Выбрать главу

— Och, nie. Odpowiadają, z pewnością, tylko że on...

— Jeśli już nic innego nie masz, to do zobaczenia w czwartek. Jeśli wirus pozwoli.

Potężne kichnięcie Prezydent dogoniło go z sąsiedniego pokoju, gdy już zamknął za sobą drzwi. Dyżurny podoficer, sztywno usadowiony na kanapie, aż podskoczył. Teczka u jego stóp pękała w szwach od upoważnień szyfrowych na wypadek ataku nuklearnego. Der Heer uspokoił go kilkakrotnym kiwnięciem półuchylonej dłoni. Oficer uśmiechnął się z zażenowaniem.

— To Vega? I cały ten zamęt tylko z jej powodu? — Prezydent była wyraźnie rozczarowana. Właśnie zakończono sesję z dziennikarzami i oczy jej, prawie oślepione żarówkami fleszy i telewizyjnymi reflektorami, już się powoli adaptowały do ciemności. Zdjęcia Prezydent wpatrującej się sokolim okiem w teleskop Obserwatorium Marynarki Wojennej, które nazajutrz obiegną prasę, były oczywiście montażem — kompletnie nic nie widziała w teleskopie, dopóki reporterzy się nie wynieśli, a w sali zapanowała ciemność.

— Dlaczego ona się buja?

— To turbulencja powietrza, pani Prezydent — pospieszył z wyjaśnieniem der Heer. — Ogrzane cząsteczki powietrza przepływają i deformują obraz.

— Zupełnie jakbym patrzyła na Seymourka przy śniadaniu, kiedy między nami stoi opiekacz do grzanek. Kiedyś odpłynęło mu całe pół twarzy — powiedziała z udanym przejęciem, podnosząc głos tak, by ją usłyszał prezydencki małżonek, zajęty akurat rozmową z umundurowanym Komendantem Obserwatorium.

— O, tak, z pewnością! — bystro zareagował. — Choć już od dość dawna nie było grzanek na śniadanie.

Przed pójściem na emeryturę, Seymour Lasker zajmował wysokie stanowisko w Związku Zawodowym Wytwórców Damskiej Odzieży. Obecną swoją żonę poznał wiele lat temu, gdy pojawiła się jako delegat Nowojorskiej Kompanii Dziewczęcych Płaszczyków. Podczas przedłużających się obrad nad ustawami zbiorowymi zakochali się w sobie i ta wyraźna, trwająca do dziś między nimi zażyłość była powszechnie doceniana, zważywszy obecną różnicę sytuacji społecznej ich dwojga.

— Bez grzanek jakoś sobie radzę, ale bez Seymourka przy śniadaniu, nie — żartobliwie ruszyła brwiami odwróciwszy twarz ku niemu, po czym wróciła do okularu.

— To mi wygląda na niebieską amebę... Taka... galereta. Po uciążliwym spotkaniu mającym za zadanie wybór załogi, Prezydent była już w lepszym nastroju. Do tego grypa prawie przeszła.

— A gdyby nie było tej turbulencji, Ken? Co bym wtedy widziała?

— Obraz dokładnie odpowiadający temu, co byłoby widać z teleskopu zawieszonego w kosmosie. Nieruchomy, nie mrugający punkt świetlny.

— Samą gwiazdę? Vegę? Bez planet, bez pierścieni? Bez satelitów do wojny laserowej?

— Bez, pani Prezydent. To wszystko jest za małe i za blade, żeby to spostrzec. Nawet wielkim teleskopem.

— No cóż, mam nadzieję, że wy, naukowcy, wiecie co robicie — powiedziała cicho, prawie do siebie. — Diabelnie wiele inwestujemy w coś, czego nikt nie oglądał na oczy.

Uwaga ta wyraźnie poruszyła der Heera.

— Chwileczkę, przecież przejrzeliśmy trzydzieści trzy tysiące stron tekstu. Obrazki, słowa, wielki elementarz...

— Przejrzeć książkę to nie to samo, co przeczytać ją. Przynajmniej tak mi się zdaje. Cała ta sprawa jest jak dla mnie trochę za bardzo... poszlakowa. Nie musisz mi przypominać, że wszyscy naukowcy świata otrzymali identyczne dane, wiem. I że instruktarz jest jednoznaczny, wyraźny, to już też słyszałam. I że ktoś inny zbuduje to za nas, jeśli się wycofamy. Racja, racja, racja. A jednak... wciąż we mnie jest niepokój.

