Выбрать главу

Potrząsnął głową w szyderczym zatroskaniu. Odniosła wrażenie, że zapiekła wrogość dzieli wynalazcę „Antyomamiacza” od tamtych dwóch prozelitów, i z jakiegoś powodu poczuła pragnienie, by ich bronić.

— Są dużo mądrzejsi, niż się panu zdaje. A Palmer Joss to... cóż, na pewno nie szarlatan.

— Ma pani pewność, że on nie jest... hm, jeszcze jednym ładnym chłopaczkiem? Proszę wybaczyć, ale zrozumieć coś takiego w sobie uważam za podstawową rzecz. Za wiele zła dzieje się, gdy ludzie tego nie rozumieją. Ja dobrze znam tych dobrotliwych klownów, kiedy przychodzi co do czego, zmieniają się w szakale. Dla wielu ludzi religia jest magnesem. Wie pani, również seksualnym. Powinna pani kiedyś zobaczyć, co dzieje się w Świątyni Isztar.

Opanowała nagły odruch wstrętu.

— Myślę, że jednak wypiję drinka — powiedziała.

Patrząc z podniebnej, luksusowej mansardy, widziała schodzące w dół kondygnacje Zikkuratu obwieszone naturalnymi i sztucznymi kwiatami. Rekonstrukcja Wiszących Ogrodów Babilonu — jednego z Siedmiu Cudów starożytnego świata, jakimś cudem wcale nie przypominająca kwietnych draperii w stylu hotelu Hyatt. Na samym dole, w oddali, ujrzała procesję z pochodniami, która od Zikkuratu sunęła ku Bramie Enlila. Na jej czele czterech muskularnych, obnażonych do pasa mężczyzn dźwigało coś w rodzaju lektyki — kto był w środku, tego nie widziała.

— To pochód ku czci Gilgamesza, jednego ze starożytnych sumeryjskich bohaterów.

— Tak, słyszałam o nim.

— Być nieśmiertelnym. To był jego biznes. — Powiedział to rzeczowym tonem, zerkając na zegarek.

— Jesteśmy na szczycie Zikkuratu, wie pani. W miejscu, do którego zachodzili królowie, by odbierać instrukcję od bogów. Zwłaszcza od Anu, boga niebios. A propos, szukałem, jak w Mezopotamii nazywano Vegę. Tiranna. Życie Nieba. Śmiesznie, czy nie?

— A pan? Czy otrzymał jakieś instrukcje?

— Nie. Oni nie do mnie przyszli, a do pani? O dziewiątej będzie następny pochód Gilgamesza.

— Obawiam się, że nie będę mogła zostać. Ale proszę pozwolić na jeszcze jedno pytanie... Dlaczego Babilon? Albo Pompeje? Pan, jeden z najbardziej pomysłowych ludzi naszych czasów, który zbudował niejedną gałąź przemysłu, pokonał sieć kompanii reklamowych na ich własnym boisku... No prawda, od Bezpieczeństwa dostał pan lanie w związku z tą przystawką rozpoznająca kontekst. Ale nadal jest masa rzeczy, które mógłby pan robić. Dlaczego właśnie... to?

W oddali procesja zbliżała się do Świątyni Aszura.

— Dlaczego nie coś... wartościowszego? — spytał. — Ja po prostu chcę zaspokoić pragnienia społeczeństwa, które rząd ignoruje albo ich nie dostrzega. To jest kapitalizm. To zgodne z prawem. To wielu ludziom przysparza radości. Ale też myślę, że to jest zawór bezpieczeństwa dla wszystkich szaleńców, których to społeczeństwo bez przerwy produkuje. Teraz tak myślę, ale gdy zaczynałem, miałem prostsze powody. Dokładnie pamiętam chwilę, gdy mi zaświtał pomysł z Babilonem. W Disneylandzie, kiedy płynąłem parowcem kołowym, takim jak na Missisipi, z moim wnuczkiem Jasonem. Miał cztery latka, pięć, a ja akurat rozmyślałem, jacy to mądrzy ludzie, ci od Disneya, że nie pobierają opłaty za każdą atrakcję, ale przy wejściu dają całodniowy bilet. Możesz sobie chodzić, gdzie chcesz. Trochę stracili, ale więcej zyskali, na przykład, na etatach bileterów, albo co ważniejsze, na psychologii. Ludzie przeceniają swe apetyty na rozrywkę. Weszliby tu i tam płacąc dodatkowo, a otrzymaliby coś, co by ich rozczarowało. Drugi raz tu nie przyjdą i jeszcze zniechęcą innych. A obok mnie i Jasona siedział ośmio-, może dziesięcioletni chłopiec zapatrzony w przestrzeń. Na pytania ojca odpowiadał monosylabami i tylko pieścił lufę karabinu-zabawki, który wziął ze sobą na pokład. Trzymał go między nogami i jednego pragnął — żeby zostawić go w spokoju i pozwolić mu gładzić swój karabin. Za jego plecami wznosiły się mury i wieże Krainy Czarów... i nagle wszystkie te rzeczy zbiegły się w jedną, rozumie pani?

