Выбрать главу

Jednak i on w końcu trochę „zemeryciał” — dziwne, zważywszy znany powszechnie temperament wynalazcy „Antyomamiacza”. — To chiliaści odbierają mi wiarę — narzekał.

Ale nadal dzierżył w ręku wszystkie nici — tak przynajmniej twierdzili jego pracownicy, choć porozumieć się z nim mogli tylko za pomocą telesieci asynchronicznej. Raporty z postępu prac, prośby o autoryzację i rozmaite pytania gromadzono dla niego w zamkniętej skrzynce pytań działu naukowego telesieci, by wkrótce otrzymać jego odpowiedź za pośrednictwem innej zamkniętej skrzynki działu odpowiedzi. Było to trochę dziwne, ale najwyraźniej działało. W miarę jak pokonywano najtrudniejsze etapy wdrożeniowe i Maszyna z wolna zaczęła przyoblekać się w konkretne kształty, coraz mniej poleceń nadchodziło od Haddena. Komitet wykonawczy Światowego Konsorcjum Maszyny zaczął się już nawet trochę niepokoić, ale kiedy przyszła wiadomość, że go widziano na jakiejś tajnej wizytacji na terenie budowy, uspokoili się i zajęli innymi sprawami. I nadal nie wiadomo było, gdzie Hadden właściwie się znajduje.

Nareszcie nadszedł dzień, gdy w Wyoming przystąpiono do składania części w Maszynie. Wyglądało na to, że będzie to najłatwiejszą częścią zadania, które nie wymaga więcej jak roku, no najwyżej dwóch lat. Czekającym na Sąd Ostateczny dostarczało to argumentu, że koniec świata z pewnością nastąpi o przewidywanym przez nich czasie.

Króliki w Wyoming wydawały się dużo sprytniejsze. A może mniej? — trudno ustalić. Światła thunderbirda raz i drugi oślepiły jakiegoś, który zaplątał się w pobliże szosy, ale zasadniczo nie garnęły się w zorganizowane stada zwyczajem, który najwyraźniej z Nowego Meksyku jeszcze tu nie dotarł.

Widok, który Ellie ujrzała, nie różnił się wiele od Argusa: główny budynek otaczały dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych pięknego, prawie dziewiczego krajobrazu. Wprawdzie przestała być szefem tego programu i nawet nie dostała się do załogi, ale za to była tutaj — zaangażowana przy jednej z najbardziej niebywałych wypraw, jakie wymyśliła ludzkość. I już z pewnością — bez względu na to, czy Maszyna w ogóle wystartuje i co się jeszcze po tym wydarzy — odkrycie dokonane w Argusie na trwałe zapisało się w historii Ziemi.

Akurat w tym momencie historii, gdy wszyscy zastanawiali się, jaki znaleźć sposób na zjednoczenie skłóconej ludzkości, piorun strzelił z jasnego — „z ciemnego”, poprawiła się — nieba. Piorun, który zmierzał ku Ziemi przez kosmos dwadzieścia sześć lat świetlnych. Dwieście trzydzieści trylionów kilometrów. Trudno będzie myśleć o sobie jako o Szkocie, Słoweńcu czy Chińczyku z Seczuanu po tym, kiedy nadeszło ku tobie pozdrowienie od cywilizacji będącej o całe tysiąclecia do przodu — zwłaszcza że przepaść dotąd dzieląca biedne kraje od najwyżej ucywilizowanych stawała się niczym wobec przepaści, która otworzyła się między tymi najwyżej ucywilizowanymi a Vegą. I nagle zelżały bariery, które dotąd zdawały się już na zawsze dzielić ludzkość pod względem religii, rasy, narodowości, pochodzenia, języka, ekonomii i kultury.

„Wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi”, słyszało się zewsząd. I wszędzie dziwiono się, jak słabo zdawano sobie dotychczas sprawę z tego prostego faktu. Wszyscy mieszkamy na tej samej małej planecie i w ramach tej samej, mniej lub więcej zaawansowanej, cywilizacji. Śmieszne byłoby uważać, że Veganie zechcą wybrać właśnie ten naród, te ideologie lub to państwo przed innymi. I tylko z nim rozmawiać. Już samo pojawienie się Wiadomości — niezależnie od jej enigmatycznych funkcji — związało ludzi ze sobą. Widać to było gołym okiem.

— Płakałaś? — brzmiało pierwsze pytanie matki, gdy tylko dowiedziała się od Ellie, że nie została zakwalifikowana. Tak, płakała. Przecież to normalne. Przecież ogromną częścią całej siebie pragnęła TAM się znaleźć. Ale Drumlin mnie przelicytował — powiedziała matce.

