Podobne manipulacje, choć na mniejszą skalę, miały również miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdy z powodów teologicznych próbowano wstrzymać nauczanie w szkołach teorii ewolucji będącej kręgosłupem nowoczesnej biologii. Oświadczono wtedy jasno i bezdyskusyjnie, że proces ewolucyjny w świecie ożywionym nie daje się pogodzić z fundamentalistyczną interpretacją Biblii — szczęściem dla biologów molekularnych, fundamentaliści w Stanach Zjednoczonych dysponowali mniejszymi wpływami, niż Stalin w ZSRR.
Raport CIA przygotowany dla Prezydent w sprawie ewentualnego udziału Sowietów w sabotażu, wykluczył tę możliwość — na odwrót podkreślając, że udział ich naukowców we wspólnym locie z Amerykanami nakłania stronę sowiecką raczej do współpracy w budowie amerykańskiej Maszyny. „Jeżeli twoja technologia opiera się dopiero na informacjach z Poziomu Trzeciego”, argumentował Dyrektor CIA, „a twój konkurent wyprzedza cię, czerpiąc już z Poziomu Czwartego, to raczej powinno cię ucieszyć pojawienie się ni z tego, ni z owego Poziomu Piętnastego. Pod warunkiem wszakże, że zagwarantuje ci się do niego dostęp”. Mimo to paru oficjeli amerykańskiego życia politycznego nadal uważało, że Sowieci są odpowiedzialni za eksplozję i nawet sama Prezydent raz czy drugi w dość zawoalowany sposób to sugerowała.
— Jednak żadna grupa szaleńców, obojętnie jak dobrze zorganizowana — brzmiała oficjalna konkluzja Prezydent — nie zepchnie ludzkości z drogi ku historycznemu celowi.
To energiczne stwierdzenie nie zmieniło faktu, że osiągnąć konsensus społeczny na budowę Maszyny było teraz trudniej. Sabotaż wyzwolił najróżniejsze racjonalne i nieracjonalne, ukrywane dotąd obiekcje, i tylko obawa, że Sowieci mogą nas teraz wyprzedzić powodowała, iż projektu w ogóle nie anulowano.
Żona Drumlina pragnęła, by w jego pogrzebie uczestniczyła sama rodzina, zamiar ten jednak (jak wiele innych prostodusznych zamiarów jej życia) został pokrzyżowany. Fizycy, narciarze wodni, maniacy lotni, członkowie rządu, nałogowcy podwodnych polowań, radioastronomowie, skoczkowie do wody, fanatycy wyścigów na desce, a także cała światowa SETI, chcieli odprowadzić go na wieczną wartę. Wobec wielkiego zainteresowania zaczęto nawet rozważać urządzenie uroczystości w nowojorskiej katedrze Świętego Jana Bożego, jako jedynym kościele zdolnym pomieścić taki tłum, ale tym razem pani Drumlinowa odniosła małe zwycięstwo, doprowadzając do pogrzebu w jego rodzinnym Missoula, w stanie Montana. Prócz niej i rodziny, jedynymi zadowolonymi z tego byli agenci ochrony, którym rozmiary miasteczka zdejmowały z barków większą część fatygi.
Mimo że Valerian nie odniósł większych obrażeń, jego lekarze odradzali mu udział w pogrzebie — mimo to wybrał się w podróż w inwalidzkim wózku, z którego miał okazję wygłosić panegiryczną mowę. Szczególny geniusz Drumlina, powiedział, polegał na tym że zawsze wiedział, jakie zadać pytanie. Do programu SETI odnosił się sceptycznie, bo sceptycyzm jest istotą nauki. Jednak gdy nabrał pewności, że Wiadomość nie jest fałszywa, trudno było znaleźć kogoś bardziej oddanego i odkrywczego w jej rozszyfrowaniu. Zaś Zastępca Sekretarza Obrony, Michael Kitz, podkreślił osobiste walory Drumlina — jego gorące serce, jego troskę o bliźnich, jego jasność umysłu i nadzwyczajną kondycję sportową. Gdyby nie ten tragiczny w skutkach, tchórzliwy akt — kończył Kitz — byłby do tego pierwszym obywatelem amerykańskim, który dotarł w inny układ gwiezdny.
— Nie będę nic mówić — uprzedziła Ellie der Heera. Ani nie da prasie żadnego wywiadu. Może pozwoli się sfotografować — bo fotografia w prasie to dobra rzecz, Ellie o tym wiedziała. Nie ufała sobie, czy przypadkiem nie palnie czegoś nad grobem. Wprawdzie przez całe lata występowała w roli czegoś w rodzaju rzecznika prasowego SETI, potem Argusa, a potem Wiadomości i Maszyny. Ta śmierć to jednak coś innego. Trzeba to w sobie dokładnie przeanalizować.
Tym bardziej że całe wydarzenie rozumiała tylko w jeden sposób: Drumlin zginął, ratując ją od śmierci. Dojrzał wybuch nim inni go usłyszeli. Dostrzegł kilkusetkilogramowy odłam erbu lecący im na głowy i kierowany refleksem sportowym zdążył skoczyć na nią i odepchnąć ją za filar.
