— Nie sądzisz, że coś dwulicowego jest w kulturach, które potrzebują poduszek pod głowę? — odezwała się Ellie. — Sami sobie na noc zakładają jarzmo. Dlatego w dzień tacy z nich ludzie sukcesu.
Devi zaśmiała się i powiedziała „dzień dobry”.
Nagle usłyszały wołanie — spojrzały w górę plaży i ujrzały swych panów machających i coś wykrzykujących. Podniosły się i ruszyły ku nim.
W piachu stały drzwi. Piękne, drewniane, z płycinami i mosiężną gałką — przynajmniej na mosiądz to wyglądało. Miały też pomalowane na czarno metalowe zawiasy i umieszczone były w ramie z nadprożem i progiem. Żadnej wizytówki. Doprawdy — dziwne, to za mało powiedziane. Przynajmniej jak na ziemskie obyczaje.
— A teraz zajdźcie je od tyłu — zachęcał Xi.
Z drugiej strony drzwi w ogóle nie było. Ellie ujrzała Edę, Vaygaya, Xi i Devi stojących trochę dalej, a także piach nieprzerwanie biegnący od jej stóp ku nim. Obeszła miejsce tak, żeby drzwi mieć z boku i wtedy, stojąc w pianie, ujrzała przed sobą równą, pionową linię, cienką jak brzytwa. Chciałaby jej dotknąć, ale się bała. Zamiast tego wróciła tam, gdzie przed chwilą stała i popatrzywszy w czyste powietrze, w którym — choć miałyby tam być drzwi — nie widać było żadnych cieni ani refleksów, śmiało ruszyła w przód.
— Brawo! — zaśmiał się Eda. Obróciła się i ujrzała za sobą zamknięte drzwi.
— Co widzieliście? — spytała.
— Piękną panią przenikającą przez dechy na centymetr grube — głos Vaygaya brzmiał rześko, choć zapewne coraz bardziej odczuwał brak tytoniu.
— Czy już próbowaliście je otworzyć? — spytała.
— Jeszcze nie — przyznał Xi. Cofnęła się o krok podziwiając tę niezwykłą kompozycję. — To trochę wygląda jak obraz tego surrealisty... Ellie, jak się nazywał ten Francuz?
— Rene Magritte, Vaygayu — odpowiedziała — i był Belgiem.
— Za to w jednym na pewno się zgodzimy. Że to raczej nie wygląda na Ziemię — odezwała się wreszcie Devi, szerokim gestem ogarniając ocean, plażę i niebo.
— Chyba że jesteśmy w rejonie Zatoki Perskiej trzy tysiące lat temu, i gdzieś tutaj mieszkają dżiny — zaśmiała się Ellie.
— Czy nie dziwi was, jak te drzwi są pięknie wykonane? — znów odezwała się Devi.
— Są czy nie są, nie przeczę — powiedziała Ellie — na pewno świetne. Ale mnie interesuje pytanie: po co? Dlaczego oni robią sobie kłopot z tymi wszystkimi dekoracjami?
— Może po prostu lubią, gdy im coś dobrze wychodzi?
— Albo się przed nami chwalą.
— Nie rozumiem — powiedziała Devi — skąd oni tak dobrze znają nasze drzwi. Pomyślcie, ile jest sposobów, żeby urządził przejście z pomieszczenia do pomieszczenia. Dlaczego akurat drzwi? Skąd o nich wiedzą?
— Może z naszej telewizji — odpowiedziała Ellie. — Vega przed nadaniem sygnału odbierała telewizję z Ziemi do, no, powiedzmy 1974 roku. Niewykluczone, że jesteśmy wewnątrz jakiegoś videoklipu, który wzięli z naszej telewizji. Dla zabawy. Z pewnością w filmach między 1936 a 1974 rokiem znajdowało się mnóstwo drzwi. No dobrze — ciągnęła jakby nie dostrzegała zmiany tematu — jak myślicie, co by się stało, gdybym otworzyła drzwi i w nie weszła?
— Jeżeli mamy być w jakiś sposób testowani — odezwał się Xi — to po drugiej stronie jest jakiś Wielki Test dla nas albo po jednym małym teście dla każdego.
Widać było, że się zdecydował. Ellie jeszcze nie.
Cienie pobliskich palm wyciągały się w poprzek plaży. Bez słowa popatrzyli na siebie. Cała czwórka była gotowa otworzyć drzwi i przejść na drugą stronę — jedną Ellie targało jakieś dziwne... wahanie. Poprosiła Edę, by szedł pierwszy.
Eda zdjął czapkę, wykonał niewielki, za to pełen powagi skłon, i zbliżył się do drzwi. Ellie podbiegła i pocałowała go w oba policzki. Inni też podchodzili kolejno, aby go uściskać. Eda zwrócił się znów ku drzwiom, otworzył je, uczynił krok do przodu. I rozpłynął się w powietrzu, poczynając od wyciągniętej w przód nogi, a kończąc na zamykającej drzwi dłoni. Gdy drzwi były przez chwilę otwarte, piach znów nieprzerwanie biegł na drugą stronę i powietrze było czyste, bez zamglenia. Teraz znów zamknięte stały spokojnie przed nimi. Pobiegła na drugą stronę — Edy nie było.
