlił ją krótkim spojrzeniem, jak sowa, i spytał, czy chce drinka. Znów odmówiła.
— Więc pragnie pani mówić ze mną o Maszynie. A ja też pragnę mówić z panią o Maszynie. Pani pierwsza. Pewnie chce pani wiedzieć, gdzie podział się elementarz?
— Zwracamy się o pomoc do paru kluczowych osobistości, które mogłyby mieć orientację w tej sprawie. Przyszło nam do głowy, że pan, który bije światowe rekordy wyobraźni i którego przystawka rozpoznająca kontekst przyczyniła się do złapania retransmisji, mógłby sobie wyobrazić siebie na miejscu Vegan i pomyśleć, gdzie by pan wtedy schował elementarz. Wiemy, że pan jest bardzo zajęty i przykro nam...