Выбрать главу

Nagle obróciła się do Edy i spytała go, czy zdarzyło mu się w życiu jakieś całkiem odmieniające go doświadczenie z religią.

— O, tak — odpowiedział.

— Kiedy? — nalegała. Z Edy trzeba było wyciągać każde słowo.

— Gdy pierwszy raz przeczytałem Euklidesa. Również, gdy po raz pierwszy zrozumiałem, co to jest newtonowska siła ciążenia. Także równania Maxwella i prawo względności. I wiele razy podczas własnej pracy nad superunifikacją, tak, miałem szczęśliwie wiele okazji do przeżycia religijnego.

— Nie — odparła — nie o to mi chodzi. Nie o naukę.

Więc jej opowiedział o swym religijnym wychowaniu. Czuł się wolny od wielu doktryn, które mu narzucano, ale zasadniczo religia w niczym mu nie przeszkadzała. A wręcz wyświadczała mu wiele dobrego. Jego sekta była względnie nowa — porównując choćby z Chrześcijaństwem Naukowym albo ze Świadkami Jehowy. Założył ją w Pendżabie Mirza Ghulam Ahmad — w tym miejscu Devi przypomniała sobie, że rzeczywiście byli tam Ahmadijowie, uważani za nawróconych na islam. Szczególnie wielu wyznawców zdobyli sobie w Afryce Zachodniej. Ich korzenie sięgały odległej eschatologii — a sam Ahmad ogłosił się Mahdim, czyli prorokiem, którego przyjście mahometanie uważają za zapowiedź końca świata. Głosił też, że jest drugim wcieleniem Chrystusa, inkarnacją Kriszny i buruzem, czyli nowym wydaniem Mahometa. Ahmadiję zaraził chrześcijański chiliazm w tym sensie, że powrót na Ziemię Ahmada — jako bóstwo — miał być widoczny tylko dla prawdziwie wiernych. Rok 2008 — setna rocznica śmierci Ahmada — będzie rokiem świętym ze względu na jego powtórne przyjście jako Ostatecznego Wcielenia Mahdiego. Ta mesjanistyczna gorączka, której tyle razy doświadczyła w Ameryce, skłoniła Ellie do wyrażenia kąśliwej uwagi o predylekcjach rodzaju ludzkiego do irracjonalizmu.

— Och, nie bądź ponurakiem, Ellie — upomniała ją Devi. — Dziś jest Święto Miłości. Ciesz się!

W Sapporo spadł gęsty śnieg i zaraz ogłoszono otwarcie sezonu rzeźb w śniegu, który był innym miejscowym zwyczajem. Zwykle dominowały zwierzęta i najróżniejsze stwory mitologiczne — tym razem naczelną atrakcją był ogromny dodekahedron odrobiony w każdym szczególe, i pokazany potem w wieczornych wiadomościach. A gdy nadeszło ocieplenie, twórcy rzeźby nadal nie kapitulowali dziobiąc, lepiąc i sztukując resztki swego dzieła.

W miarę jak zbliżał się dzień uruchomienia Maszyny, podnosiły się coraz częściej głosy przestrzegające przed światową katastrofą. Z tego względu dyrekcja Projektu nalegała, by utrzymywać wokół niego jak najdalej posuniętą dyskrecję, z jednej strony dając rządowi poufne gwarancje, zaś w drugiej — społeczeństwu — głośne, choć nader ogólne zapewnienia, ze „bez jego wiedzy nic się nie stanie”. Niektórzy uczeni proponowali na dzień startu siedemnasty listopada wieczorem, gdy spodziewano się wyjątkowo spektakularnego deszczu meteorów na niebie. Chcieli w ten symboliczny sposób podnieść rangę zdarzenia. Ale Valerian argumentował, że jeśli Maszyna ma się oderwać od ziemi, to lepiej niepotrzebnie nie narażać załogi na lot przez rój meteorów. Więc datę przesunięto o parę tygodni później, na koniec ostatniego miesiąca roku tysiąc dziewięćset ileś tam. Rok ten (choć powszechnie uważano inaczej) nie był jeszcze rokiem Milenium. I choć brakować miało dwunastu miesięcy, już planowali wielkie obchody ci, którym albo nie chciało się dobrze policzyć w kalendarzu, albo tych obliczeń nie rozumieli, lub też po prostu mieli ochotę urządzić święto Trzeciemu Milenium w końcu grudnia i tego, i następnego roku.

