Выбрать главу

Z drugiej strony — pomysł olbrzymiego, ekstrawaganckiego ZOO, choć kuszący obietnicą przeżycia ich pięciorga (bo kto by zadawał sobie tyle kłopotu dla piątki skazanej na odstrzał) raził pewną tandetnością. Mimo to nie mogła pozbyć się wizji zlatujących się z całej Galaktyki turystów — szczególnie w okresie wakacji — by wylądować na Stacji, w tym olbrzymim ogrodzie zoologicznym mającym lądowisko w każdym sektorze, w którym żyją stwory z różnych planet w swym naturalnym otoczeniu. Już słyszała pokrzykiwanie jakiegoś naganiacza ze ślimaczą głową: „do nas, do nas, prawdziwe dzikie bestie w dzikim krajobrazie!”. Kiedy przychodzi czas testu, Naczelnik Stacji usuwa z okolicy wszystkich turystów, wszelkie stworzenia, nawet ślady stóp. Nowe prymitywy przyjeżdżają, daje się im pół dnia odpoczynku, zanim rozpocznie się Przepytanie.

Wykonała koziołka i chwilę pozostała pod wodą, jak długo jej płucom wystarczyło powietrza. Kilkoma energicznymi ruchami ramion zbliżyła się do brzegu i nagle, po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin pożałowała, że nie ma dziecka. Nikogo wokoło nadal nie było. Ani żagla na horyzoncie. Parę mew kroczyło wzdłuż plaży, najwidoczniej w poszukiwaniu krabów. Żałowała, że nie ma chleba, miałaby teraz zajęcie karmiąc je, jak w Cocoa Beach. Gdy obeschła, znów wciągnęła na siebie kombinezon i zbliżyła się do drzwi. Dalej stały — po prostu. Nadal jakiś dziwny sprzeciw nie pozwalał jej sięgnąć do mosiężnej gałki. Więcej niż sprzeciw. Strach.

Cofnęła się, wciąż mając je na oku. Siadła pod palmą z podciągniętymi pod brodę kolanami i zapatrzyła się w piaszczysty pas plaży. Po chwili wstała, przeciągnęła się. Z kamerą w jednej dłoni i liściem palmy w drugiej zbliżyła się do drzwi i przekręciła gałkę. Lekko się uchyliły, i przez szczelinę dojrzała morze poliniowane pienistymi grzywami. Delikatnie je pchnęła, a one bez skrzypnięcia otworzyły się szerzej. Plaża — łagodna i nieczuła patrzyła na nią z drugiej strony. Potrząsnęła głową i wróciła pod drzewo, przybierając znów pozycję wyczekującą.

Zaczęła odczuwać niepokój o los pozostałych. Weszli pewnie w jakąś wielką salę egzaminacyjną, gdzie wręczono im formularze pytań testowych. A może egzamin jest ustny? I kto egzaminuje? Poczuła coś w rodzaju wstrętu. Zawsze brzydziła się insektami, wężami, nawet kretami z nosami w kształcie gwiazdki. Należała, niestety, do osób, które również przebiega dreszcz obrzydzenia na widok zdeformowanych, nawet w niewielkim stopniu, ludzkich istot. Kulawi, dzieci z zespołem Downa, nawet widoczne objawy parkinsonizmu wywoływały w niej — choć swym jasnym intelektem usiłowała to przemóc — niechęć, pragnienie ucieczki. Zasadniczo potrafiła się prawie zupełnie opanować, nie miała jednak pewności ilu było takich, którym swoim zachowaniem sprawiła ból.

I teraz też nie miała pewności, czy sprostałaby widokowi jakiegoś pozaziemskiego tworu. Nie pomyślano o przetestowaniu ich pod tym kątem. Nikt nie próbował sprawdzać ich reakcji na widok myszy, karła lub Marsjanina. Ta podstawowa sprawa nie przyszła po prostu do głowy członkom Komisji Kwalifikującej — zastanawiała się dlaczego, skoro w tej chwili nie widziała niczego, co mogłoby mieć większe znaczenie.

Popełnili błąd wysyłając ją. Niewykluczone, że straci całą godność na widok jakiegoś naczelnika z wężami zamiast włosów. Popatrzyła z obawą na drzwi, których próg już zalewała woda. Zbliżał się przypływ.

