Выбрать главу

Der Heer tylko pokręcił głową. Ale kiedy to samo powiedziała Vaygayowi, odpowiedział:

— Świetnie ciebie rozumiem, Ellie.

Wtedy przypomniała sobie Paryż. I obawy Vaygaya. I jego opowieść o dorożce, którą ktoś przysyła do biednego miasteczka. Ale liść palmowy był jej potrzebny w jeszcze innym celu. Miał jej przypominać Ziemię. Bała się, że ulegnie pokusie. I że już tu nie wróci.

W ostatnim dniu przed uruchomieniem Maszyny, otrzymała przez posłańca mały pakuneczek, który ktoś doręczył do jej mieszkania w Wyoming, i który odesłano aż tutaj. Adresu nadawcy nie było ani na opakowaniu, ani w środku, żadnej notatki lub podpisu. Tylko pudełko, a w nim złoty medalik na łańcuszku. Mógłby posłużyć za wahadełko. Na obu stronach coś było wyryte, co z trudem odczytała:

Hera, niebios Królowa

Odziana w szaty złote

Rządzi Argusa okiem

Zaś jego lęka się świat

Po drugiej stronie było napisane:

Oto odpowiedź jaką obrońcy Sparty dali wodzowi Rzymian: „Jeżeli jesteś bogiem, nigdy nie skrzywdzisz tych, którzy nie wyrządzili krzywdy tobie. Jeśli zaś człowiekiem, postąp — a znajdziesz mężów równych sobie”. I kobiety też.

Wiedziała już, kto to przysłał.

Nazajutrz, w Dzień Rozruchu Maszyny, zaczęli od pisemnego quizu wśród starszyzny zespołu, pod tytułem „co nas czeka?”. Większość była zdania, że nic. Maszyna nie ruszy. Paru spodziewało się, że cała Piątka w jakiś niewiadomy sposób błyskawicznie znajdzie się w układzie Vegi, inni nie mieli sprecyzowanego zdania. Maszyna według nich mogła być pojazdem do badania tylko samego Układu Słonecznego, albo najdroższym w historii kawałem, jaki spłatano ludzkości. Także: szkolną klasą, w której będzie się wyświetlać filmy, Maszyną Czasu oraz galaktyczną centralą telefoniczną. Jeden z uczonych napisał: „Po starcie w fotelach pojawi się zamiast naszych Pięciu, brzydki ekwiwalent w zielonych łuskach i z ostrymi zębami”. Spośród odpowiedzi bliskich Koniowi Trojańskiemu, ta poszła najdalej, choć na innej karteczce — na szczęście jedynej — widniały tylko dwa słowa: Maszyna Zagłady.

Odbyło się coś w rodzaju skromnej ceremonii. Wygłoszono parę przemówień, podano kanapki i napoje. Ludzie się ściskali, niektórzy ukradkiem płakali. Tylko niewielu ostentacyjnie obnosiło swój sceptycyzm. Czuło się napięcie zwiastujące rychłe rozładowanie — bez względu na efekt Rozruchu. Na wielu twarzach błąkała się skrywana satysfakcja.

Zdążyła jeszcze zadzwonić do domu starców i powiedzieć matce do widzenia. Mówiła do mikrofonu na Hokkaido, a w Wisconsin głośno przekazywano to dalej. Odpowiedzi matki nie usłyszała, za to zgłosiła się pielęgniarka, która powiedziała, że matka odzyskuje część władzy po stronie paraliżu i może za jakiś czas będzie mogła coś powiedzieć. Nim rozmowa dobiegła końca, Ellie poczuła, że ucisk w sercu, jaki od dawna czuła, z wolna ustępuje.

Technicy japońscy mieli na głowach hachimaki, czyli zawoje, które tradycyjnie nosi się w chwilach przygotowania do psychicznego, fizycznego lub duchowego wysiłku — szczególnie przed bitwą. U każdego w części biegnącej przez czoło widniała mapa Ziemi, na której jednak żaden kraj nie był szczególnie wyróżniony.

Chwała Bogu oszczędzono sobie demonstracji narodowych. Od nikogo nie oczekiwano, że będzie oddawał honory swemu sztandarowi — przywódcy zainteresowanych państw przysłali tylko krótkie pozdrowienia na video. Ellie szczególnie przypadło do serca to, co powiedziała Prezydent:

— To nie są żadne ostatnie dobre rady ani tym bardziej pożegnanie. To jest tylko „do zobaczenia”. Każdy z was rusza w tę podróż nie sam, bo z miliardami dusz mieszkańców tej ziemi. Wy ich reprezentujecie. Jeśli będzie wam pisane znaleźć się gdzie indziej, to rozglądajcie się wokoło, jakbyście byli naszymi oczami. I zapamiętujcie, nie tylko dla dobra nauki, ale żebyśmy wszyscy mogli się czegoś nauczyć. Jesteście przedstawicielami ludzkości, nie tylko tej, jaka jest, ale jaka była i będzie. Cokolwiek się wydarzy, macie już w historii swoje trwałe miejsce. Jesteście bohaterami naszej planety. Mówcie w naszym imieniu. Bądźcie rozważni. I... wracajcie.