Obszedłszy spacerem zespół Obserwatorium Marynarki Wojennej, cała prezydencka świta wylądowała w apartamentach Wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Tydzień temu opracowano w Paryżu wstępny projekt rozkładu sił wśród pięciu foteli załogi: USA i ZSRR upierały się, by każdemu przyznano prawo do dwóch kandydatów (w takich sprawach oba kraje wykazywały uderzającą jednomyślność). Jednak pozostałym członkom Konsorcjum trudno było się z tym zgodzić i ku zaskoczeniu obu supermocarstw, jakieś małe państewka ośmielały się im sprzeciwiać, co jeszcze niedawno byłoby nie do pomyślenia. Zresztą cały projekt zdążył już przybrać piękne propagandowe miano „inicjatywy całej ludzkości”, a i samo Konsorcjum Wiadomości zaczęto w potocznej mowie nazywać Światowym Konsorcjum Maszyny. Każdy kraj, który zdołał uchwycić choć strzępek Wiadomości, uznawał to za najzupełniej wystarczający powód, aby domagać się udziału swojego człowieka w załodze. Na przykład, Chiny warczały, że w połowie przyszłego stulecia na świecie będzie już półtora miliarda żółtej rasy, z czego wielu potomków obecnego chińskiego eksperymentu demograficznego produkującego dzieci dużo inteligentniejsze i bardziej zrównoważone, niż z kultur nadal bawiących się w „prawa naturalne” w rodzinie. Na razie więc domagają się tylko jednego fotela w Maszynie, choć nie trzeba będzie długo czekać, gdy Chiny będą się trochę bardziej liczyć w świecie, niż to się niektórym zdaje. Z jakiegoś powodu tę argumentację powtarzały ze szczególną ochotą kraje, które ani na Wiadomość, ani na Maszynę specjalnego wpływu nie miały.

Europa Zachodnia i Japonia zrezygnowały ze swych uczestnictw w zamian za główną rolę w przygotowaniu komponentów do budowy, z czego miały zamiar zdaje się wyciągnąć gospodarcze korzyści. W końcu ustalono, że Stany Zjednoczone, ZSRR, Chiny i Indie otrzymają po jednym miejscu, co stało się początkiem żmudnych obrad nad kandydatem na miejsce piąte. Brano pod uwagę rozmiary danego kraju, liczbę ludności, jego siłę militarną, ekonomiczną lub polityczną, a także rolę w układach międzynarodowych i zasługi w historii. Brazylia i Indonezja szermowały liczbą swych obywateli, nie omieszkając napomykać o dyskryminacji „niektórych regionów”; Szwecja próbowała wślizgnąć się proponując mediacje we wszelkich możliwych sporach, zaś Egipt, Irak, Pakistan i Arabia Saudyjska zgłaszały roszczenia natury religijnej. Reszta ratowała się, wzywając do selekcji nie opartej na przynależności narodowej, a na profesjonalnej zdatności kandydata. Na wszelki wypadek nic więc nie zdecydowano, odkładając pytanie o piąty fotel na później.

Koła naukowe, rządowe i w ogóle wszyscy, którzy w czterech wybranych krajach mieli coś do powiedzenia, oddali się teraz gorliwym debatom nad kandydaturami. Prawdziwe referendum ogólnonarodowe rozpętało się w USA, w którym większą lub mniejszą zajadłością odznaczali się urzędnicy ośrodków badania opinii publicznej, przywódcy religijni, znani sportowcy, astronauci, laureaci Honorowych Orderów Kongresu, naukowcy, aktorzy, żony poprzednich prezydentów, konferansjerzy programów rozrywkowych, lektorzy dzienników telewizyjnych, milionerzy o politycznych ambicjach, prezesi fundacji, piosenkarze country, muzycy rockowi, rektorzy uniwersytetów i laureatki konkursów na Miss America.

Odkąd rezydencję Wiceprezydenta przeniesiono na teren Obserwatorium Marynarki Wojennej, utarła się tradycja, że rolę służby domowej pełnią Filipińczycy w randze podoficerów, odbywający regularną służbę wojskową. W pięknych granatowych mundurach z naszywkami „Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych” podają teraz kawę uczestnikom tej półprywatnej narady nad wyborem załogi, na którą celowo nie zaproszono żadnego z oficjeli najżywotniej tym zainteresowanych.

Seymour Lasker, First Gentleman Ameryki, dźwigał samotność swego losu (i swe karykatury na pierwszych stronach gazet, i tłuste dowcipasy, że „oto pionier, który zapuścił się na dzikie tereny nie tknięte dotąd męską ręką”) z takim samozaparciem i poczuciem humoru, że w końcu Amerykanie wybaczyli mu jego rolę przy kobiecie, której się zwidziało, że może rządzić połową świata. Właśnie zabawiał żonę wiceprezydenta z jej nastoletnim synem (który co chwila wybuchał wrzaskliwym śmiechem), gdy Prezydent kiwnęła na der Heera, by przeszedł za nią do sąsiadującej z salonem biblioteki.