Выбрать главу

— No ładnie — zagaiła — wprawdzie nie zamierzamy podejmować dziś żadnej oficjalnej decyzji, ani tym bardziej niczego oświadczać prasie, ale podsumujmy wszystko, co w tej chwili mamy. Nadal nie wiemy, co to cholerne Maszynisko zamierza z nami zrobić, załóżmy jednak wersję najbardziej prawdopodobną. Że poleci na Vegę. Wprawdzie nikt również nie ma pojęcia, jak to pudło ma zamiar wystartować, ani ile czasu będzie trwał lot. Czy wiesz może jak jest daleko na Vegę?

— Dwadzieścia sześć lat świetlnych, pani Prezydent.

— To znaczy, że jeśli będzie leciała z prędkością światła, nie przeszkadzaj mi der Heer, wiem, że niezupełnie z tą prędkością, a trochę wolniej, to potrzebować będą dwudziestu sześciu lat, żeby tam się znaleźć. Oczywiście, mówimy o pomiarze czasu, jaki będziemy wykonywać tu, na Ziemi. Zgadza się?

— Tak jest. Plus jeden rok nadgonienia do rzeczywistej prędkości światła, i drugi na hamowanie po wejściu w Układ Vegi. Z punktu widzenia załogi wszystko będzie trwało krócej, może zaledwie kilka lat, zależnie od tego, jak zbliżoną do prędkości światła rozwiną szybkość.

— Jak na biologa, der Heer, sporo wiesz o radioastronomii.

— Dziękuję, pani Prezydent. Robiłem, co mogłem, żeby się podszkolić.

Przez chwilę uważnie mu się przyglądała.

— A więc jeśli Maszyna rozwinie prędkość maksymalnie zbliżoną do prędkości światła — podjęła — to wiek załogi przestaje odgrywać dla nas zasadnicze znaczenie. Ale wiem, że nie wykluczasz możliwości, iż lot może potrwać dłużej, dziesięć, nawet dwadzieścia lat, dobrze mówię? A wtedy potrzebujemy kogoś młodszego. Rosjanie są, oczywiście, głusi i ślepi na ten problem. Archangielski i Łunaczarski — odczytała lekko się zacinając z fiszki, którą trzymała w dłoni — mają zdrowo po sześćdziesiątce. Chińczycy na pewno wyślą Xi, który ma sześćdziesiąt lat. Gdybym więc była w pełni przekonana, że wiedzą, co czynią, też powiedziałabym: „e, do licha, dlaczego nie wysłać kogoś pod sześćdziesiątkę?”

Der Heer pomyślał, że wiek Drumlina wynosi dokładnie sześćdziesiąt lat.

— Ale z drugiej strony... — spróbował zaprzeczyć.

— Wiem, wiem. Ta doktor z Indii, która dopiero ukończyła czterdzieści... A swoją drogą... Wszystko jest takie beznadziejnie głupie, pomyśl tylko. Wysyłamy kogoś na olimpiadę, a pojęcia nie mamy w jakich ma startować dyscyplinach. Dlaczego wciąż mówimy tylko o uczonych? Ooo, Mahatma Gandhi, ten to byłby wymarzony kandydat. Albo, bardziej pod gust Amerykanów, Jezus Chrystus... proszę cię, der Heer, tylko mi nie mów, że trudno ci będzie zwrócić się do nich. Tyle to ja też wiem.

— Kiedy nic się nie wie o dyscyplinach, to się wysyła mistrza w dziesięcioboju.

— A potem się okazuje, że dyscyplinami są szachy, popisy krasomówcze i rzeźba. I twój wielki champion ląduje na ostatnim miejscu, o’kay. Mówisz więc, że powinien to być ktoś, kto zajmował się dłuższy czas życiem poza Ziemią, i kto był najbliżej Wiadomości i jej rozszyfrowania.

— Ktoś taki będzie miał choć trochę orientacji w sposobie myślenia Vegan. Lub przynajmniej, jak Veganie wyobrażają sobie nasze myślenie.

— Rozumiem, że zawężasz naszą reprezentację narodową do trzech osób — znowu zerknęła na kartkę — do Arroway, Drumlina i... zaraz, tego kogoś, kto uważa siebie za rzymskiego konsula.

— Doktora Valeriana, pani Prezydent. Nic mi nie wiadomo o tym, żeby uważał się za rzymskiego konsula. On się tak nazywa.

— Valerian... Nawet nie odpowiedział na kwestionariusz Komisji Selekcyjnej. Miał to gdzieś, bo nie chciał zostawić swojej żonki. Ja o to nie mam pretensji, ani nie uważam go za palanta. On po prostu umie pilnować swego rodzinnego stadka. Czy to prawda, że jego żona jest chora albo coś w tym rodzaju?

