Выбрать главу

— Język mrówek — ostro rzucił Łunaczarski, patrząc Opatowi w oczy — to język chemiczny. Mrówki zostawiają za sobą ścieżkę z cząsteczek, które wydzielają, by oznakować drogę wiodącą do pożywienia. Żeby zrozumieć język mrówek, potrzeba tylko chromatografu gazowego albo spektrometru masy. Nie trzeba zmieniać się w mrówkę.

— Rozumiem, że opisał pan jedyny sposób, jaki pan sobie wyobraża — odparł Opat nie patrząc właściwie na nikogo. — Powiedzcie mi jednak, po co ludzie studiują znaki, jakie mrówka zostawia za sobą?

— No, cóż — wyrwała się Ellie — myślę, że entomolodzy zgodzą się, iż w ten właśnie sposób poznajemy mrówki jako społeczeństwo. Uczeni lubią wszystko do końca zrozumieć.

— Czyli innymi słowy, oni kochają mrówki?

Stłumiła w sobie lekkie wzdrygnięcie.

— Tak, ale ci którzy te badania finansują, mówią co innego. Na przykład, że chodzi o badanie zachowania mrówek, gdy opuszczają zagrożone przez wroga miejsce albo, badanie ich wpływu na biologię gruntów uprawnych, na przykład, jako alternatywy dla pestycydów. Kto wie, może w tym jest trochę jakiejś miłości do mrówek? — zapadła w krótkie zamyślenie.

— A takie badania leżą również w naszym interesie — odezwał się Łunaczarski — bo pestycydy nas stale zatruwają.

— Słuchajcie! — zaprotestowała Sukhavati — dlaczego my mówimy o pestycydach podczas takiej kolacji?

— Sen mrówek prześnimy innym razem — powiedział Opat łagodnym głosem do Ellie. I znów zapalił na twarzy ten cudowny, niczym nie zepsuty blask uśmiechu.

Obuci na powrót za pomocą długich na metr łyżek, powoli ruszyli w kierunku parkingu. Właścicielka wraz z usługującymi dziewczętami stała przy wyjściu uśmiechając się i kłaniając. Ellie i Xi — przyglądali się Opatowi, który w towarzystwie paru Japończyków wsiadał do wielkiej limuzyny.

— Pytałem go, czy jeśli porozumiewa się z kamieniem, umie też porozumieć się ze zmarłymi — powiedział Xi.

— I co on na to? — spytała.

— Że z umarłymi to żaden problem. Kłopoty ma z żywymi.

ROZDZIAŁ 18
Superunifikacja

O morze, które wzburzone

Ciągniesz się przez Sado

Ku Mlecznej Drodze!

MATSUO BASHO (1644-94)

Wiersz

Wybór padł na Hokkaido — może dzięki atmosferze tajemniczości, jaka tę wyspę zawsze spowijała. Klimat taki sprzyja pracom nad technikami konstrukcyjnymi dotąd nieznanymi w Japonii, no a poza tym — właśnie stąd wywodzą się japońscy aborygenowie — kosmaci Ainu, do dziś budzący w Japończykach odruch pogardy i wstrętu. Zimy tu są tak ostre jak w Minnesocie i Wyoming, więc — choć z punktu widzenia logistycznego Hokkaido posiada parę wad — również fakt izolacji od pozostałych wysp na wypadek katastrofy, ostatecznie przeważył na jej korzyść. Z tą izolacją nie było wprawdzie już tak źle od czasu, gdy wybudowano 51-kilometrowy tunel łączący Hokkaido z wyspą Honsiu, będący odtąd najdłuższym podmorskim tunelem na świecie.

Choć przeprowadzanie na Hokkaido testów poszczególnych komponentów nie budziło pod względem bezpieczeństwa większych obaw, to uruchomienie całej Maszyny łączyć się mogło z ryzykiem. Góry otaczające bazę nie były spokojne — od dawna wiedziano o ich aktywności wulkanicznej, zaś jedna z nich ostatnio zaczęła wypiętrzać się z prędkością jednego metra na dzień. Poza tym o czterdzieści trzy kilometry stąd, widniejące tuż za cieśniną La Perouse’a brzegi wyspy Sachalin, były już terytorium ZSRR. Ale — „jeśli kupujesz za kopiejkę, kup i za rubla”... Bo w końcu, gdyby rozruch Maszyny miał nastąpić nawet po drugiej stronie Księżyca, to wybuch jej z powodzeniem zniszczyć mógłby Ziemię, a ponadto w mentalności konstruktorów pokonanie głównego zagrożenia, jakim była walka o to, by Maszyna w ogóle POWSTAŁA, spychało na drugi plan zagrożenia związane z pytaniem — GDZIE?

