Выбрать главу

Vaygay prowadził za sobą dziewczynkę około dwunastoletnią, której jasne warkoczyki podskakiwały na plecach.

— To moja wnuczka, Nina. Moja Wielka Księżna. Powinienem był wcześniej poznać was ze sobą, jeszcze w Moskwie.

Ellie uściskała dziewczynkę szczęśliwa, że zamiast niej nie musi ściskać kontorsjonistki Meery. Spostrzegła wielką czułość, jaką Vaygay okazywał Ninie i pomyślała, że lubi go bardziej niż kiedykolwiek. Przez wszystkie lata ich znajomości, pilnie strzegł przed innymi jakiegoś słabego miejsca w sobie.

— Nie byłem dla jej matki dobrym ojcem — westchnął — a ostatnio już prawie w ogóle nie spotykałem się z nimi.

Ellie przyjrzała się całej tej kompanii — Naczelnik Stacji z pewnością zadbał o to, by każdemu z Piątki ukazać kogoś, kogo można by nazwać jego największą miłością. Celem tego mogło być tylko przyzwyczajenie załogi do kontaktu z innymi, odrębnymi istotami. I tak dobrze — pomyślała Ellie — że nie dali każdemu po sobowtórze jego samego. To by dopiero była rozmowa!

Co by było, gdyby to samo mogło się stać na Ziemi? Gdybyśmy — niezależnie od okazywanych publicznie niechęci i udawania, musieli czasami pokazać się w towarzystwie tych, których najbardziej kochamy? To by dopiero była rewolucja w teorii związków międzyludzkich — rozmyślała Ellie. Już widziała te tłumy kobiet oblegające samotnego mężczyznę, lub odwrotnie. Albo utworzone z ludzi długie kolejki, albo okręgi, albo na przykład, odwzorowania litery H lub Q. Można by odgadnąć wszystko przypatrując się tylko tej kompozycji. I już nikt więcej nie mógłby kłamać o miłości.

Gospodarze byli uprzejmi, ale wyraźnie się spieszyli. Nie zostało wiele czasu na rozmowy. W oddali widzieli dodekahedron z otwartym już włazem, najwyraźniej w tym samym doku, w którym lądowali. Dla odmiany drzwi Magritte’a znikły — może dla zachowania symetrii zanikań i zjawień, a może po prostu w celu ich konserwacji. Jeszcze szybko dokonali wzajemnej prezentacji — Ellie dość głupio się czuła tłumacząc po angielsku Cesarzowi Chin, kim jest jej ojciec. Xi tłumaczył mu słowo w słowo i obaj uroczyście uścisnęli mu dłonie, jakby to było ich pierwsze spotkanie na barbecue w podmiejskiej willi. Żona Edy była skończoną pięknością i mąż Devi zdawał się być podobnego zdania. Lecz Devi nie przeszkadzały spojrzenia, jakie tamtej posyłał — widocznie cały ten bal manekinów niezbyt ją przejmował.

— Gdzie się znalazłaś, kiedy przekroczyłaś drzwi? — po cichu spytała ją Ellie.

— Na Maidenhall Way czterysta szesnaście — odpowiedziała. Ellie spojrzała nie rozumiejąc.

— W Londynie. W 1973, z Surindarem — kiwnęła głową w jego kierunku — zanim zmarł.

Ellie zastanowiła się, gdzie zlądowałaby, gdyby przeszła na drugą stronę. Może w Wisconsin w końcu lat pięćdziesiątych? Nie zjawiła się tam, więc ojciec poszedł jej szukać. Jak tyle razy w ich rodzinnym domu.

Edzie również opowiedziano historię o wiadomości ukrytej głęboko w transcendentalnej liczbie, ale w tej wersji nie była to ani „pi”, ani „e” (podstawa naturalnego logarytmu), lecz jakiś rodzaj liczb, o których nigdy nie słyszała.

— Marzyłem tylko o tym, żeby tu zostać i pracować z nimi — szepnął Ellie. — Miałem wrażenie, że potrzebują pomocy. Pewien typ rozumowania, jaki przyjęliśmy przy rozszyfrowywaniu jest im, zdaje się, obcy. To wygląda na jakiś ich osobisty problem i nie chcą z nikim o tym mówić. Potem jednak doszedłem do wniosku, że przy naszej wiedzy naprawdę nie ma sensu narzucać im się z pomocą.

Zaraz zaraz — pomyślała Ellie — to znaczy, że oni nie wpadli jeszcze na wiadomość zawartą w „pi”? Ani Naczelnik Stacji, ani Gospodarze, ani ci inżynierowie galaktyk nie wyczuli informacji, którą już mieli pod palcami? Czy była tak trudna, czy może oni?...

