Выбрать главу

Wyraz ostatecznej determinacji pojawił się na twarzy Xi. Łunaczarski ostentacyjnie nie okazywał zdenerwowania. Oczy Sukhavati były rozszerzone, zaś Eda miał na twarzy coś w rodzaju uprzejmego zainteresowania. Devi uchwyciła jej spojrzenie i odpowiedziała uśmiechem.

Nagle ogarnął ją żal, że nie ma dziecka. I to była ostatnia myśl Ellie, bo ściany nagle zaczęły pulsować jakimś niewidzialnym płomieniem. Potem stały się zupełnie przezroczyste. A potem, w ostatnim błysku świadomości, Ellie uczuła, że Ziemia otwiera się i wpadają w przepaść.

CZĘŚĆ III
GALAKTYKA

Więc idę ku górze wyzwolony, i wiem że jest nadzieja na to coś Ty uczynił tworząc ciało z prochu by nas połączyło z wiekuistością rzeczy.

Zwoje znad Morza Martwego

ROZDZIAŁ 19
Naga pojedynczość

...wspinaj się do raju Schodami zadziwienia.

RALPH WALDO EMERSON

„Merlin”, Wiersze (1847)

Spadali. Wpierw pięcioboczne tafle ścian dodekahedronu stały się przezroczyste, potem również sufit i podłoga. Nad i pod sobą miała koronkowe sploty silikato-organicznej masy, a także wały erbowe, które najwyraźniej wirowały. Wszystkie trzy benzele gdzieś przepadły, za to dodekahedron pędził w jakimś długim, ciemnym tunelu, szerokim akurat na tyle, by się mógł w nim zmieścić. Przyspieszenie wahało się około l g, w wyniku którego Ellie — patrzącą wprost przed siebie — wtłaczało w oparcie fotela, a Devi siedzącą naprzeciw niej odwrotnie — wychylało do przodu. Chyba rzeczywiście trzeba było zamontować pasy.

Trudno było pozbyć się jednej, jedynej myśli: że lecą do środka Ziemi, wprost w jądro z płynnego metalu. Ale może nic takiego tam nie ma... próbowała zamiast ognistego serca Ziemi wyobrażać sobie łódź Charona spokojnie przepływającą przez Styks.

Ściany tunelu miały chropowatość, z której można było sądzić o rozwiniętej prędkości. Wzór był nieregularny, jakieś zaokrąglone plamy, nic co by się z czymś kojarzyło. Ale w drodze ku centrum Ziemi ściany powinny zacząć się rozpalać, przybierać odcień czerwieni — nic takiego nie było widać. Ani żadne pomniejsze demony nie pojawiały się tu czy tam, regulując ruchem, ani choćby półki ze słoikami marmolady.

Co chwilę przedni szpic dodekahedronu zahaczał o ścianę i wtedy smuga pyłu oraz okruchy nieznanego materiału wytryskiwały po jednej lub drugiej stronie dwunastościanu. Samemu „dodkowi” zaś (jak w myślach zaczęła go nazywać) zdawało się to nie szkodzić. Wkrótce ciągnął się za nimi prawdziwy pióropusz kurzu. Ale ilekroć ich pojazd dotykał ściany, odczuwała lekkie, napięte drganie, jakby coś miękkiego amortyzowało wstrząsy. Wszystko wokoło skąpane było w spokojnej, żółtej poświacie. Czasem tunel łagodnie skręcał i wtedy dodek poddawał się nowemu kierunkowi. Jak dotąd nie widziała, żeby coś z przodu nadlatywało im na spotkanie — przy tej szybkości nawet zderzenie z wróblem mogłoby mieć straszliwe skutki. A jeśli wlatują do bezdennej studni? Cały czas czuła swój żołądek... wolała dalej nie myśleć. Czarna dziura — przemknęło jej nagle przez myśl. Oczywiście! Lecimy przez ostateczny horyzont ku strasznej pojedynczości. Ale jeśli to nie jest czarna dziura — to może ku pojedynczości nagiej? Tak nazywają to fizycy — naga pojedynczość. Prawie pojedynczość, gdzie przypadkowość można podporządkować sile, efekt może wyprzedzić przyczynę, czas może płynąć wstecz i nie ma szans na przeżycie, a już na pewno na zapamiętanie czegoś. A jeśli to jest czarna dziura obracająca się, to pojedynczość nie jest punktem a pierścieniem — przypominała sobie wykłady ze studiów — a może nawet czymś okropniejszym, czego się nie da uniknąć. Och, czarne dziury, ohyda! Siły wiązania i ciążenia są tak wielkie, że natychmiast zmieniłaby się w długą cienką nitkę. Ale na szczęście na razie nic na to nie wskazuje. Przez szarawe przezroczyste płyty sufitu i podłogi spostrzegła, że w obu komorach coś się zaczęło dziać. Silikatowoorganiczna masa zaczynała zapadać się w jednych, i jakby rozwijać swe skręty w innych miejscach. Zatopione w niej wały erbowe wciąż wirowały jak szalone, coraz głębiej pogrążając się w masie. Poza tym, wszystko w dodekahedronie (włączając pięciu astronautów) wyglądało normalnie. Pewnie za bardzo się ekscytuję — pomyślała Ellie. W końcu jak dotąd żadne z nich nie zmieniło się w długą cienką nitkę.

