— Widzę. Coś dla ciebie. Duplikaty twoich radioteleskopów. Tysiące, tak to wygląda. Każdy z nich patrzy w inną stronę. To nie jest planeta, to stacja międzyplanetarna!
Soczewka obeszła wszystkich wkoło. Powstrzymywała się, żeby nie wyrwać im jej z rąk — tak, to na pewno były radioteleskopy, niektóre fundamentalne podobieństwa wykluczały omyłkę. Poczuła jednak lekkie rozczarowanie na myśl, że cywilizacja, która umie wykorzystywać czarne dziury do jakiegoś hyperwzględnościowego transportu kosmicznego, nadal posługuje się radioteleskopami tak podobnymi do ziemskich. No cóż, są nieporównanie większe... Ale to jakoś „cofało” Vegan, już tak nie działało na wyobraźnię.
Doceniała fakt umieszczenia stacji na orbicie biegunowej, bo wtedy teleskopy tylko dwa razy na obieg mogły narazić się na zderzenie z gruzem pierścienia. Ale tyle tych talerzy wymierzonych w każdy punkt nieba... to przypominało Argusa na dość wczesnym etapie. Ciągłe monitorowanie nieba, wyłapywanie fal telewizyjnych jakie się nawiną, radarów militarnych, wszystkiego. Te tutaj łapią pewnie także różne odmiany transmisji z innych planet jeszcze na Ziemi nie znane. Czy dużo tego dostają? — zastanowiła się fachowo — czy może sygnał z Ziemi był ich pierwszym sukcesem od milionów lat? Jakoś nie widać komitetu powitalnego. Czy delegacja z jakiegoś zapadłego powiatu Nieba jest aż tak nieważna, żeby nie zauważyć nawet ich przybycia? Znów się zajęła filmowaniem — z wielką jak zawsze uwagą, pilnując każdego parametru, zogniskowania i czasu ekspozycji. Musiała przecież przygotować materiał dla Narodowej Fundacji Nauki — najlepiej ciągły film, który pokazałby im, co znaczy poważny radioastronom przy pracy. Żałowała, że nie ma w okolicy niczego, z czym dałoby się porównać rozmiary polihedronu. Teleskopy pokrywały jego okrągłe cielsko jak maleńkie małże na skórze wieloryba — a przecież każdy z tych radioteleskopów pracujących w grawitacji zero mógł być niewyobrażalnej wielkości. Może kiedy wywoła się film, będzie mogła obliczyć ich wielkość kątową, bo liniowa, mówiąca o prawdziwej skali, była nie do stwierdzenia dopóki nikt z nich nie miał pojęcia, w jakiej odległości od polihedronu się znajdują. Tak czy owak czuła, że to musi być gigant.
— Jeżeli tu nie ma żadnych planet — w końcu odezwał się Xi — to nie ma i Vegan. Nikt tu na stałe nie mieszka. Vega to tylko ich strażnica, kącik dla patrolu granicznego, żeby ogrzać dłonie. — A te radioteleskopy — ciągnął po chwili, zadzierając głowę — to wieże obserwacyjne Wielkiego Muru Chińskiego. Trudno pilnować imperium galaktycznego, jeśli jest się wciąż ograniczonym przez prędkość światła. Każesz żołnierzom garnizonu stłumić powstanie, i dopiero po dziesięciu latach masz meldunek, co się właściwie tam działo. To do niczego, zbyt ślamazarne. Więc dajesz dowódcy garnizonu autonomię, ale to również oznacza koniec imperium. Wiec tamto — machnął ręką w kierunku oddalającego się za ich placami czarnego kleksa na niebie — to są drogi. Persja je miała. Rzym je miał. Chiny je miały. Na takiej drodze nie ma ograniczenia przez prędkość światła. Dzięki takim drogom możesz utrzymać imperium.
Eda zatopiony w myślach, tylko kręcił głową. Jakiś problem fizyczny wciąż mu się nie zgadzał.
Czarna dziura — jeśli to była czarna dziura — przesunęła się tymczasem ku orbicie Vegi, w przestwór między pierścieniami całkowicie wolny od pyłu. Pierścienie, zewnętrzny i wewnętrzny, utrzymywały ją jakby na czystym, bezpiecznym torze. „Trudno wprost uwierzyć, jakie to jest czarne”, pomyślała Ellie i zrobiła kilka krótkich ujęć pierścienia i pyłu w części najbliższej ich oczom. A potem znowu zaczęła wyobrażać sobie, jak z tego miału wyłoni się kiedyś cały planetarny system. Jak to rojowisko cząstek zderzających się ze sobą, wpadających na siebie, zlepiających się i wbijających jedna w drugą, będzie rosło, rosło w masę nabierając grawitacyjnej kondensacji, aż wreszcie nic z tego drobiazgu nie zostanie — za to parę dobrze uformowanych planet obiegających swoją gwiazdę. W głowie Ellie przesuwał się film, jaki kiedyś wyświetlano o powstawaniu Układu Słonecznego cztery i pół miliarda lat temu. I widziała tu i tam w pierścieniu już jakieś nierówności, jakieś wyraźnie dostrzegalne wybrzuszenia, gdzie niewątpliwie zawiązują się procesy kondensacji pyłu.