Natomiast Sowieci w ogóle nie wybierali między Łunaczarskim i Archangielskim. Każdy z nich miał odbyć jakiś „trening”, który zadecyduje zamiast komisji — trening, którego charakter trudno było sobie wyobrazić, skoro ani Sowieci, ani nikt w ogóle na świecie nie miał pojęcia, jak ta Maszyna działa. Amerykanie komentowali to, jako tchórzostwo rządu sowieckiego, aby nie zrazić sobie żadnego z dwóch głównych światowych rzeczników Maszyny — interpretacja, którą Ellie uznała za małoduszną. I Łunaczarski, i Archangielski byli pierwszorzędnymi kandydatami i nie dziwiło jej, że Sowieci mieli problemy z wyborem. Łunaczarski niedawno znowu był w Stanach, ale najdalej dotarł do Waszyngtonu, gdzie delegacja sowiecka wysokiego szczebla miała spotkać się z Sekretarzem Stanu oraz z Michaelem Kitzem — świeżo mianowanym Zastępcą Sekretarza Obrony. Archangielski tymczasem pilnował spraw w Uzbekistanie.

Nowe miasto, prawdziwa metropolia, która wyrosła na pustkowiach Wyoming, zostało nazwane tak, jak Maszyna: Machine, Wyoming. Jego radziecki konkurent przybrał równie trafne miano: Makhina. Każde składało się z kompleksu domków mieszkalnych, usługowych oraz biur. Nad wszystkim jednak górowały fabryki. Niektóre nie rzucały się w oczy, wybierając sobie miejsce na przedmieściach, inne od pierwszej chwili atakowały wzrok potężnymi kształtami ni to katedr, ni minaretów, oplecionych skomplikowaną siecią rur i przewodów. Dalej, na pustyni, znajdowały się fabryki o produkcji niebezpiecznej dla zdrowia — na przykład, składników organicznych. To stąd wychodziły w świat nowe, dziwne technologie, no może nie wszystkie, a tylko „te, które inne kraje były sobie w stanie przyswoić”. Serce tej masy przedsiębiorstw wytwarzających hi-tech, stanowił Zakład Integracji Systemów (wzniesiony w miejscu, w którym kiedyś znajdowała się jakaś wyomińska Pipidówka), do którego spływały wszystkie gotowe do zamontowania części składowe. Od czasu do czasu przed oczami Ellie przesuwał się komponent wieziony na platformie, i wtedy uświadamiała sobie, że jest jedynym człowiekiem na Ziemi, który jako pierwszy widział to jeszcze w postaci diagramu. I zbliżała się, by dokładnie obejrzeć każdy szczegół — gdyż części nie były pakowane w skrzynie — a kiedy rosły w piramidę, składane jedna na drugiej, czuła jak ją ogarnia uniesienie — coś, co sama przed sobą nazywała macierzyńską dumą.

Ellie, Drumlin i Valerian przyjechali na spotkanie w sprawie sygnału z Vegi, należące do ustalonego od dawna rytuału, choć już teraz coraz mniej na czasie. I stwierdzili, że wszyscy mówią o jednym — Babilon spalono. Stało się to wczesnym ranem, czyli wtedy, gdy po ogrodzie rozkoszy snuli się już tylko najzagorzalsi lub najoporniejsi na reedukację klienci. Nagle — jednocześnie przez dwie bramy: Enlila i Isztar — runęli do środka bojówkarze zaopatrzeni w race i bomby zapalające. W jednej chwili Zikkurat zapłonął jak pochodnia. Pokazano sobie potem fotografie nagich lub byle czym okrytych ludzi uciekających w panice ze Świątyni Asura i dziwiono się, że nikt nie zginął, choć było wielu poparzonych.

Tuż przed atakiem „New York Sun” — pismo kontrolowane przez Pierwszych-Na-Ziemi i posiadające w nagłówku rysunek Ziemi, w którą uderza piorun — otrzymał telefoniczną zapowiedź. „To jest natchniona przez Boga wojna”, powiedział głos w słuchawce (powołujący się zarazem na uczciwość i przyrodzone Amerykanom poczucie moralności) „którą wydają ludzie mający już dość tego zepsucia i korupcji”. W imieniu spółki Babilon Inc. wystąpił jej prezes, który potępił atak, nazywając go „aktem kryminalnych konspiratorów”, natomiast S.R. Hadden nie odezwał się ani słowem. I nikt nadal nie wiedział, gdzie się teraz znajduje.