— Czy, jeżeli decyzja o uruchomieniu zapadnie, to tu, w tym pokoju? Między wami?
— Och, to oczywiście wielka odpowiedzialność. Zdajemy sobie sprawę, że nie działamy na tym świecie samotnie. Ale w ciągu sześciu miesięcy możemy dociągnąć Maszynę do tego etapu, na jakim była w ostatniej swej chwili przed zgonem w Wyoming. Będziemy ma się rozumieć, dużo ostrożniejsi, wiedząc już teraz o możliwości sabotażu. Ale gdy komponenty będą o’kay, Maszyna też musi być o’kay. Zresztą na Hokkaido nie jest tak łatwo się wśliznąć. A gdy już wszystko będzie gotowe i sprawdzone, zawiadomimy Światowe Konsorcjum Maszyny, które na pewno zgodzi się na uruchomienie. Jeśli załoga będzie chciała, to założę się, że Konsorcjum nie będzie stawiało przeszkód. Co o tym myślisz, Yamagishi-san?
Yamagishi nie dosłyszał pytania. Cichutko nucił „Chciałbym upaść”, najnowszy hit z listy przebojów, pełen detali o tym, jak się ulega pokusom poza Ziemią. Nie pamiętam wszystkich słów, usprawiedliwiał się, gdy ponownie zabrzmiało pytanie Haddena.
Więc Hadden ciągnął dalej.
— Oczywiście, części składowe Maszyny będą w przyszłości wirowały, podskakiwały, zderzały się, więc każda z nich przejdzie wszelkie możliwe testy przepisane przez Wiadomość. Mówię to, aby podkreślić jak bardzo nam zależy na tym, żeby się pani nie bała.
— Ja? Bała się? Czego? O czym pan mówi, na miłość Boską. Nikt mnie dotąd o nic takiego nie pytał i nie rozumiem...
— Proszę pani. Wiadomo już, że Komisja Selekcyjna zwróci się niebawem do pani, i że Prezydent na pewno ten wybór zaakceptuje. Z entuzjazmem, nie wątpię. Czyżby chciała pani... — dodał wykrzywiając twarz w uśmiechu — resztę życia przesiedzieć w oknie, z poduszką pod łokciami?
Nad Skandynawią i Morzem Północnym zbierały się chmury, a Kanał La Manche osnuwała koronkowa, prawie przezroczysta mgła.
— No piękne. Więc jedzie pani — poderwał się Yamagishi i obie dłonie przyłożył sztywno do nogawek. Wykonał głęboki ukłon.
— W imieniu dwudziestu dwu milionów zatrudnionych w moich korporacjach, witam panią wśród nas.
Zwinęła się wygodnie do snu w przygotowanej dla siebie koi, która zawieszona była między dwiema ścianami tak, żeby przy obracaniu się z boku na bok w ciążeniu zero nie uderzyła o jakiś mebel. Wtem ocknęła się z płytkiej drzemki, gdy wszyscy, jak jej się zdawało, pogrążeni byli w głębokim śnie. Podciągając się wprzód obiema rękami, dotarła przed wielką szybę. Znajdowali się nad półkulą pogrążoną w ciemności, Ziemię spowijała noc i tylko lśniły rozrzucone w niej świetliste płatki, wewnątrz których ludzkość chroniła się przed nieprzeniknionym mrokiem ogarniającym planetę, gdy odwracała się od Słońca. Minęło dwadzieścia minut, podczas których pierwsze zorze świtu pojawiły się nad Ziemią, zaś w Ellie dojrzała decyzja, że jeśli jeszcze raz ją poproszą, to odpowie „tak”.
Wtem wyrósł obok niej Hadden i Ellie lekko się wzdrygnęła.
