Выбрать главу

Zaraz, oczywiście, pojawili się moraliści, którzy kaprysy bogaczy wyklinali, jako marnowanie ograniczonych zasobów Ziemi, i lekceważenie rzeczywistych potrzeb ludzkości, a także jako cyniczną obojętność bogatych i wpływowych pieszczochów, wobec ludzi biednych i pozbawionych pracy. Zatroskani pragmatyści wywodzili natomiast, że wielką lekkomyślnością jest pozwalać emigrować elicie w kosmos, zostawiając warstwy pracownicze na Ziemi, co stwarza niebezpieczeństwo sprawowania zarządu doraźnego, na odległość. Najwięcej jednak było takich, którzy wyrażali radość z nagłego daru niebios, że samozwańczy „właściciele Ziemi” całymi gromadami wynosili się tam, gdzie już niczemu więcej zaszkodzić nie mogą.

Niewielu wszak doceniało zmiany, jakie u dobrowolnych emigrantów zachodziły w ich rozumieniu ziemskich spraw, gdy je oglądali stamtąd. Ani że właśnie teraz stawali się bardziej skłonni do czynienia dobra. Na przykład, po paru latach nacjonalizm stawał się wśród nich uczuciem całkowicie nie znanym, tak samo jak zainteresowanie zbrojeniem nuklearnym — albowiem dla kogoś, kto aspiruje do nieśmiertelności myśl, że nagle sprzed jego oczu mógłby na zawsze zniknąć ulubiony obraz Ziemi, przestaje być oczekiwaną perspektywą.

Wśród tych wybrańców ujrzeć można było japońskich multimilionerów, greckich armatorów, książąt saudyjskich, jednego eks-Prezydenta, jednego Pierwszego Sekretarza Partii, barona chińskiej mafii i króla heroiny. Na Zachodzie bowiem, pominąwszy kilka zaproszeń tytularnych, przy kwalifikacjach padało tylko jedno pytanie: czy masz czym zapłacić. Pensjonat sowiecki różnił się od innych nie tylko tym, że nazywano go „kosmicznym laboratorium”, ale też że wałkoniący się w nim Pierwszy Sekretarz Partii prowadził jakoby „badania gerontologiczne”. W sumie ci, którzy zostali na Ziemi, aż tak bardzo na nich nie psioczyli, bo przecież każdy gdzieś w sercu hołubił nadzieję, że kiedyś też się wśród nich znajdzie.

Kuracjusze z orbity w niczym nie narzucali się mieszkańcom Ziemi, a na odwrót, starali się zachowywać łagodnie i cicho. Podobnie jak ich rodziny — chociaż z drugiej strony, niektórzy bogaci i wpływowi Ziemianie mieli latające sanatoria dyskretnie na oku, albowiem płynące stamtąd idee nie zawsze były obojętne dla przekształceń mentalności ziemskiej. Na przykład, znane było ich poparcie dla rozmów rozbrojeniowych prowadzonych przez pięć potęg nuklearnych. Również budowa Maszyny — jako potencjalny czynnik umocnienia jedności świata — liczyć mogła na ich dyskretną sympatię. Nacjonalistyczne organizacje na Ziemi nieraz pisały o tym orbitalnym lobby, jako o starczej mafii kontrolującej wszystko, co się dzieje na Ziemi i zarzucały tym trzęsącym się na nogach filantropom, że trudnią się handlem narodami. Pojawiły się w obiegu pamflety reklamowane jako oryginalne stenogramy tajnego spotkania światowych prominentów na pokładzie Matuzalema, do którego zawiozły ich wynajęte kosmiczne promy. Sporządzony tam jakoby „tajny program działań” mający na celu terroryzowanie najdzielniejszych ziemskich patriotów, zdemaskował jako fałszerstwo „Timesweek”, ironicznie nazywając go „Protokołami Mędrców Ozonu”.

Na parę dni przed startem postanowiła wypocząć trochę na Cocoa Beach. Wynajęła apartament z widokiem na plażę i Atlantyk. Często wstawała o świcie i z kawałkami chleba szła plażą, karmiąc mewy: bez trudu chwytały w powietrzu rzucane im smakołyki, zachowując się jak zawodowi strzelcy do rzutków. Zdarzało się, że o metr nad jej głową łopotało stado dwudziestu lub trzydziestu mew. Mocno biły skrzydłami, aby zawisnąć w miejscu z rozwartymi, zakrzywionymi dziobami, czekając cudu pojawienia się żywności w powietrzu. Kiedyś znalazła leżący na skraju plaży liść palmowy, który zabrała do domu, delikatnie wyskubując z niego po drodze ziarenka piasku.

