Выбрать главу

— Czy mamy jeszcze chwilę czasu na parę pytań, zanim... no zanim wydarzy się, co ma się wydarzyć?

— Oczywiście, ale jedno, najwyżej dwa.

— Powiedz mi o waszym systemie komunikacyjnym.

— Zrobię więcej, niż się spodziewasz. Ja ci go pokażę — powiedział. — Uważaj, teraz spokojnie.

Amebowata plama czerni wyciekła zza Słońca stojącego w zenicie i zasłoniła wpierw je, a potem pół błękitnego nieba.

— Do licha... — westchnęła.

Ta sama plaża wciąż była pod stopami. Ellie czuła swe stopy po kostki w piachu. Za to nad głową... Kosmos. Wyglądało na to, że znaleźli się dobrze powyżej Mlecznej Drogi, i kiedy patrzyło się w dół, widać było spiralną strukturę tej galaktyki. Lecieli ku niej z jakąś nieprawdopodobną szybkością. Tymczasem on rzeczowo i posługując się terminologią z jej własnego języka naukowego, opisywał ten gigantyczny twór wyglądający z oddali jak dziecinny wiatraczek. Wskazał Spiralne Ramię Oriona, w którym — w tej epoce — zanurzone było Słońce. Pokazał — wewnętrznie od niego i zgodnie z malejącymi stopniami znaczenia w greckiej mitologii — Ramię Strzelca. Ramię Kwadratu/Tarczy i Ramię Trzech Kiloparseków.

W tej chwili ujrzała sieć rozgałęzionych tuneli, podobnych do tych, którymi podróżowali. Wyglądały jak podświetlony diagram linii paryskiego metra. Eda miał rację: każda stacja to był układ gwiazd i dwie czarne dziury o niskiej masie. Te czarne dziury, była pewna, nie mogły powstać z obkurczenia się gwiazd w procesie normalnej ewolucji masywnych układów gwiezdnych. Były raczej pierwotne, były pozostałościami Big Bangu, które jakiś przerastający wszelkie wyobrażenie kosmiczny pojazd przyholował pod ich stacją przeznaczenia. Albo powstały z niczego? Miała ochotę o to spytać, ale byli tak rozpędzeni przed siebie, że zatykało im w piersiach dech.

W okolicy centrum Galaktyki ujrzała wirujący dysk rozjarzonego wodoru, z chmurami cząsteczkowymi wylatującymi z niego ku obwodowi Drogi Mlecznej. Zwrócił jej uwagę na uporządkowany ruch gigantycznego kompleksu cząsteczkowego — Strzelec B2, który przez wiele lat był ulubionym terenem polowań dla radioastronomów na Ziemi. Bliżej środka dostrzegła inną gigantyczną chmurę, cząsteczkową, a potem Strzelca A Zachodniego — źródło intensywnej fali radiowej, której nasłuchiwali w Argusie.

W bezpośrednim ich sąsiedztwie, w samym środku Galaktyki, ujrzała parę wielkich czarnych dziur splecionych w namiętnym uścisku grawitacyjnym. Masa jednej z nich równała się pięciu milionom słońc. Do tej paszczy wlewała się rzeka gazu wielkości układu słonecznego. Te dwie kolosalne (tu zastanowiła się nad ograniczeniami języka ukształtowanego przez doświadczenia ziemskie), super masywne czarne dziury obiegały jedna drugą w samym środku Galaktyki. O jednej wiedziano, a przynajmniej podejrzewano jej istnienie. Ale dwie? Czy ta druga nie powinna była zdradzić swego istnienia choćby przesunięciem prążka widmowego, zgodnie ze zjawiskiem Dopplera? Wyobraziła sobie pod jedną napis WEJŚCIE, pod drugą — WYJŚCIE. Pierwsza była akurat w użyciu, ale czy z drugiej w ogóle jakiś wyjście istnieje?

A więc to była najbliższa okolica Stacji — Wielkiej Stacji Centralnej, bezpiecznie ulokowanej na zewnątrz czarnych dziur środka Galaktyki. Niebo błyszczało od milionów sąsiednich młodych gwiazd, ale i gwiazdy, i gaz, i pył były wsysane przez żarłoczne wrota czarnej dziury.

— Czy to, co ta dziura wsysa potem gdzieś idzie?

— Oczywiście.

— Można wiedzieć gdzie?