— Wspaniały widok, przyznaję. Jestem tu już parę lat, a wciąż mnie zachwyca. Ale czy nie męczy cię świadomość, że zewsząd zamyka cię puszka statku kosmicznego? A pomyśleć, jak musi być wspaniale wisieć sobie w pustce w samym kombinezonie. I niczego, ale absolutnie niczego nie ma wokół ciebie, poza gwiazdami. Nikt tego jeszcze nie doświadczył: ani linki zaczepowej, ani statku, może tylko Słońce gdzieś za tobą, a poniżej Ziemia. Choć w moim przypadku wolałbym, żeby to był Saturn. Oto płyniesz w przestrzeni, jakbyś stanowił jedność z kosmosem, dzisiejsze kombinezony mają dość wyposażenia, żeby pozwolić na przeżycie paru godzin. Twój statek zostawił cię tu na chwilę i zniknął. Może wróci za godzinę, może nigdy. Najlepiej, oczywiście, gdyby nie wrócił. Przeżywasz swe ostatnie godziny pośród gwiazd, światów, w pustce kosmosu. Jakże można się oprzeć takiej pokusie, jeśli się nosi w sobie śmiertelną chorobę? I na koniec chciałoby się przeżyć coś naprawdę wyjątkowego.
— Mówi pan poważnie? Chce pan naprawdę założyć takie przedsiębiorstwo pogrze... rozrywkowe?
— Trochę za wcześnie na przedsiębiorstwo. I może nie dokładnie w ten sposób. Powiedzmy, że jestem na etapie badawczo-wdrożeniowym.
W tej chwili nabrała pewności, że nie powie Haddenowi o swej decyzji. Ale on nie pytał.
Za to później, gdy już Narnia wyłoniła się z mroku, zaczynając abordaż przy Matuzalemie, wziął ją na bok i powiedział:
— Mówiliśmy, że Yamagishi jest najstarszym człowiekiem na orbicie. Za to ja jestem najmłodszym, oczywiście, wśród stałych mieszkańców, bo astronauci czy dziewczęta do tańca się nie liczą. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo medyczne, że grawitacja zero utrzyma mnie w tym stanie przez wieki. Widzi pani, zaangażowałem się w eksperyment nad nieśmiertelnością. Nie mówię tego dla przechwałki, mówię dla konkretnego celu. Bo my tu eksperymentujemy nad przedłużeniem sobie życia, a niech pani pomyśli, co oni, tam na Vedze, już w tej dziedzinie mają. Prawdopodobnie są nieśmiertelni, albo prawie nieśmiertelni. Jestem osobą praktyczną i wiele ostatnio myślę o nieśmiertelności. Przypuszczalnie więcej i poważniej niż dotychczas ktokolwiek. Więc zdradzę pani sekret nieśmiertelnych: oni są bardzo ostrożni. Nic nie robią na żywioł, za dużo zainwestowali w walkę o swą wieczność. Nie wiem, jak wyglądają, nie wiem, czego od pani chcą, ale jeśli kiedykolwiek pani się z nimi spotka, proszę pamiętać o tej mojej przyjacielskiej radzie: cokolwiek pani się wyda piekielnie łatwe, oni uznają za niedopuszczalne ryzyko. Więc jeśli dojdzie z nimi do jakichś pertraktacji, niech pani nie zapomni o mych słowach.
Mowa ludzka przypomina pęknięty sagan, na którym bębnimy do tańca niedźwiedziom tęskniąc za muzyką, od której rozpłynęłyby się gwiazdy.
GUSTAW FLAUBERT
Pani Bovary (1857)
Właśnie pakowała swój bagaż przed podróżą do Japonii: notesy, taśmy a także liść palmy, kiedy nadeszła wiadomość. Matka miała wylew. I zaraz po tym kurier przyniósł list — był od Johna Staughtona — który, pomijając wstępne uprzejmości, pisał:
Matka twoja i ja rozmawialiśmy często o twych niedostatkach i o zaniedbaniach. Nigdy nie były to przyjemne rozmowy, bo jeśli broniłem ciebie (co mi się zdarzało — nie uwierzysz — nader często), matka mówiła, że zachowuję się jak marionetka w twoich rękach. Ale gdy próbowałem cię krytykować, to dowiadywałem się, że mam pilnować swoich spraw. Chcę jednak, żebyś wiedziała, że od czasu twojego odkrycia, całkowita niedbałość jaką okazywałaś matce, nie próbując jej choćby raz odwiedzić, była dla niej źródłem wielkiego cierpienia. Wciąż powtarzała tym swoim okropnym babskom w pensjonacie — do którego tak bardzo chciała iść — że odwiedzisz ją lada dzień. Przez całe lato to powtarzała. „Lada dzień”. Cieszyła się na myśl, że pokaże wszystkim swoją sławną córkę i wciąż zmieniała porządek, w jakim będzie cię przedstawiać temu zgrzybiałemu zgromadzeniu.