— Czas wracać do domu — łagodnie przerwał jej ojciec.

Poczuła prawie wstrząs. Nie chciała nigdzie jechać. I wpierw, nie wiadomo po co, spojrzała na liść palmy. A potem spróbowała się uchwycić jeszcze jednego pytania.

— Co masz na myśli mówiąc „dom”? Na pewno wylecimy gdzieś w Układzie Słonecznym. Jak mamy stamtąd dostać się na Ziemię?

— Zobaczysz — odparł — to będzie ciekawe.

Objął jej talię ramieniem i lekko ją pchnął ku otwartemu włazowi.

Poczuła się, jakby popychał ją wieczorem do dziecinnego pokoju. Przymilała się wtedy, popisywała niezliczonymi pytaniami i czasem pozwalali jej zostać dłużej. Zwykle to skutkowało.

— Więc Ziemia jest już podłączona, tak? W obie strony? Jeśli my możemy wziąć kolejkę z powrotem, to i ty będziesz mógł wpaść na chwilę? Jeśli to prawda, to będę trochę nerwowa. Nie możesz zablokować tej linii?

— Przykro mi, Słonku — powiedział surowo, jakby wiedział, że ona bezwstydnie odwleka czas pójścia do łóżka. A może czuł się nieswojo, że nie może dla niej odhaczyć tunelu?

— Będzie jeszcze otwarty przez jakiś czas, ale tylko na wypadek ruchu docelowego. Nie przypuszczamy, żeby to mogło nastąpić.

Wolałaby Ziemię odizolowaną od Vegi. Te dwa-razy-dwadzieścia--sześć-lat luzu, jaki mają na Ziemi, zanim — uczyniwszy coś nie tak — mogą spodziewać się karnej ekspedycji. Bezpośrednie połączenie poprzez czarne dziury wprost ją przerażało: mogą przylecieć w każdej chwili i to zapewne nie tylko na Hokkaido, ale w dowolnie wybrany punkt Ziemi. To już był postęp ku czemuś, co Hadden nazywał mikrointerwencją — bez względu na ich zapewnienia, będą odtąd blisko i stale nas obserwować. Już się skończyło zaglądanie na krótką inspekcję co kilka milionów lat.

Jakie... teologiczne... stały się wydarzenia — rozmyślała dalej. Oto byty, które istnieją na niebie, wspaniale inteligentne, potężne, a także zatroskane o to, by ziemska cywilizacja przeżyła i oczekujące, że pokierujemy się ich wskazówkami. Zaprzeczają tej roli, a przecież gdyby chcieli, z pewnością mogliby zabrać się za nas, za wszystkie te problemy nagrody i kary, życia i śmierci, jakie mają biedne istoty na Ziemi. Jak to daleko odbiega — pomyślała z zadowoleniem — od religii, której jej uczono. Miała teraz dowód dla tych wszystkich Rankinów — na taśmach video, w notatnikach członków załogi. Okaże się, co naprawdę jest w Niebie: nic, tylko ta Stacja, te tunele, czarne dziury. Każdy z nich przedstawi koherentną, ścisłą opowieść popartą fizycznymi dowodami. Nareszcie zaczną się naukowe fakty, a nie teologiczny hokus-pokus.

Obróciła się ku ojcu upuszczając liść. Schylił się i podał go jej z powrotem.

— Byłeś bardzo miły, odpowiadając na wszystkie moje pytania, czy mogę w zamian odpowiedzieć tobie choć na jedno?

— Dziękuję. Odpowiedziałaś już na wszystkie ostatniej nocy.

— Więc to już wszystko? Żadnych przykazań? Żadnego instruktażu dla biednych prowincjuszy?

— Nie o to chodzi, Słonku. Jesteście już dorośli. Musicie radzić sobie sami.

Mrużąc oczy przechylił głowę. I znów ten uśmiech... rzuciła się w jego ramiona z oczami pełnymi łez. To był długi uścisk. W końcu poczuła, jak on delikatnie uwalnia się z jej objęć. Czas do łóżka. Chciałaby unieść wskazujący palec i poprosić o jedną, tylko jedną minutkę. Ale on byłby niezadowolony.

— Bywaj, Słonku — powiedział — i uściskaj mamę.

— Uważaj na siebie — powiedziała i głos jej się załamał. Ostatnimi spojrzeniami objęła plażę i centrum Galaktyki. Para ptaków nadmorskich wyglądających na petrele, wisiała nieruchomo, jakby siedząc na szczycie jakiejś powietrznej kolumny. Prawie niedostrzegalnie poruszały skrzydłami. Już w otworze włazu obróciła się jeszcze raz i spytała: