— Takie cuda byłyby obrazą wiary — odpowiedział.
— Dlaczego? Mnóstwo ludzi by pan nawrócił. Panu Bogu taki drobiazg nie sprawiłby żadnego kłopotu... czy dobrze pamiętam, że pan rozmawia z Nim co dzień? Czy mylę się, co? Czuję, że miałby pan ochotę teraz, na tym harmonicznym oscylatorze sprawdzić moją wiarę w prawa fizyki. Zgadłam?
Zdziwiło ją, że nie wyraził najmniejszego sprzeciwu, ale zdecydowana była w końcu zdać ten egzamin. Zdjęła torebkę z ramienia i zsunęła buty. Joss uprzejmie odsunął mosiężną barierkę i pomógł jej przejść. Pół zeszli, pół ześlizgnęli się w głąb wyłożonej kafelkami niecki, aż stanęli pod nieruchomym odważnikiem. Był czarny, solidny i przez chwilę myślała, czy jest ze stali czy z ołowiu.
— Będzie pan musiał mi pomóc — powiedziała obejmując odważnik ramionami. Przez chwilę mocowali się z nim, aż udało się go odchylić od pionu pod pożądanym kątem, i równo, na wysokości jej twarzy. Joss uważnie na nią popatrzył. Nie spytał, czy pewna jest, że wie co robi; nie zareagował, gdy nieomal upadła do przodu; nie zainteresował się, czy pamięta o nadaniu wahadłu komponentu prędkości horyzontalnej, kiedy je puści w ruch. Miała za plecami metrowy pas podłogi, która następnie pięła się ukośnie do góry tworząc ściany rotundy. Jeśli tylko coś głupiego nie strzeli mi do głowy — pomyślała — wszystko powinno być proste jak drut.
Puściła wahadło, ciężar poleciał przed siebie.
Okres wahadła prostego — lekko spanikowana pospiesznie powtarzała w pamięci — wynosi 2 pierwiastek z L przez g, gdzie L jest długością wahadła, a g przyspieszeniem zależnym od siły ciężkości. Z powodu tarcia w łożysku, nie może ono wychylić się dalej przy powrocie do pozycji wyjściowej. Wszystko co mogę zrobić, to nie pochylić się ani milimetr do przodu.
Sięgnąwszy prawie przeciwległej barierki, wahadło zawisło na sekundę w górze, po czym runęło ku niej z większą, jak się jej zdawało, prędkością. Nadlatując, przeraźliwie szybko rosło przed jej oczami, już było tuż tuż olbrzymie i rozpędzone... Westchnęła.
— Uchyliłam się — przyznała z rozżaleniem, gdy wahadło poleciało w drugą stronę.
— Niewiele, prawie nie było widać.
— Nie, uchyliłam się.
— Wierzy pani. Naprawdę wierzy pani w naukę. Chociaż w tej wierze jest maleńki margines zwątpienia.
— Nie, to nie to. To ludzki mózg od milionów lat toczy bój z miliardami lat instynktu. Dlatego pańskie zadanie jest o wiele łatwiejsze od mojego.
— W tej sprawie nasze zadanie jest takie samo. Teraz moja kolej — powiedział i odczekawszy chwilę mocno uchwycił wahadło, gdy osiągnęło najwyższe wychylenie po ich stronie.
— Przecież ja nie zamierzam sprawdzić pańskiej wiary w prawo zachowania energii! — krzyknęła. Joss posłał jej uśmiech i mocno zaparł się stopami.
— Co wy tu wyrabiacie! — rozległ się nagle czyjś ostry głos. — Czyście już całkiem zwariowali?!
Strażnik, który jak zwykle obchodził sale sprawdzając, czy po zamknięciu muzeum wszyscy już sobie poszli, ujrzał nagle w najmniej uczęszczanym zakątku przedziwną kombinację kobiety i mężczyzny, wahadła i przepaści.
— Och, wszystko w porządku, panie oficerze — jowialnie zagadał Joss. — My po prostu sprawdzamy naszą wiarę.
— W Smithsonian Institute nie wolno takich rzeczy robić — obruszył się strażnik — to jest muzeum.
Zaśmieli się oboje i wspólnymi siłami zbalansowali wahadło do pozycji pionowej. Z trudem, pokonując śliskie kafelki, wspięli się po pochyłych ścianach niecki na podłogę.
— Właśnie w Smithsonian Institute należałoby na takie rzeczy pozwolić — powiedziała. — Trzeba znowelizować Punkt Pierwszy Regulaminu.
— Albo Pierwsze Przykazanie — burknął strażnik.
Wsunęła stopy w pantofle i podniosła z podłogi torebkę. Z podniesioną głową, w towarzystwie Palmera Jossa i strażnika, opuściła rotundę. Udało im się przekonać go, by nie tylko nie zawiadamiał policji, ale nawet ich nie spisywał, ale za to do samego wyjścia eskortował ich komplet umundurowanego personelu przekonanego, że następnym posunięciem Ellie i Jossa w pogoni za nieuchwytnym Bogiem, będzie wdrapanie się na parowy orchestrion „Kalliope”.
Ulica była pusta. Szli wzdłuż Mallu nie odzywając się do siebie. Na czystym niebie daleko, nad horyzontem, Ellie bardzo wyraźnie ujrzała Lirę.
— Ta jasna, tam, to Vega — powiedziała.
Joss przez dłuższą chwilę wpatrywał się we wskazane miejsce.
— To rozszyfrowanie — odezwał się wreszcie — to był kawał świetnej roboty.
— Ależ skąd. Banalne. To była najprostrza wiadomość, jaką mogła nam przysłać zaawansowana cywilizacja. Gdybyśmy nie odczytali jej, to dopiero byłaby sensacja. W całym kosmosie.
— Zauważyłem, że pani nie lubi komplementów. Mimo to jestem zdania, że jest to jedno z tych odkryć, które zmieniają kierunek przyszłości. A przynajmniej nasze wobec niej oczekiwania. Taki był wynalazek ognia, pisma, uprawy. Albo Zwiastowanie.
Znów spojrzał na Vegę.
— Gdyby wywalczyła pani fotel w Maszynie i poleciała do tych, którzy ją nam nasłali, czego się pani spodziewa? Co chciałaby tam znaleźć?
— Ewolucję odbywającą się według praw nieprawdopodobieństwa. Za dużo już tych wszystkich rozsądnych przewidywań, jak może wyglądać życie pozaziemskie. Wyobraźmy sobie Ziemię przed powstaniem życia, czy ktoś wtedy był w stanie przewidzieć pasikonika lub żyrafę?
— Ja znam odpowiedź na to pytanie. Pani się wydaje, że my całą wiedzę nadymamy, wyczytujemy ją z ksiąg albo wypijamy z mszalnym winem. Ale tak nie jest. Ja mam konkretną, ugruntowaną wiedzę, która przyszła z konkretnym, fizycznym doświadczeniem. Widziałem Boga twarzą w twarz.
— Niech mi pan o tym opowie. — Więc opowiedział.
— O’kay — odezwała się, gdy skończył — był pan w stanie śmierci klinicznej, potem ożył i pamięta wznoszenie się przez ciemność ku jakiejś świetlistości. Widział pan formę promienistą przypominającą człowieka, którą skojarzył pan z Bogiem. Ale nic w pańskim doświadczeniu nie przekonuje mnie o tym, że ta promienistość miałaby stworzyć wszechświat i ustanowić moralne prawo. Doświadczenie doświadczeniem, na pewno wywarło na pana wielki wpływ, ale można je rozumieć w różny sposób.
— Na przykład?
— No cóż, na przykład, narodziny. Rodzenie się jest wędrówką przez długi, ciemny tunel ku jasnemu światłu. Trzeba pamiętać, jakie jest jaskrawe: płód spędził przedtem dziewięć miesięcy w całkowitym mroku. Narodziny są więc pierwszym spotkaniem ze światłem, i jaki każdy z nas był zdumiony, jaki przejęty nabożnym lękiem, gdy po raz pierwszy zaczął rozróżniać kolory, światło i cień, w końcu ludzkie twarze. Ta umiejętność jest w nas zaprogramowana. Więc w chwili śmierci klinicznej być może wskazówka jakiegoś licznika naszego życiowego przebiegu na moment znów wraca na zero. Wracamy na chwilę do początku. Nie nalegam, by pan to tłumaczenie przyjął, bo to jest ledwie jedna z paru możliwości. Ja tylko pragnę zasugerować panu, że może popełnił pan błąd w interpretacji tamtego wydarzenia.
— Nie widziała pani tego, co ja widziałem. Jeszcze raz skierował oczy ku zimnemu, białoniebieskiemu światłu Vegi, a potem obrócił twarz do Ellie.
— Czy nie czujesz... jacy jesteśmy zagubieni we wszechświecie? Skąd mamy wiedzieć jak żyć, jak się zachowywać, jeżeli Boga nie ma? Po prostu grzecznie przestrzegać prawa, a jak nie, to do aresztu?
— Ciebie wcale nie martwi, że jesteś zagubiony, Palmer. Ciebie martwi to, że nie jesteś w środku, że nie dla ciebie tylko i z twego powodu stworzono wszechświat. W moim wszechświecie jest wystarczająco wiele praw... Ciążenie, elektromagnetyka, mechanika kwantowa... to wszystko jest porządek, to są prawa. Zaś co do zachowania się, czy nie wystarczy, że jako gatunek czujemy, co leży w naszym najgłębiej pojętym interesie?