Ponieważ brak było pierścieni, mniej też było rozproszonego światła niż wokół Vegi — szerokokątnym obiektywem mogła więc, po chwili poszukiwania, rozpoznać w okolicy gwiazdozbiór przypominający Wielką Niedźwiedzicę. Z innymi konstelacjami nie mogła się jednak uporać. Jasne gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy są odległe od Ziemi o kilkaset świetlnych lat, doszła więc do wniosku, że nie odskoczyli od Ziemi znowu tak daleko. Powiedziała to Edzie i spytała, co o tym myśli.
— Co myślę? Ja myślę, że to jest Podziemna...
— Podziemna? — przerwała mu przypominając sobie start i swe okropne wrażenie, że zlatują do Piekła.
— Kolej — spokojnie dokończył Eda. — Inaczej mówiąc, Metro. To są stacje kolejki podziemnej. Pierwsza stacja Vega, potem następny układ, potem jeszcze inny. Pasażerowie wsiadają i wysiadają. A na tym tu przystanku jest przesiadka.
Uczynił dłonią gest w kierunku podwójnej gwiazdy, i Ellie zauważyła, że jego ręka rzuca podwójny cień: jeden od światła żółtego, drugi od czerwonego. Przypominała jej się dyskoteka.
— Ale my nie możemy wysiąść — ciągnął Eda. — My jesteśmy w zapieczętowanym wagonie. I jedziemy dalej, do stacji końcowej.
Podobne spekulacje Drumlin nazywał wycieczką w Krainę Bajek. Ale to był pierwszy raz, kiedy Eda pokusił się o taką opowieść.
Z całej Piątki była jedynym astronomem obserwacyjnym, mimo że jej specjalnością nie było widmo optyczne. Uważała za swe zadanie przede wszystkim zebrać tyle materiału, ile możliwe: w tunelach i w tych czterech wymiarach czaso-przestrzennych, do których ich od czasu do czasu wrzucano. Domniemana czarna dziura, z której się właśnie wyłonili, i tym razem wróciła na orbitę gwiazdy — W tym przypadku podwójnej. Zresztą dziury też były dwie: pierwsza, z której właśnie wylecieli, i druga, czekająca, by znów ich wessać. Obie na tej samej orbicie. I znowu wszystko się powtórzyło od początku. Nowe systemy pojawiały się i znikały, ani jeden niepodobny do drugiego. I żaden nie przypominał Układu Słonecznego, w żadnym też nie pojawiło się już nic, co by wyglądało na twór sztuczny — ani jakiś drugi dodekahedron, ani widziany wcześniej polihedron z teleskopami, ani nic co by przypominało kosmiczną stację. Tym razem wylecieli w pobliżu gwiazdy, której światło wyraźnie falowało. Może to była gwiazda typu RR Lyrae — w dalszej kolejności za nią widziała układ pięciogwiezdny, a na samym końcu blado świecącego, brązowego karła. Niektóre gwiazdy ostro odcinały się od czystego tła nieba, inne spowijała mgławica otoczona chmurami cząsteczkowymi.
Przypomniała sobie hasło reklamowe: „To wina, której ci nie policzą przy wejściu do Raju”. Niczego jak dotąd im nie odjęto. Z coraz większym trudem przychodziło jej zachować zawodowy spokój, zaś od tej nie kończącej się procesji słońc zaczynało ją boleć serce. Wierzyła, że na tym bezludziu wreszcie któreś z nich stanie się domem dla jakichś rozumnych istot. A może już jest.
Po czwartym przystanku zaczęła odczuwać niepokój. Miała wrażenie — potwierdzone spojrzeniem na zegarek — że od ich „odlotu” z Hokkaido minęła przynajmniej godzina. Jeszcze chwila, a zaczną odczuwać przykry brak sanitariatu. Być może pewnych aspektów ludzkiej fizjologii nie potrafili sobie wyobrazić nawet przedstawiciele zaawansowanych cywilizacji, gapiący się latami w telewizję z Ziemi.
Jeśli są oni aż tak inteligentni, to po co przeciągają nas przez te wszystkie pośrednie stacje? W porządku, pierwszy etap to zrozumiałe — skoro odbicie się ich pojazdu od Ziemi obsługiwali ci prymitywni Ziemianie, trzeba ich było przestawić na nowocześniejszy tor w okolicy Vegi. Ale po co potem znów się zatrzymywać? — nie mogą nas dowieźć stąd do celu? Ilekroć dodek zbliżał się do wylotu, odczuwała coraz większe oczekiwanie. Jakie tym razem czekają ich u wylotu cuda? Wyobraziła sobie Haddena wciąż wpatrującego się w teleskop i w miejsce ich startu na Hokkaido.
Gdy zanurzyli się w następny tunel, okazało się, że jest z poprzednich najszerszy, a zarazem najbardziej kręty.
— Dlaczego oni nam pokazują takie stare i brzydkie gwiazdy? — z pretensją w głosie odezwał się Łunaczarski do Edy — a nie pokażą miłej, młodej gwiazdki cieszącej się dobrym zdrowiem i bez meteorów!
— Ponieważ — odpowiedział Eda — hm... ja, oczywiście, tylko przypuszczam, ale skoro pan pyta. Ponieważ wszystkie takie młode gwiazdki są już zamieszkałe.