Napełnił plastikowy kubek dietetyczną colą i stuknął o jej szklankę:

— Na pohybel wrogom! Będę musiał powiedzieć, żeby wyprowadzono panią przez Bramę Isztar. Obok Bramy Enlila za duży ścisk z powodu tej procesji.

Dwuosobowa obstawa wyrosła jak spod ziemi. Było jasne, że audiencja dobiegła końca. Nie miała ochoty iść.

— Niech pani pamięta o modulacji fazy i sprawdzeniu absorpcji tlenowej. Nawet jeśli mylę się w sprawie elementarza, proszę pamiętać: jestem jedynym człowiekiem, który zbuduje Maszynę!

Potężne reflektory oświetliły Bramę Isztar pokrytą fryzami z glazurowanej cegły, przedstawiającymi jakieś błękitne stwory.

Archeolodzy nazywają je smokami.

ROZDZIAŁ 14
Oscylator harmoniczny

Sceptycyzm u intelektualisty oznacza prostotę smaku i żałować należy, iż u niektórych ludzi kapituluje on zbyt łatwo przed pierwszym, który nas chce przekonać. Dowodem prawdziwego szlachectwa jest umieć przechować go w chłodzie myśli przez całą długą młodość, by wreszcie, w pełni instynktu i rozwagi, bezpiecznie go wymienić za szczęście i wierność.

GEORGE SANTAYANA

Scepticism and Animal Faith, IX

Kichnąwszy, spróbowała wygrzebać czysty kawałek ligniny z wypchanej kieszeni prezydenckiego szlafroka. Nie miała makijażu, choć na spierzchniętych wargach widniały ślady wazelinowej szminki.

— Mój lekarz każe mi leżeć w łóżku, bo mogę dostać wirusowego zapalenia płuc. Kiedy go proszę o antybiotyk, mówi, że nie ma antybiotyków na wirusy. Skąd on wie, że we mnie wlazł wirus?

Der Heer chciał coś powiedzieć, ale ruchem dłoni zatrzymała go z półotwartymi ustami.

— Daj spokój, na pewno zaczniesz mi opowiadać o DNA i o rozpoznawaniu białek gospodarza, a ja wtedy zacznę się wysilać, żeby przypomnieć sobie, co jeszcze pamiętam ze szkoły. Weź krzesło i chodź tu, jeśli mój wirus cię nie przeraża.

— Dziękuję, pani Prezydent. Mam ze sobą coś na temat elementarza. Raport. Otóż znaleźliśmy długi fragment wyglądający na instruktaż, który dołączono do głównego tekstu w charakterze aneksu. Myślę, że to panią zaciekawi, bo mówiąc krótko, czytamy już i rozumiemy tekst bez większego trudu. To piekielnie inteligentny elementarz... nie mówię „piekielny” w sensie dosłownym. Mamy już mały słowniczek składający się z około trzech tysięcy słów.

— Nie bardzo rozumiem, jak to możliwe. Owszem, potrafię wyobrazić sobie ich wykład na temat liczebników: robi się kropkę i pod nią pisze JEDEN, dwie kropki, DWA, i tak dalej. Albo za pomocą obrazków: rysuje się gwiazdkę i podpisuje: GWIAZDA. Ale nie rozumiem, jak w taki sam sposób można wytłumaczyć czasownik, czas przeszły albo zasadę zdań warunkowych.

— Częściowo posługują się filmem. Film jest najlepszy dla czasowników. I mnóstwo tłumaczą za pomocą numerów, nawet pojęcia abstrakcyjne. To wygląda mniej więcej tak: oni wpierw odliczają kolejne numery symbolicznymi słowami, i nagle wprowadzają takie, którego nie rozumiemy. Pokażę pani ich słowa za pomocą liter. O, na przykład, odebraliśmy taką sekwencję, przy czym literami zastępuję symbole graficzne, którymi posługują się Veganie. I napisał:

l A l B 2 Z

l A 2 B 3 Z

l A 7 B 8 Z

— Jak pani myśli, co to jest?

— Hm, fiszka moich ocen na maturze? Czy sugeruje pan, że pańska litera A to w tekście kombinacja kropek i kresek, litera B, też, ale inna. I tak dalej?