Выбрать главу

— Och, skądże. Nie ma o czym mówić. To prawda, że mam mało czasu. Próbuję właśnie porządkować swoje interesy, bo zbliża się dziejowa chwila w moim życiu...

— Milenium? — palnęła. Już go widziała jak rozdaje biednym S.R. Hadden i Spółka, dom maklerski na Wall Street i Zrzeszenie Inżynierii Genetycznej, a na koniec Babilon i Zakłady Cybernetyczne Haddena.

— No, nie. Skądże znowu. Jak mogło coś takiego przyjść pani do głowy. Ale przyjemnie mi, że zwraca się pani do mnie ze swym problemem. Przeglądałem diagramy — machnął dłonią w kierunku lakierowanych grzbietów leżącego na biurku ośmiotomowego wydania — można wśród nich znaleźć całkiem ładne rzeczy. Ale nie tam jest alfabet. Nie wśród diagramów. Dlaczego pani się upiera, że elementarz jest wewnątrz Wiadomości? Nie rozumiem. Mógł równie dobrze utknąć na Marsie, albo na Plutonie, albo w gazowej otoczce Komety Oorta i dostaniemy go za parę stuleci. Na razie wiemy, że jest ta piękna Maszyna z jeszcze piękniejszymi rysunkami i trzydziestoma tysiącami stron tekstu, który ma coś wyjaśnić. Ale gdy nawet wyjaśni, to skąd pewność, że będziemy to w stanie zbudować? Nie lepiej, zamiast martwić się teraz, poczekać tych paręset lat rozwijając technologię, umiejętności, dopóki rzeczywiście nie będziemy gotowi? To właśnie brak elementarza tak nas pięknie związuje z pracą przyszłych pokoleń... Podrzucono nam problem, którego rozwikłanie mierzyć trzeba stuleciami. Co jest bardzo piękne, uważam. I bardzo zdrowe. Czy pani nie robi błędu, tak szukając tego elementarza? Może lepiej, jeśli go pani nie znajdzie?

— Ależ nie. Ja chcę rozwiązania, teraz! Nie wiem, czy to może tak sobie na nas czekać przez całą wieczność. Jeśli odłożą słuchawkę, bo nie było odpowiedzi, to może okazać się dla nas gorsze, niż gdyby wcale nie dzwonili.

— No, no. Może dotknęła pani sedna. Otóż, przemyślałem sobie różne możliwości, których suma stanowi pułap tego, co potrafię wymyślić. Przedstawię łaskawej pani wpierw możliwości banalne, potem jedną niebanalną. Oto banalne: elementarz jest wewnątrz Wiadomości, ale na zupełnie innym poziomie transmisji danych. Przypuśćmy, że z częstością jednego bita na godzinę. Czy taką transmisję moglibyście złapać?

— Oczywiście. Na wszelki wypadek rutynowo sprawdzamy również odbiór długofalowy. Bit na godzinę dałby nam, zaraz, niech policzę, dziesięć, dwadzieścia tysięcy bitów nadwyżki, zanim Wiadomość się odtworzy.

— To wygląda sensownie, ale pod warunkiem, że elementarz jest tekstem stokroć łatwiejszym niż Wiadomość. Pani tak nie uważa. I ja tak nie uważam. A więc weźmy odwrotną możliwość: co by było przy częstości bitów o wiele wyższej? Przecież nie wiemy, czy pod każdym bitem Wiadomości przypadkiem nie kryją się miliony bitów elementarza?

— Ale to monstrualnie rozszerzyłoby nam pasmo odbioru. Od początku wiedzieliśmy o tym.

— No dobrze. Wyobraźmy więc sobie zamiast tego całą tę rozpędzoną furę danych, a w nich maleńki mikrofilm. Taką malutką mikrofilmową kropeczkę, umieszczoną wewnątrz powtarzającej się, pardon, mającej się powtórzyć części Wiadomości. Na myśli mam maleńkie puzdereczko mówiące do ciebie w twoim własnym języku „to ja jestem elementarz”. A zaraz obok, kropka. I w tej kropce są setki milionów bitów, które przelatują błyskawicznie obok jedynek i zer. Może to pani zademonstrować sobie, jeśli ma pani jakieś pudełko.

— Niech pan mi wierzy, na pewno byśmy to wyłapali.

— No dobrze. A co z modulacją fazy? Posługujemy się tym w radarach i w telemetrii kosmicznej, to prawie nie zaburza spektrum. Czy w retransmisji ma pani korelator fazowy?

— Nie. To dobry pomysł. Zajmę się tym.