Xi nie wahał się ani chwili. Ellie zastanowił fakt, dlaczego tak ulegle przyjmują każde najdziwaczniejsze zaproszenie jako swój obowiązek do spełnienia. Przecież co im szkodziło powiedzieć, dokąd nas zabierają i po co jest to wszystko — pomyślała z żalem. Na przykład, krótkie wyjaśnienie na końcu Wiadomości, albo jakaś informacja przy starcie. Mogli uprzedzić nas przy dokowaniu, że ta plaża jest udawana, że znajdziemy te drzwi i tak dalej. Oczywiście, ich angielski z pewnością nie jest doskonały, nie mówiąc o rosyjskim, tamilskim, chińskim czy języku hausa. Ale czyż nie oni wynaleźli ten znakomity język uniwersalny z elementarza? Dlaczego w tak ważnej sprawie nim się nie posłużyli? Żeby oszczędzić nam lęku? Vaygay przyglądał się jej, stojącej naprzeciw drzwi i dumającej nad czymś i spytał, czy ma ochotę iść przed nim.
— Dziękuję, Vaygayu. Tak się zamyśliłam... Wiem, że jestem głupia. Ale właśnie taka myśl mnie uderzyła: dlaczego mamy skakać przez każdą obręcz, jaką nam ustawią? A gdybyśmy raz nie skoczyli?
— Ellie, taka jesteś amerykańska. A dla mnie to normalka, słuchać tego, co inni każą. Szczególnie, gdy mam raczej niewielki wybór — uśmiechnął się i obrócił na pięcie.
— Nie daj się wziąć na byle co od Wielkiego Księcia — zawołała za nim.
Wysoko zakrzyczała mewa. Vaygay nie zamknął za sobą drzwi, i znów przed Ellie ciągnęła się tylko pusta plaża.
— Źle się czujesz? — z niepokojem zapytała Devi.
— Nie, wszystko w porządku — z trudem odpowiedziała — potrzebuję tylko małej chwili dla siebie. Zaraz mi przejdzie.
— Ellie, pytam jako lekarz. Czy na pewno nic ci nie jest?
— Obudziłam się z bólem głowy, do tego miałam zupełnie idiotyczne sny. Nie wyczyściłam zębów, nie wypiłam porannej kawy. Nie miałabym również nic przeciwko temu, żeby przejrzeć poranną prasę. Więc to wszystko pominąwszy, czuję się znakomicie.
— Dzięki Bogu, zaczynasz mówić normalniej. Mnie też zresztą dziś rano bolała głowa. Uważaj na siebie, Ellie. Zapamiętuj wszystko, co potem mi opowiesz... gdy się znów... zobaczymy?
— Obiecuję — powiedziała Ellie.
Objęły się i ucałowały. Devi przekroczyła próg i zniknęła. Ellie przez moment zdawało się, że zza uchylonych drzwi dobiegł ją zapach curry.
W słonej wodzie wyszczotkowała zęby. Pewna niewielka skłonność do kaprysów zawsze była częścią jej natury — wypiła na śniadanie mleko orzecha kokosowego. Ostrożnie usunęła ziarnka piasku z obudowy i obiektywu mikrokamery i z arsenału mikrokasetek, na których utrwaliła wszystkie cuda. Wypłukała w przybrzeżnej pianie liść palmy takimi samymi ruchami jak na Cocoa Beach w dniu, gdy go znalazła, tuż przed odlotem na Matuzalema.
Było wcześnie rano, ale już wzmagał się upał, więc postanowiła się wykąpać. Ostrożnie ułożyła zwinięty kombinezon i swe drobiazgi na liściu, który odciągnęła od brzegu. Wprawdzie nic nigdy nie wiadomo — pomyślała — ale naprawdę mało prawdopodobne jest, by ET podniecił widok kobiety kąpiącej się nago, choćby była całkiem jeszcze młoda, a przynajmniej nieźle się trzymająca. Wyobraziła sobie mikrobiologa doprowadzonego do dzikiej żądzy widokiem pantofelka uprawiającego akt mitozy.
Leżąc bezwładnie na plecach pozwoliła unosić się falom, wykonując słabe pływackie ruchy i starając się, aby były zgodne z rytmem nadbiegających pienistych grzebieni. Wyobrażała sobie, że ta imitacja wokół niej to tylko jakiś wydział... komórka do spraw Ziemi, obok której istnieją dalsze szczegółowe kopie miłych zakątków różnych światów, będących ojczyznami innych stworzeń. Klatka za klatką, oddział za oddziałem — każdy z niebem, pogodą, oceanem, geologią, życiem biologicznym nie dającym się odróżnić od oryginalnego.