— Nieee, o ile wiem, cieszy się świetnym zdrowiem.

— No i ładnie. Niech im się wiedzie. Poślij jej, z łaski swojej, liścik ode mnie, jak ona to robi, jako żona wybitnego astronoma, że facet rzuca dla niej cały kosmos. Tylko to sprytnie sformułuj, wiesz o czym myślę. I jakiś cytacik wierszem, byle nie zanadto wylewny — wycelowała w der Heera wskazujący palec. — A wiesz? Ci Valerianowie mogliby skądinąd być dla nas wszystkich jakąś lekcją. Może by zaprosić ich na jakiś rządowy obiad? Król Nepalu będzie nas wizytował za jakieś dwa tygodnie, to im powinno pasować.

Der Heer pilnie notował. Będzie teraz musiał wykonać wiele telefonów do sekretariatu Białego Domu, a ma przecież dużo ważniejszą rozmowę do odbycia. Już od paru godzin próbował urwać się do telefonu.

— No więc kto nam zostaje? Arroway. I Drumlin. Ona ma jakieś dwadzieścia lat mniej, za to on cieszy się ponoć fantastycznym zdrowiem. Lata na lotni, skacze do wody, nurkuje... Do tego świetny naukowiec. Złamanie szyfru to w wielkiej mierze jego zasługa, no i będzie miał zabawę, kłócąc się całą drogę z tymi dziadkami. Nie pracował, o ile wiem, przy broni jądrowej? Nie życzę sobie wysyłać kogoś, kto miał do czynienia z bronią jądrową. Zaś ta Arroway... również wybitny uczony. Sama ciągnęła przez lata cały Projekt Argus, a Wiadomość zna na wyrywki. Ma bardzo dociekliwy umysł i wszyscy są zgodni co do jej wybitnie szerokich zainteresowań. Do tego może reprezentować na Vedze typ młodszego Amerykanina... — urwała.

— Ona ci się podoba, Ken? — podjęła po chwili. — To nic złego. Ja też ją lubię. Tylko że ona potrafi czasem strzelić z biodra. Czy uważnie oglądałeś jej przesłuchanie?

— Chyba wiem, który kawałek ma pani na myśli. Ale Komisja Selekcyjna odpytywała ją przez osiem godzin, więc z czasem zdenerwowało ją coś, co wyglądało na wyjątkowo głupie pytanie. Drumlin jest taki sam, może nauczyła się od niego. Jakiś czas u niego studiowała.

— No tak... jemu też się zdarzało coś palnąć. Tu... na tym VCR mamy wszystko nagrane. Przyciśnij włącznik, Ken.

Na ekranie pojawiła się Ellie podczas przesłuchania w Argusie. Bez trudu rozpoznał wiszący na ścianie pożółkły arkusz z cytatem z Kafki. Ellie wyglądała tak, jakby żałowała już tylko jednego: że w ogóle kiedykolwiek jakieś cholerne coś odezwało się wśród gwiazd. Miała worki pod oczami i bruzdy po obu stronach ust. U nasady nosa pojawiła się głęboka zmarszczka. Na videofilmie wyglądała na kogoś, kto za chwilę zemdleje i Ken uczuł ogarniające go poczucie winy.

— Co myślę, o „światowej eksplozji demograficznej”? — tymczasem zastanawiała się Ellie — to znaczy chodzi wam o to, czy jestem przeciw, czy za? I również, że uważacie to za główny problem, jaki będziemy roztrząsali na Vedze? Wolicie się upewnić, czy nie palnę głupstwa? O’kay. Przeludnienie globalne jest właśnie tym powodem, dla którego popieram homoseksualistów oraz celibat wśród księży. Bezżenny ksiądz to kapitalny pomysł; to wyklucza możliwość dziedzicznego przekazywania skłonności do fanatyzmu.

Prezydent nacisnęła guzik „pauza”, zatrzymując Ellie w oczekiwaniu na następne pytanie — zaiste zamrożoną, jakby wyciosaną z kamienia.

— Cóż, zgadzam się, że niektóre pytania były dość głupie — westchnęła — ale czyż nie dobraliśmy ich po to, aby wykluczyć, z tak poważnego zadania, na tak eksponowanym stanowisku, w tak wyjątkowo międzynarodowym przedsięwzięciu, osoby o choćby najgłębiej ukrytych poglądach rasistowskich? Zależy nam na tym, specjalnie w tym przypadku, by kraje rozwijające się były po naszej stronie. Och, nie sądzę, żebym dalej musiała wykładać oczywiste powody, dla których pani Arroway zadano głupie pytanie. Ale jej odpowiedź... nie sądzisz, że dowodzi conajmniej braku taktu? Trochę jest Panną Przemądrzalską, ta twoja Arroway... No nic, popatrzmy na Drumlina.