— Naturalnie. To wszystko kończy się w Łabędziu A.

O Łabędziu A trochę wiedziała. Z wyjątkiem pewnej sąsiadującej z nim w Kasjopei resztki supernowej, był najwyraźniejszym źródłem fali radiowej na całym niebie Ziemi. Kiedyś nawet robiła obliczenia i wyszło jej, że w ciągu sekundy Łabędź A produkuje więcej energii niż Słońce przez czterdzieści tysięcy lat. To źródło radiowe znajdowało się o sześćset milionów lat świetlnych od Ziemi, daleko za Drogą Mleczną, w królestwie galaktyk. Podobnie do innych pozagalaktycznych źródeł radiowych, również w Łabędziu A dwa olbrzymie strumienie gazu wypadające zeń w dwóch różnych kierunkach prawie z prędkością światła, wytwarzały wspólnie z rozrzedzonym gazem międzygalaktycznym, gęstą sieć amortyzującą Rankina-Hugoniota, wysyłając skutkiem tych procesów sygnał radiowy, który rozbrzmiewał jasno nad prawie całym wszechświatem. Cała materia budująca ten gigantyczny twór (liczący pięćset tysięcy lat świetlnych w poprzek), wyciekała z maleńkiego, prawie niedostrzegalnego punkciku w kosmosie, dokładnie w pół drogi między dwoma strumieniami gazu.

— Czy wy produkujecie Łabędzia A?

Mgliście przypomniała jej się noc w Michigan, kiedy była dziewczynką i lękała się, że wpadnie w niebo.

— Och, nie tylko... To jest... projekt, w którym kooperuje wiele galaktyk. Tym głównie się zajmujemy, opracowaniem technicznym. Tylko niektórzy z nas zajmują się, jakby to powiedzieć, dopiero zarodkującymi cywilizacjami.

Za każdą jego pauzą czuła lekkie ukłucie w głowie, a dokładnie w lewej okolicy ciemieniowej.

— Kooperacyjny projekt międzygalaktyczny — zdziwiła się. — Wiele galaktyk, a każda z Centrum Administracyjnym? I setkami miliardów gwiazd? A potem te administracje kooperują? By wlać miliony słońc do Centaura... przepraszam, Łabędzia A? To jest... wybacz, to przekracza moje wyobrażenie jakiejkolwiek skali. Dlaczego to robicie? Jaki jest wasz cel?

— Nie powinnaś wyobrażać sobie Wszechświata jako pustyni. Od bilionów lat już nie jest pustynią. Pomyśl o nim jako o czymś... bardziej misjonarskim.

Znów ukłucie.

— No dobrze. Ale jaka to misja? Nad czym pracujecie?

— Tylko nie przeraź się skalą. Główny problem łatwo jest określić, a ty w końcu jesteś astronomem. Wszechświat się rozszerza, i nie ma w nim dość materii, aby ten proces zatrzymać. Wszystko już jest takie, jakie jest, nie powstają nowe galaktyki, nowe gwiazdy, nowe planety, nowe formy życia, wciąż to samo stare towarzystwo. Wszystko jest już sprawdzone, obejrzane, i zaczyna być trochę nudno. Więc w Łabędziu A testujemy technologię stworzenia czegoś od nowa. Mogłabyś nazwać to po swojemu „przebudową urbanistyczną”. Ale nie tylko to, w przyszłości planujemy całkowicie wyłączyć jedną część kosmosu, żeby zatrzymać opróżnianie się przestrzeni w miarę ucieczki eonów. Zwiększanie gęstości w danym miejscu to jedyny sposób. To naprawdę świetna robota.

Powiedział to dokładnie tak, jak w swym sklepie żelaznym w Wisconsin.

Jeżeli Łabędź A jest odległy o sześćset lat świetlnych, dla astronomów na Ziemi lub w każdym innym punkcie Drogi Mlecznej istnieje on od sześciuset milionów lat. Ale na Ziemi sześćset milionów lat temu nie było prawie żadnego życia, może trochę w oceanach głębokich na pół kija. Wyobraziła sobie sześćset milionów lat temu na plaży takiej, jak ta... żadnych krabów, mew, palm. Zaledwie jakaś roślinka wyrzucona na brzeg i kurczowo czepiająca się czegoś poza linią wody... A tymczasem oni eksperymentowali z galaktogenezą i inżynierią kosmiczną. Tak, byli starzy.