Veganie nie mogli wiedzieć, ile ważyć będzie każdy z członków załogi, za to z wielką dokładnością określili masę każdego komponentu Maszyny i dopuszczalny ciężar całości. W ten sposób mało zostało na jakiekolwiek ziemskie wyposażenie — co było od dawna powodem głupiego dowcipu, aby załogę złożyć z samych kobiet, wtedy, chcąc nie chcąc, trzeba będzie zmienić ten przepis. Nie było, na przykład, miejsca na kombinezony. Zastanawiano się wręcz, czy Veganie pamiętali o tym, że człowiek ma dziwną skłonność do oddychania tlenem. Praktycznie niczego nie wolno im było wziąć ze sobą... do tego tak niesłychanie różnili się kulturowo... i dokąd mieli lecieć — też nie wiedzieli. Doprawdy, całe to przedsięwzięcie obarczone było ryzykiem, z którego dopiero teraz zaczynano zdawać sobie sprawę. Prasa światowa co dzień strzępiła sobie języki na ten temat — członkowie Pięciu milczeli.

Nie można było, oczywiście, nie zabrać całej masy miniaturowych kamer, spektrometrów, superkomputerów nadprzewodnikowych i mikrofilmowej biblioteczki. Co miało sens — i nie miało. Przecież nawet nie było łóżek, kuchenki ani urządzeń sanitarnych. Brali ze sobą tylko mizerny prowiant, który da się upchać do kieszonek kombinezonów. Devi uparła się, że zabierze niedużą torbę lekarską z podstawowym wyposażeniem. Zaś Ellie z rozpaczą rozmyślała, czy pozwolą jej wziąć choćby szczoteczkę do zębów i parę sztuk bielizny. Ale — pocieszała się — jeśli ONI potrafią zabrać człowieka na Vegę, nie ruszając go z fotela, to pewnie będą też mieli jakiś podkoszulek na zmianę. A jeśli będzie potrzebna kamera — powiedziała kierownictwu — to też ich o nią poprosi.

Rozległo się parę głosów, całkiem zresztą serio, żeby załoga poleciała nago. Skoro lista Wiadomości nie wyszczególnia ubrań — dowodzili — nie powinno się ich brać na pokład. Mogą zaburzyć funkcjonowanie pojazdu. Ellie i Devi śmiały się z tego twierdząc, że z drugiej strony nie ma też w Wiadomości zakazu używania ubrań — dość skądinąd rozpowszechnionego na Ziemi obyczaju, o którym Veganie mogli się przekonać oglądając Olimpiadę.

— Ach, oczywiście, że Veganie wiedzą o tym zwyczaju — dodawali Xi i Vaygay — jedyne restrykcje wprowadzili podając ciężar całkowity pojazdu. W przeciwnym razie musielibyśmy też zostawić w domu szkła kontaktowe oraz sztuczne zęby.

— Nikt dotychczas nie zauważył — zachichotał Łunaczarski — że nie jest również powiedziane, że lecieć mają ludzie. Trzeba było wybrać pięć szympansów, i spokój.

Nawet zwykłe czarno-białe zdjęcie choćby jednego lub dwu pozaziemskich urządzeń będzie bezcenne — błagano ją. Albo samych Vegan — czy wyobraża sobie, co by to dla ludzkości mogło znaczyć? Niech więc weźmie aparat fotograficzny lub kamerę. Nawet der Heer, który w końcu zjechał na Hokkaido z całą amerykańską delegacją, powiedział jej, żeby „przestała się wygłupiać”.

— Za wysoka idzie gra — ciągnął surowym tonem, ale zamknęła mu usta krótkim, miażdżącym spojrzeniem. Wiedziała, co chciał powiedzieć — „żeby kaprysić jak dzieciak”. Dziwne w der Heerze było to, że występował jako strona w ich związku pokrzywdzona. Powiedziała o tym Devi, lecz ona go broniła. „Taki jest kochany”, dodała, więc Ellie w końcu dała za wygraną i zgodziła się wziąć ze sobą ultraminiaturową kamerę video.

W liście inwentarzowej, którą musiała wypełnić przed zaokrętowaniem, napisała: Liść. Palmowy. 0,811 kilograma.

I znów der Heer usiłował przywołać ją do porządku.

— Przecież możesz wziąć zamiast tego świetlny noktowizor, który waży tylko dwie trzecie kilograma. Dlaczego taszczysz ze sobą jakieś palmowe gałęzie?

— Liść. Palmy mają liście. Wiem, że wychowałeś się w Nowym Jorku, mimo to mógłbyś wiedzieć, jak wygląda palma. Na przykład, opisuje się ją w Ivanhoe. Nie czytałeś tego w szkole średniej? W czasach wojen krzyżowych pielgrzymi, którzy po długiej wędrówce dotarli do Ziemi Świętej, brali ze sobą z powrotem liść palmy, boby im nie uwierzono, że tam byli. Ten liść mi pomaga. Nie dbam o to, jak dalece ONI nas wyprzedzili. Moja Ziemia Święta to ta Ziemia. Zawiozę im ten liść, żeby pokazać, skąd przybywam.