Jeszcze w Argusie wyznała to der Heerowi, ale on powiedział:
— Przypuszczalnie skoczył, aby ratować własne życie. I ty mu stałaś na drodze.
To tłumaczenie wydało się jej małostkowe. Czy der Heer rzeczywiście chciał poniżyć Drumlina? Czy raczej litował się nad Ellie, widząc jej skrupuły?
— Drumlina, moja droga — kończył der Heer — po prostu wyrzuciło w powietrze tąpnięcie odłamu o platformę montażową.
Ale Ellie nie dała się zwieść. Przecież wszystko od samego początku dokładnie widziała: zamiarem Drumlina było ocalić jej życie. I zrobił to. Z wyjątkiem paru zadrapań Ellie wyszła cało, podczas gdy Valerianowi, mimo że chronionemu przez filar, waląca się ściana złamała obie nogi. Szczęście służyło jej w każdy możliwy sposób — nie straciła nawet przytomności.
Pierwszą jej myślą — ledwie zrozumiała co się stało — nie była wcale troska o jej dawnego nauczyciela — Drumlina, leżącego teraz przed nią w postaci zmiażdżonej masy. Ani nawet zdziwienie ofiarą, którą poniósł, oddając za nią życie. Nie była też obawa o dalszy los Projektu, ani Maszyny — nie. Jej pierwszą myślą było: „Polecę! Będą musieli mnie wybrać, nikogo innego już nie ma. Wejdę do załogi!”
Natychmiast się na tym złapała. Ale już było za późno. Wstrząśnięta ohydnym egotyzmem, który wypełzł z niej w chwili próby, nie pomyślała nawet, że Drumlin mógł mieć takie same odczucia. Odsłaniała je teraz przed sobą, choć były ledwie mgnieniem oka, chwilą, ale za to... takie żywiołowe, prawdziwe, knujące już jej dalsze działania i tak zajęte tylko sobą, niczym więcej, sobą. Najgłębiej wstrząsnął nią fakt, że dotąd tak mało siebie znała. Swe „ego” nie mające skrupułów, prące tylko przed siebie. „Ego” ukryte, roztopione w jej całej osobowości, które tym trudniej będzie wyodrębnić, wykorzenić lub odciąć, jak niechcianą gałąź. Będzie musiała za to cierpliwie nad nim pracować, żyć z nim i rozmyślać, może z czasem rozbić je lub wystawić na ostateczną próbę.
Reporterzy zastali ją niezdatną do niczego.
— Nic wam nie powiem, szliśmy po prostu w trójkę wzdłuż platformy montażowej i nagle coś wybuchło. Wszystko zaczęło fruwać. Przepraszam. Nie mogę z wami mówić, choćbym chciała.
Współpracownikom dała do zrozumienia, że nie ma ochoty o niczym rozmawiać i na tak długo przepadła w swoim mieszkaniu, że w końcu wysłali zwiad bojowy, by się przekonać, czy nic jej się nie stało.
Pragnęła odtworzyć każdy najdrobniejszy szczegół tamtej chwili, próbowała przypomnieć sobie każde słowo tamtej rozmowy z Drumlinem, kiedy zbliżali się do platformy montażowej. Mówił o ich wycieczce do Missoula. Jak wtedy wyglądał? A jak wyglądał, gdy go pierwszy raz ujrzała, na początku studiów doktoranckich, jeszcze nim się zaczęła jej naukowa kariera? Powoli uświadomiała sobie, że cały czas jakąś maleńką cząstką siebie życzyła Drumlinowi śmierci, nawet jeszcze zanim się stali konkurentami do fotela w Maszynie. Nienawidziła go za to, że ją lekceważył przed innymi asystentami na wydziale, że nie podobał mu się Projekt Argus, że tak brzydko odezwał się do niej po pokazie filmu z Hitlerem. Życzyła mu, by umarł. A teraz — nie żyje, więc wedle przyjętego przez siebie rozumowania, musiała, choć w dość pokrętny, niemal absurdalny sposób, przyjąć na siebie część odpowiedzialności.
Czy nie była winna temu, że w ogóle tam się znalazł? Och, z pewnością — jeśli nie ona, to kto inny odebrałby Wiadomość i Drumlin na pewno i tak by się w to wpakował. Powiedzmy. Ale gdyby go nie prowokowała — tą swoją lekceważącą wszystko naukowością — czy też tak by się zaangażował w Maszynę? Krok za krokiem zgłębiała różne możliwości. Jak to było z innymi mężczyznami, których nie cierpiała? Zawsze prowokowali ją, by tym bardziej nimi się zajmować. Coś w tym było... Próbowała również policzyć mężczyzn, których w życiu podziwiała... z takiego lub innego powodu... Drumlin, tak, Drumlin. I Valerian, der Heer, Hadden... Joss. Jesse... Staughton?... i ojciec.