Hadden zaprosił ją do swego „domu-z-dala-od-domu”, to znaczy na pokład Matuzalema — jego nowego, kosmicznego chateau. A że zależało mu przy tym na całkowitym sekrecie przed gawiedzią, poza członkami rządu nie wolno jej było nikogo o tej wycieczce powiadamiać. Bo rzeczywiście — coraz mniej o nim się mówiło, a i ją samą wiadomość, że Hadden zdecydował się na orbitalną emeryturę, kompletnie zaskoczyła. Członkowie rządu, z którymi podzieliła się informacją o zaproszeniu, nie zgłosili zastrzeżeń, zaś der Heer dodał: „zmiana otoczenia dobrze ci zrobi”. Prezydent entuzjastycznie poparła wizytę, co mogło wiązać się z jej ukrytym pragnieniem, by lot do Matuzalema odbył się na pokładzie odbywającego regularne rejsy na niewielkim dystansie stareńkiego rządowego wahadłowca „STS Intrepid”. Większość klienteli wolała latać stateczkami komercyjnymi, które nie miały dotąd konkurencji, bo próby zdatnościowe nowego, większego sprzętu wciąż się przeciągały. Niezbyt imponująca flota wahadłowców wciąż zatem pełniła rolę mocno już leciwego konia pociągowego rządowej aktywności w kosmosie, coraz rozpaczliwiej wołającego o zastrzyk świeżej krwi.

— Szanowna pani zobaczy — tłumaczył Ellie pilot — jedną nóżką elegancko odbijemy się od ziemi, ale drugą będziemy się jej mocno trzymać, kiedy wejdziemy w stan nieważkości.

Poza podstawowymi wymogami co do stanu zdrowia, nie było przed lotem wahadłowym żadnych specjalnych kontroli. Statki komercjalne wylatywały pełne i wracały puste, podczas gdy wahadłowce również z powrotem zabierały pasażerów. Na przykład, tydzień temu, „Intrepid” specjalnie zacumował w drodze powrotnej na Matuzalemie, żeby odebrać dwóch klientów wracających na Ziemię. Ich nazwiska były jej znane: jeden był projektantem systemów napędowych, drugi kriobiologiem. Nie miała pojęcia, czego mogli szukać na Matuzalemie.

— Zobaczy pani — ciągnął pilot — to tak, jakby urwać się z holu. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a są facetki, które mają na tym punkcie fioła.

Ellie też miała. Wtłoczona między pilota, dwóch wysłanników rządu, jakiegoś oficera z zaciśniętymi ustami i urzędnika Biura Dochodów Państwowych, bardziej niż dokładnie poczuła moment grawitacji zero i to na pewno nie tak przyjemnie, jak się zdarzało w gwałtownie hamującej windzie Światowego Centrum Handlowego w Nowym Jorku.

Po półtora obrotu Ziemi znaleźli się przed Matuzalemem. Za dwa dni transportowiec Narnia zabierze Ellie z powrotem. Chateau (tak Hadden życzył sobie nazywać swą rezydencję) z wolna obracało się w przestrzeni z prędkością jednego obrotu na dziewięćdziesiąt minut — tak, aby jedna strona mogła stale spoglądać na Ziemię.

W studio Haddena olbrzymie okno wypełniała fantastyczna panorama ziemskiego kolosa. I nie był to monitor telewizyjny, ale rzeczywisty widok — fotony, które docierały do jej oczu, przed sekundą odbiły się od śnieżnych szczytów Andów. Obraz był czysty i gładki, wyjąwszy sam obwód okna, gdzie zgrubienie polimeru powodowało, że trochę ukośnie się rozmywał.

Znała wielu ludzi, nawet wierzących, którzy uznaliby za niegodne człowieka uczucie nabożnej trwogi — a przecież stojąc przed tą oszkloną ścianą, musiałbyś być z drewna, żeby nie owładnęło tobą właśnie coś takiego. Powinno się tu przysyłać młodych poetów i kompozytorów, malarzy, reżyserów filmowych i tych wierzących ludzi, których jeszcze nie zdeprawowało biurokratyczne sekciarstwo. Każdy, nawet prosty człowiek, mógłby wiele zyskać w takiej chwili i co za szkoda, pomyślała, że nikt poważnie jak dotąd, nad tym się nie zastanowił. Wypełniało ją uczucie kontaktu z... numinosum.

— Człowiek się do tego przyzwyczaja — powiedział Hadden — ale nigdy nie jest znudzony. Od czasu do czasu płynie z tego widoku kolejna inspiracja.