W początkach czerwca zatem, po raz drugi na tej Ziemi, Maszyna zaczęła przybierać kształt. Zamontowano już wały erbowe, i dwunastościan w pełnej krasie zaczął wyłaniać się z niczego. Nadal nie składano żadnych publicznych oświadczeń, co poza wszystkim miało też swe uzasadnienie w pitagorejskim stosunku do dodekahedronu — dwunastościennej bryły geometrycznej, której odkrycie starożytni utrzymywali w największej tajemnicy, karząc surowo każdą próbę zdrady. Obecny dodekahedron — większy od tamtego, bo wielkości kamienicy — był w dwa tysiące sześćset lat później i w zupełnie innym zakątku świata, również znany niewielkiej grupce wtajemniczonych.

W tych dniach japoński Dyrektor Projektu zarządził dla wszystkich parodniowy urlop, na który wielu udało się w pobliże — do ślicznego Obihiro, położonego u zbiegu rzek Yubetsu z Tokachi. Inni wybrali się na narty ku resztkom śniegu pokrywającym zbocza góry Asahi, a jeszcze inni — do zbudowanej ze skalnych odłamów tamy w poprzek ciepłych strumieni, które powstały z rozpadu cząstek radioaktywnych po eksplozji jakiejś supernowej, miliardy lat temu. Kilku pracowników Projektu wybrało się na wyścigi Babma, polegające na ściganiu się wiejskimi drogami ciężkich perszeronów zaprzężonych do wyładowanych towarem sań. Pięciu członków załogi zdecydowało się jednak polecieć do Sapporo — największego miasta Hokkaido odległego od bazy o dwieście kilometrów, gdzie odbywał się Festiwal Tanabata. Nie byli tu tak pilnie strzeżeni, albowiem dla Japończyków mniej ważnych było tych pięcioro niż bezpieczeństwo samej Maszyny. Dotąd nie przeszli nawet żadnego poważniejszego szkolenia, pominąwszy ćwiczenia z opanowania Wiadomości, egzamin ze szczegółów konstrukcyjnych dodekahedronu oraz trening na zminiaturyzowanych instrumentach, które w przyszłości mieli wziąć ze sobą. W tym racjonalnym świecie nikt z nich pięciorga nie był nie-do-zastąpienia — mimo że tyle intryg i politycznych zabiegów kosztowała akceptacja ich przez Światowe Konsorcjum Maszyny.

Xi i Vaygay oświadczyli, że „mają ze sobą do pogadania”, co mogą zrobić tylko nad szklaneczką sake. Zostali więc we troje: Ellie, Devi i Abonneba Eda, eskortowani przez japońskich przewodników wzdłuż promenady Odori pełnej chorągiewek, lampionów, wyciętych liści, żółwi i smoków, nad którymi wycięte z dykty widniały figury Japończyka i Japonki w tradycyjnych średniowiecznych kimonach. Na wielkim płótnie, rozpiętym między dwoma budynkami, namalowano pawia z rozłożonym ogonem.

Ellie spod oka przyglądała się haftowanej płóciennej szacie Edy i jego niedużej, cylindrycznej czapeczce. Devi miała na sobie kolejne wspaniałe sari i wyraźnie była uradowana ze swej kompanii. Maszyna przeszła ze znakomitym wynikiem wszystkie przepisane przez Wiadomość próby, zaś załoga cieszyła się powszechną aprobatą — jeśli nawet nie jako najlepsza z możliwych reprezentacja, to z pewnością jako grupa prawdziwych indywidualności, nie obciążonych konszachtami z policją czy tajnymi służbami swych krajów. I w tym sensie każdy z nich mógł ucieleśniać popularną, zwłaszcza wśród młodzieży, „nieprawomyślność” poglądów.

Dajmy na to — Eda. Wielki fizyk, odkrywca czegoś, co nazwano superunifikacją — znakomicie poukładanej teorii, która uznała cały rozwój fizyki, od teorii grawitacji po kwarki, za jeden wielki wyjątek od odkrytych przez siebie zasad, które porównywano do teorii Newtona i Einsteina, zaś samego Edę — do ich obu. Był muzułmaninem z Nigerii — co samo przez się nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby nie fakt, że należał do nieortodoksyjnego islamskiego odłamu o nazwie Ahmadija, która wyznawała sufizm. Zaś sufizm — tłumaczył po spotkaniu z Opatem Utsumi — jest dla islamu tym, czym dla buddyzmu Zen. Ahmadija, na przykład, też propaguje świętą wojnę dżihad, ale „nie za pomocą miecza, lecz pióra”.