— I nie chcą, żeby turyści przeszkadzali miejscowym — parsknęła Sukhavati.
— Albo odwrotnie — również uśmiechnął się Eda.
— Czy masz na myśli — powiedziała Devi — że istnieje jakaś kosmiczna etyka niemieszania się w wewnętrzne sprawy prymitywnych planet? Bo wiedzą, że w końcu tubylcy mogliby się połapać i schwytać któreś metro.
— I nie mają co do tych prymitywów większych obaw — wpadła jej w myśl Ellie — ale przecież jednak wciąż mają pewne obawy. Dlatego również nam pokazują tylko jakieś zapadłe dziury. Niech sobie pojeżdżą diabelską kolejką między gwiazdami, ale ostrożność nie zawadzi. Ci konstruktorzy muszą być bardzo przewidujący. Zastanawiam się tylko, dlaczego, skoro być może chcieli nas odizolować, wsadzili nas w ciuchcię, a nie do ekspresu?
— Bo dla ekspresów jeszcze nie mają tuneli — wtrącił Xi, który miał za sobą lata doświadczeń w kopaniu.
W tej chwili Ellie przypomniała sobie o „cudzie” ziemskiej inżynierii — tunelu Hokkaido-Honsiu długości pięćdziesięciu jeden kilometrów.
Dodek wykonał raz po razie kilka bardzo ostrych zakrętów. Przypomniała sobie swojego thunderbirda i nagle zrobiło jej się mdło. Postanowiła walczyć do upadłego — dodekahedron nie miał nawet odpowiednich torebek.
Wtem znów wypadli na otwartą przestrzeń. Niebo zabłysło rojami gwiazd. Wszędzie były gwiazdy, gdziekolwiek spojrzała. Nie tych parę lichych punkcików widocznych z Ziemi, ale gigantyczna czasza czy czeluść — pełna gwiazd, jedna przy drugiej, niektórych prawie nachodzących na siebie. Zewsząd, zza każdej ściany, znad sufitu i spod podłogi — białe, żółtawe, czerwone, tak, najwięcej czerwonych. Niebo płonęło od słońc i w tym świetle dojrzała gigantyczną spiralę mgławicowego pyłu o proporcjach zaiste nadziemskich, z której strzelały we wszystkich kierunkach pęki promieni, jak suche błyskawice w upalną, letnią noc. Jeśli to jest centrum Galaktyki, a tak przypuszczała, to wszystko wkoło pełne jest promieniowania synchrotronicznego... Miała tylko nadzieję, że projektanci Maszyny pamiętali, jaką ułomną istotą jest człowiek.
Dodek wykonał obrót wokół własnej osi i nagle... w jej pole widzenia wpłynął... cud... senny majak... objawienie... Wkrótce zapełniło sobą pół nieba, a wtedy dodek uniósł się i polecieli nad tym. Już mieli je pod sobą — powierzchnię pełną setek, tysięcy wrót i pasaży, każde cudownie iluminowane i o innym kształcie. Niektóre przybierały kształt wielokątny, inne układały się w okręgi, innych przekroje poprzeczne były eliptyczne i miały niezliczone przydatki. niekiedy rozłożone plasterkowato na całe ciągi dodatkowych kręgów. Uświadomiła sobie, że myśli o tym jak o miejscu przylotu. Że to jest mnóstwo, tysiące lądowisk lub wjazdów — jedne szerokie zaledwie na metr, inne wyraźnie większe, nawet liczące około kilometra w poprzek. Wymierzone tak — w myślach zdecydowała Ellie — by zmieścić w sobie odpowiednią maszynę. Jak nasza. Duzi panowie w poważnych limuzynach mają godne siebie podjazdy. Mali, w byle czym — jak Piątka z Ziemi — muszą się zadowolić bocznymi drzwiami. To bardzo demokratyczne, skądinąd — pomyślała — taki podział tylko na małych i dużych, bo nie widać pośredniego rozróżnienia. Różnice bram wjazdowych, czy jak je inaczej nazwać, sugerowały niewielką rozpiętość socjalną tych istot, za to zatykały dech w piersiach swym cywilizacyjnym poziomem. To jakiś Wielki Dworzec Centralny! — pomyślała. Chciało się jej płakać z radości — oto widziała Galaktykę zatłoczoną rozumnymi istotami, oto wszechświat kipiący życiem i inteligencją! Zbliżali się tymczasem do żółto oświetlonego wjazdu, który, jak można było łatwo spostrzec, idealnie nadawał się dla dodekahedronu. W sąsiednim „doku” spostrzegła coś wielkości ich pojazdu, za to o wdzięcznym kształcie rozgwiazdy, co też akurat lądowało. Patrzyła w lewo, w prawo, w górę i w dół na prawie niemożliwą do objęcia wzrokiem lekko wybrzuszoną powierzchnię wielkiej Stacji — czy raczej wielkiego Dworca — który usytuowany był (co do tego nie miała już prawie żadnych wątpliwości) w sercu Drogi Mlecznej. Jaki zaszczyt dla człowieka — zaproszenie tutaj! Jest nadzieja, jest! — gorączkowo rozmyślała. A potem w jej głowie zabrzmiało echem dawno zapomniane zdanie: „No cóż, to nie jest Bridgeport”.