Orbitalny ruch czarnej dziury wokół Vegi wywoływał w miejscach, do których się zbliżała, niepokój, jakieś sfałdowania. Ich dodekahedron też pewnie to powodował, lecz nie tak wyraźnie. Zastanawiała się, czy to grawitacyjne zamieszanie, te zawirowania, te zagęszczenia i rozrzedzenia będą miały jakieś dłuższe konsekwencje, w postaci wprowadzenia nowego wzoru w proces formowania się planet. Jeżeli tak, to planeta, która narodzi się za miliardy lat, być może będzie zawdzięczać swe istnienie czarnej dziurze i Maszynie?... A jeśli tak, to i Wiadomości... I Argusowi... Ach, oczywiście, przecenia jak zwykle swoją rolę. Gdyby nie ona, to kto inny zrobiłby to wszystko, tyle że może później... może wcześniej... I Maszyna byłaby uruchomiona kiedy indziej, nie mówiąc o dodekahedronie i podróży przez tunel. Więc — jednak! Jakaś planeta w tym układzie może zawdzięczać swe istnienie właśnie jej, Ellie Arroway. Więc Prawem Symetrii wyobraziła sobie teraz istniejącą już, żywą planetę, która nigdy by się nie narodziła, gdyby Ellie nie przyszła na świat. Och, tak. To doprawdy ciężar — taka odpowiedzialność za istnienie całych, nieznanych światów...
Spróbowała zrobić zdjęcie całości, zaczynając z wewnątrz dodekahedronu, potem z podpór łączących ze sobą przezroczyste tafle ścienne, a potem wychylając się ku górze objęła ku przodowi cały czysty od pyłu tor, po którym teraz — razem z czarna dziurą — obiegali Vegę. Przeszła na ciągłe filmowanie, pędząc wciąż z dodekahedronem po torze, ujętym z obu stron dwoma niebieskimi pierścieniami.
— Qiaomu — nagle powiedziała odejmując od oczu kamerę — popatrz. Czy widzisz to, co ja widzę?
— Gdzie? — pytał Xi przykładając do oka wizjer. Znów mu wskazała. Po chwili szukania, kamera przy oku Qiaomu znieruchomiała. Znalazł — co zgadła też po tym, że nagle głęboko wciągnął powietrze.
— Znów czarna dziura — odezwał się. — Dużo większa.
Znowu spadali. Tym razem tunel był przestronniejszy i mogli ciekawiej spędzać czas.
— Do diabła z ich pomysłami! — usłyszała swój głos krzyczący na Devi. — Biorą nas na Vegę, żeby pochwalić się swymi czarnymi dziurami. Z odległości paru tysięcy kilometrów pozwalają nam rzucić okiem na swe teleskopy. Dziesięć minut. I znów pakują nas do innej czarnej dziury i wio, z powrotem na Ziemię. To po to wydawaliśmy dwa tryliony dolarów?
— Może oczekujemy za wiele — odezwał się Łunaczarski. — Może nie chodziło im o nic więcej, jak tylko zaznaczyć na Ziemi, że istnieją.
— Zaczekajcie — powiedział Eda, wykonując rozpostartymi dłońmi uspokajające gesty. — Ten tunel jest inny. Dlaczego uważacie, że wracamy na Ziemię?
— Przecież wyraźnie widać, że nie zamierzają nam pokazywać Vegi — westchnęła Devi.
— A mnie to wygląda na jakiś eksperyment. Zaczekajmy, co z nami teraz zrobią.
Nie było tym razem drapania ścian tunelu i dodekahedron prawie bez wstrząsów mknął przed siebie. Eda i Vaygay wyrysowali sobie na współrzędnych Kruskala-Szerkesa krzywą czaso-przestrzeni, którą żywo dyskutowali. Ellie nic z tego nie rozumiała. Stadium zwalniania, czyli znów jakby pięcie się wagonika pod górę, tym razem też niezbyt jej służyło.
Światło, jakie ujrzeli u wylotu tunelu, było dla odmiany pomarańczowe. Wylecieli z dziury z umiarkowaną prędkością w jakiś system binarny, w którym dwa słońca się dotykały. Dwie zewnętrzne warstwy olbrzymiej, starej, czerwonej i jakby opuchniętej gwiazdy, kładły się na fotosferę małego, żółtego i pełnego wigoru karła, który był w średnim wieku i przypominał Słońce. Strefa kontaktu dwu gwiazd jaśniała niewyobrażalnym blaskiem. Ellie rozejrzała się w poszukiwaniu pierścienia, albo przynajmniej następnego obserwatorium orbitalnego, ale nic nie znalazła. To jeszcze nie świadczy o niczym — pomyślała — takie układy gwiezdne mogą mieć całą masę planet, ale nigdy ich nie zobaczę przez tę głupią lornetkę. Znowu włożyła strzęp papieru w ogniskową soczewki i obejrzała sobie projekcję obu gwiazd, a potem sfotografowała je za pomocą soczewki krótkoogniskowej.