— A teraz pomysł niebanalny. Otóż i on: gdy już zbuduje się tę Maszynę i paru naszych w niej siądzie, gdy któryś naciśnie guzik i cała piątka gdzieś tam, wszystko jedno gdzie poleci, czy ktoś pomyślał o tym, czy oni w ogóle wrócą? Pewnie nie. Więc niesłychanie przypadła mi do gustu myśl, że tę Maszynę zaprojektowali vegańscy porywacze ludzi. Na przykład, tamtejsi studenci medycyny. Albo antropolodzy. Potrzebują ciał ludzkich, a polecieć na Ziemię to dla nich wielki kłopot. Trzeba pozwoleń, paszportów z odpowiednich biur, do diabła, więcej zachodu, niż to wszystko warte. Za to wysyłając na Ziemię wiadomość, można tanim sposobem zapewnić sobie dostawę „ziemniaków” na vegański stół. Już my własnymi rękami podeślemy im pięć ziemskich ciał. To trochę jak kolekcjonowanie znaczków, w dzieciństwie zbierałem znaczki. Pisze się do kogoś za granicę i w większości otrzymuje się odpowiedź. Nie chodzi o to, co jest w liście, chodzi o znaczek. Oto obrazek, jaki sobie wyobrażam: na Vedze jest paru kolekcjonerów. Kiedy się bardzo nudzą, wysyłają listy, i wtedy z całego kosmosu rozmaite ciała zlatują się do nich. Chciałaby pani zwiedzić taka kolekcję?

Posłał jej uśmieszek i ciągnął dalej.

— No dobrze, powie pani. A co to ma wspólnego z szukaniem elementarza? Nic. Chyba że nie mam racji. No więc załóżmy, że stworzyłem nieprawdziwy obraz i tych pięciu ma z powrotem polecieć na Ziemię, jakie jest w tej sytuacji pierwsze pytanie Vegan? Czy mamy pojazdy kosmiczne. Obojętnie jak bardzo mądrzy są Veganie, takiej Maszynie zawsze trudno będzie wylądować. Za wiele części się rusza. I Bóg jeden wie, jakim posługuje się napędem. Jak takie coś nagle z kosmosu poleci nam na łeb i lądując zaryje nosem na parę metrów w ziemię, bo czym jest parę metrów wobec dwudziestu sześciu świetlnych lat, to już będziemy wiedzieć, o co chodziło. Za duże ryzyko; sądzę więc, że kiedy Maszyna przyleci z powrotem, to kosmonauci wysiądą z niej jeszcze w kosmosie. Gdzieś niedaleko Ziemi, nie na niej ani tym bardziej w. Ale przedtem Veganie muszą się upewnić, czy mamy statki kosmiczne, żeby tych ludzi odebrać; spieszy im się i nie mają ochoty czekać, aż dziennik telewizyjny z 1957 roku dotrze do nich na Vegę. Co zatem czynią? To, że część Wiadomości może być odebrana jedynie w kosmosie. Która część? Elementarz. Jeśli odbierzemy elementarz to znaczy, że mamy pojazdy kosmiczne, które pozwalają bezpiecznie wrócić na Ziemię. Tak więc wyobrażam sobie, że elementarz jest wysyłany na częstotliwości absorpcyjnej tlenu w spektrum mikrofali, albo w pobliżu podczerwieni, chodzi o część spektrum, którą można odebrać tylko wtedy, gdy się już jest daleko od atmosfery ziemskiej.

— Mamy teleskop Hubble’a, który od dawna namierza Vegę w ultrafiolecie, świetle widzialnym i blisko podczerwieni. Ani śladu niczego. Rosjanie naprawili swój przyrząd do fal milimetrowych i gapili się w Vegę jak najęci, też nic nie znaleźli. No ale znowu spróbujemy. Coś jeszcze?

— Jest pani pewna, że nie chce się napić? Ja sam nie lubię pić, choć wielu ludzi pije.

Kolejny raz Ellie musiała podziękować.

— Nie, już nic więcej nie wymyśliłem. Ale teraz moja kolej, bo widzi pani, chcę panią o coś prosić. Nigdy nikogo o nic nie proszę, nigdy nie prosiłem. Mój obraz wedle opinii publicznej to bogacz o wyglądzie komika, zimny drań. Ktoś, kto szuka szczelin w systemie, przez które może wyciągnąć wory złota. Proszę mi tylko nie mówić, że pani w to nie wierzy. Każdy w to wierzy, przynajmniej częściowo. To, co pragnę pani powiedzieć, już pewnie pani wcześniej tu i tam słyszała. Mimo to proszę o dziesięć minut, podczas których opowiem pani, jak to się wszystko zaczęło. Chcę, żeby pani o mnie coś wiedziała.

Zebrała myśli próbując odgadnąć, czego Hadden po niej się spodziewa. I z trudem odpędziła wizję Świątyni Isztar, Haddena, siebie i jeszcze woźnicy rydwanu albo dwóch, dla lepszej miary.

— Przed laty — rozpoczął Hadden — gdy rozpowszechniła się już telewizja komercyjna, skonstruowałem modulator, który automatycznie wyłączał fonię. To jeszcze nie była przystawka rozpoznająca kontekst, to było po prostu coś, co monitorowało amplitudę fali nadawczej. Chodziło o to, że agencje reklamowe coraz bardziej niszczyły programy, w których nadawano te ich wstawki reklamowe. Nadawano je, na przykład, głośniej i bardziej nahalnie, niż sam program. Błyskawiczne z ust do ust rozeszła się wiadomość o „Antyogłupiaczu” Haddena. Ludzie odczuwali ulgę, zrzucali jakiś ciężar, mówili nawet o większej radości życia, odkąd uwolniono ich od tego reklamowego śmiecia przez sześć do ośmiu godzin dziennie, bo tyle przeciętny Amerykanin spędza przed telewizorem.