To były zresztą bezpłodne rozważania. Fizyka czarnych dziur nigdy nie była jej działką. Poza tym skąd pomysł, że to wszystko może mieć coś wspólnego z czarną dziurą — która jest albo pierwotna, to znaczy, powstała w procesie narodzin wszechświata, albo wtórna, będąca wynikiem obkurczenia się gwiazdy o masie większej od Słońca. Powoduje to taki wzrost grawitacji, że nawet światło nie może stamtąd się wydostać. Stąd „czarna”, stąd „dziura”. Zaś oni ani nie wywołali zapadnięcia się żadnych słońc, jak również nic nie wskazywało na to, by zawadzili o jakąś dziurę pierwotną. Ale czy można wiedzieć, gdzie nagle taka pierwotna dziura się pojawi? Jak dotąd wszystko co zrobili, to zbudowali Maszynę i rozpędzili benzele.

Popatrzyła na Edę, który na małym komputerze coś pilnie obliczał. Już nie tylko słuchem, ale i przewodnictwem kostnym odbierała głośne warczenie, ilekroć dodek zahaczał dziobem o tunel. Podniosła głos, by Eda mógł ją dosłyszeć.

— Czy masz pojęcie, co tu właściwie się dzieje?

— Skąd! — zawołał w odpowiedzi. — Ale już prawie dowiodłem, że to wszystko nie ma prawa się dziać. Czy znasz współrzędne Boyera-Lindquista?

— Przykro mi, nie!

— Później ci powiem.

Przyjemnie było usłyszeć słowo „później”.

Nagłe zwolnienie prędkości odczuła wcześniej, niż spostrzegła je przez ściany dodekahedronu. Czuła się jak w wagoniku podczas jazdy diabelskiej, gdy znaleźli się na dole i przyhamowali, żeby powoli wspiąć się w górę. Kiedy ich pojazd zwolnił, na ścianach pojawiły się jakieś pęki i sploty. Światło nie zmieniło ani swego natężenia, ani koloru, więc Ellie wyjęła kamerę i nastawiwszy soczewkę obiektywu na dal przyjrzała się głębiom tunelu — nic nie dojrzała, poza następnym zagięciem krętej drogi. W powiększeniu soczewki ściany zdawały się być pracowicie z czegoś utkane — nieregularne i jakby przez chwilę słabo świecące własną luminescencją.

Szybkość dodekahedronu zmalała prawie do pełzania. Końca tunelu wciąż nie było widać. Zastanawiała się, czy w ogóle dokądkolwiek i kiedykolwiek dojadą. Może projektanci coś źle obliczyli? Może Maszynę sfuszerowano? Nawet nie w całości, starczyłaby jedna niedokładność, jakiś szczegół, który na Hokkaido mieścił się w granicach błędu, a tu może oznaczać ich zagładę, lub... cokolwiek to miałoby być. Albo — gdy patrzyła na chmurę odłamków wciąż bombardujących ich ściany — może uderzyły o jeden raz za dużo, niż zabezpieczał projekt? Odległość ścian dodekahedronu od tunelu była coraz mniejsza, więc może w końcu utkną tu, w tym NIGDZIE, i będą słabnąć i słabnąć, póki im starczy tlenu? Czy doprawdy Veganie zawracaliby sobie tym wszystkim głowę, nie wiedząc, że człowiek musi oddychać? Czyżby nie widzieli tych gardeł rozwrzeszczanych przed Hitlerem?