Kilka godzin później wchodzili do Maszyny. Pierwszy raz, jedno za drugim, przez niski właz. Płaskie lampy ścienne, nisko umieszczone nad głowami, oświetliły pomieszczenie. Mimo że całość sprawdzano już setki razy, nie chcieli zasiąść w fotelach zbyt wcześnie. Niektórzy technicy obawiali się, że samo usadowienie będzie sygnałem dla Maszyny, nawet jeśli jeszcze nie rozkręcą się benzele. Ale usiedli — i nic się nie stało. Wreszcie mogła wyciągnąć się wygodnie w dokładnie wymodelowanym, miękkim plastiku. Przydałby się perkal... tak, perkalowe pokrowce świetnie pasowałyby do foteli. Ale nawet taki drobiazg musiał ustąpić przed dumą narodową — wszystko musiało być naukowe, poważne i nowoczesne.

Wiedząc o lekkomyślnym nałogu Vaygaya ustalili, że na pokład nie wolno wnosić papierosów. Łunaczarski długo przeciw temu protestował i to nie w jednym, ale w tuzinie języków. Teraz wszedł na końcu, pospiesznie wypaliwszy ostatniego Lucky Strike’a. Sapnął lekko, opadając w fotel obok niej. Nie było pasów bezpieczeństwa — bo technicy Projektu tyle razy protestowali, żeby się trzymać Wiadomości, że ich w końcu nie zamontowano.

Maszyna rusza — pomyślała. Ten dziwaczny pojazd, ta dziura donikąd. Lub do nigdy!... Jak pociąg towarowy turkoczący z gwizdem przez noc. Gdyby skoczyć i się go uczepić, wywiózłby cię z twego prowincjonalnego miasteczka — z dzieciństwa — ku kryształowym miastom. To było odkrycie, to była ucieczka, to była samotność. Przecież każda logistyczna dyskusja, każde opóźnienie w produkcji, każda nie kończąca się narada nad właściwym zrozumieniem jakiegoś podkodu instrukcji, wtrącało ją w otchłań rozpaczy. Nie szukała sławy... choć... no, przynajmniej nie tylko... Może bardziej — jakiegoś wyzwolenia.

Była nałogowcem nowin. Była dzikim człowiekiem z gór, który z opuszczoną szczęką staje u wrót Babilonu, przed prawdziwą Bramą Isztar. Była Dorotką, która pierwszy raz olśniona spojrzała na wyniosłe wieże Szmaragdowego Miasta. Była chłopcem z najuboższego Brooklynu, który w 1939 roku stanął na Światowej Wystawie w Korytarzu Narodów. Była księżniczką indiańską Pocahontas wpływającą w ujście Tamizy i pierwszy raz widzącą Londyn przed swymi oczami — od horyzontu po horyzont.

Serce Ellie kurczyło się w oczekiwaniu. Jest gotowa, wiedziała... jest gotowa odkryć wszystko, co trzeba... i wszystko przyjąć, co jej pokażą Tamte Istoty — wspaniałe istoty, które już podróżowały wśród gwiazd, gdy jej przodkowie na Ziemi wciąż przeskakiwali z gałęzi na gałąź, w słonecznych plamach, pod baldachimami lasu.

Drumlin — jak tylu innych, których znała — nazywał ją nieuleczalną romantyczką. Nigdy nie rozumiała, dlaczego ludzie widzą w tym jedynie nieszczęsne kalectwo. Przecież romantyzm był siłą napędową jej życia, źródłem tak wielu rozkoszy. Obrońca i praktyk romantyzmu — oto ona. Gotowa na spotkanie z Czarownikiem z Oz.

Radio włączyło się nadając komunikat o stanie lotu. Nie było żadnych dostrzegalnych nieprawidłowości — przynajmniej na tyle, na ile ufać można było tej baterii przyrządów, którymi obstawiono Maszynę. Potężne vacuum wypompowywało powietrze, by osiągnąć stan takiej próżni, jakiego dotychczas na Ziemi nie znano. Ellie sprawdziła, czy mikrokamera jest szczelnie zapięta i lekko pogładziła liść palmy...

... i w tej chwili na zewnątrz dodekahedronu rozbłysły wielkie reflektory. Dwie z półkolistych czasz rozpędziły się do poziomu czegoś, co Wiadomość określała „prędkością krytyczną”. Obserwatorzy z zewnątrz odnieśli wrażenie, że kontury pojazdu nagle się zamgliły. Za chwilę ruszy trzeci benzel — wskaźnik poboru prądu leciał w górę — zaś kiedy wszystkie trzy będą w ruchu, Maszyna się zaktywizuje... Tak mówiła Wiadomość...