Nagle w odległości kilkuset metrów ujrzała zbliżającą się postać. Wpierw pomyślała, że to Vaygay, który zdawszy celująco wszystkie egzaminy, idzie podzielić się z nią dobrą wiadomością. Ale ktokolwiek to był — nie miał na sobie ich kombinezonu! Wydawał się też młodszy, jego chód był bardziej energiczny. Sięgnęła po obiektyw i zawahała się. Wstała z piasku i osłoniła obiektyw dłonią. Przez moment zdawało się jej... Nie, to przecież niemożliwe. Przecież tak bezwstydnie by się z nią nie zabawiali.

Ale już nie mogła zatrzymać siebie. Pobiegła przez piach, a osiągnąwszy twardy brzeg plaży popędziła z rozwianymi włosami. Wyglądał dokładnie tak, jak na ostatnim zdjęciu: pełen życia, szczęśliwy. Miał na policzkach dwudniowy zarost. Dopadła go i utonąwszy w jego ramionach, zaszlochała.

— Cześć, Słonku — powiedział, prawą dłonią gładząc ją po włosach.

To był ten sam głos. W sekundzie odezwał się w niej znajomym brzmieniem. I szorstkość jego brody na jej policzku. To wszystko sprawiło, że w jednej chwili pękł w niej jakiś głaz, jakaś płyta kamienna rozpadła się na dwoje i z zapomnianego prawie grobu wytrysnęły pierwsze promienia światła.

Przełknęła łzy i próbowała się opanować, ale nowa fala zapiekłego bólu runęła z niej i wszystko co mogła zrobić, to dalej płakać. A on stał cierpliwie, z tą samą budzącą spokój pewnością siebie jak wtedy, u stóp schodów, gdy Ellie zaczynała swą pierwszą w życiu wyprawę w dół klatki schodowej. Pragnęła go znów ujrzeć bardziej niż czegokolwiek w życiu — a przecież tłumiła to pragnienie, niecierpliwiło ją, bo w tak oczywisty sposób było niemożliwe do spełnienia. Płakała za te wszystkie lata samotności, które legły między ojcem i nią.

Jeszcze jako panienka, a nawet już jako dorosła kobieta śniła, że staje nad nią i mówi, że ta śmierć była pomyłką. Że znów obejmuje ją ramionami. Ale rano płaciła za tę chwilę wytchnienia przebudzeniem na powrót w świecie, w którym go nie było... Mimo to znów następnej nocy zasypiała i śniła o nim, gotowa ponieść wszelką karę. I znowu budziła się z coraz większym uczuciem zmęczenia i bólu. Te chwile z duchem były wszystkim, co jej zostało z niego.

A teraz — jest. On, nie zjawa, ale ciało i krew. Tak blisko. Zawołał ją z gwiazd, i ona przybyła.

Z całej siły przytuliła się do niego. Wiedziała, że to trik, kolejna symulacja, rekonstrukcja, mimo że tak doskonała. Oderwała twarz, aby przyjrzeć mu się na odległość ramion — nieskazitelny. To był on. Jakby umarł, poszedł do Nieba, i za sprawą tej nie całkiem religijnej podróży — przecież zstąpił, a ona się z nim połączyła. Załkała i znów go objęła.

Parę następnych chwil zabrało jej przywrócenie się do porządku. Gdyby to był — powiedzmy — Ken, po prostu pomyślałaby, że ukończono następny dodekahedron, może sowiecką Maszynę, którym, zrobiono następny rajd z Ziemi do środka Galaktyki. Ale ojciec? Skąd. Jego szczątki w tej chwili rozkładają się na cmentarzu koło jeziora.

Otarła oczy na przemian śmiejąc się i płacząc.

— I co, tato? Czemu zawdzięczam to twoje pojawienie się? Robotom czy hipnozie?

— A czy ja jestem jakimś produktem? Albo snem? O to samo zapytaj tego wszystkiego wkoło.

— Ani tygodnia nie było, gdy nie myślałam, że oddałabym wszystko, wszystko co mam za parę minut z tobą...

— No i jestem — powiedział radośnie, podniósł ręce i wykonał obrót tak, że mogła zobaczyć, że i jego druga strona jest jak należy. Ale był taki młody, na pewno młodszy od niej. Miał dopiero trzydzieści lat, gdy zmarł.

Może to był tylko ich sposób, by zmniejszyć w niej lęk. Jeśli tak, to byli nadzwyczaj... troskliwi. Otoczyła go przez pas ramieniem i poprowadziła pod palmę, ku swojej niewielkiej posiadłości. Jeśli pod jego skórą kryły się jakieś przewody scalone i przekładnie biegów, to bardzo dobrze schowane.