— Co mówi twoja Wiadomość? Ta w liczbie „pi”?
— Nie wiemy — odparł trochę stropiony, zbliżając się do niej — to wygląda na statystyczny przypadek. Wciąż nad tym pracujemy. Zerwała się lekka bryza i potargała jej włosy.
— No cóż. Zadzwońcie do nas, gdy już rozwiążecie — powiedziała.
Czym muszki w rękach złych chłopców, tym jesteśmy dla bogów — zabijają nas dla zabawy.
WILLIAM SHAKESPEARE
Król Lear
Kto ma władzę nad wszystkim, ten lęka się wszystkiego.
PIERRE CORNEILLE
A jednak — gdy dodekahedron stanął, zaczęli szaleć z radości. W oszołomieniu przekrzykiwali jeden drugiego, po prostu wariowali. Skakali po fotelach, klepali się po plecach i wszyscy, co do jednego, z trudem powstrzymywali się od łez. Udało się? — mało! Nie dość, że dolecieli tam, gdzie należało, to jeszcze wrócili! Przedostali się przez wszystkie tunele! I prawie nie zauważyli, że w gwar ich głosów wdarł się nagle szum radiowy, a potem — komunikat. Był to raport o stanie technicznym Maszyny: wszystkie trzy benzele zwalniają, opada wskaźnik zużycia prądu... Z obojętnego tonu głosu można było wnioskować, że nikt na zewnątrz nie ma pojęcia o ich przygodzie.
Ellie spojrzała na swój ręczny zegarek — od początku ich podróży minął przynajmniej jeden dzień, powinni więc już być w roku 2000. Och, niech tylko im opowie co widzieli, co słyszeli, niech im pokaże co ma tu nagrane! — niespokojnie sprawdziła kieszonkę, w której trzymała pudełko z tuzinami mikrokasetek video. Jak bardzo odmieni się świat, kiedy te taśmy znajdą się w powszechnym obiegu!
Z sykiem wróciło powietrze do próżniowych komór benzeli. Drgnęły, a potem powoli zaczęły się odsuwać drzwi włazu. Radio dopytywało, czy wszystko jest o’kay.
— Ależ tak! — krzyknęła do mikrofonu. — Wypuśćcie nas, nie uwierzycie, gdy wam wszystko opowiemy!
Piątka podróżników kolejno wynurzała się z włazu z uszczęśliwionymi twarzami, entuzjastycznie machając technikom, kolegom i zgromadzonemu tłumowi. Na widok pierwszego członka załogi, Zarząd Projektu chyżo pożeglował ku nim.
— Jeśli mnie wzrok nie myli — szepnęła Devi — wszyscy mają na sobie to samo, co wczoraj. Spójrz na ten okropny żółty krawat Valeriana.
— Och, on go stale nosi — powiedziała Ellie. — To prezent od żony.
Na zegarach była piętnasta dwadzieścia. Wczorajszego popołudnia ruszyli dokładnie o trzeciej. A więc podróż trwała tylko trochej więcej niż dwadzieścia cztery...
— Jaki dzień jest dzisiaj? — nagle zapytała Ellie. Popatrzeli na nią zdziwieni. Czy coś się nie zgadzało?
— Peter, na miłość Boską! — wykrzyknęła. — Jaki jest dzień dzisiaj!
— A jaki ma być? — odpowiedział Valerian — piątek. 31 grudnia 1999 roku. Sylwester. O co ci chodzi, Ellie, czy dobrze się czujesz?
Vaygay, którego już dopadł Archangielski, zapewnił go, że wszystko od początku opowie, ale dopiero jak dostanie papierosa. Przedstawiciele Projektu i Konsorcjum Maszyny z wolna otaczali ich ścisłym kręgiem. Ujrzała, jak der Heer z trudem przepycha się ku niej.
— Ken, co się właściwie z nami działo? — spytała ledwie znalazł się w zasięgu jej głosu. — Co widziałeś?
— Nic — wysapał wyłaniając się przy niej. — Vacuum pracowało jak należy, benzele się rozpędziły, pobierając zresztą całą masę prądu. Osiągnęły przepisaną szybkość, a potem wszystko wróciło...
— Co ty mówisz, Ken. Co znaczy „wróciło”?
— Benzele zaczęły zwalniać, wskaźnik poboru mocy z powrotem poleciał w dół. I benzele stanęły, a wy wyszliście z włazu. To trwało około dwudziestu minut, powiedzielibyśmy wam to przez radio, ale nie było kontaktu z kabiną, dopóki benzele się obracały. Co takiego, Ellie? Czy coś było inaczej?
— Ken, chłopaku! — zaśmiała się — nawet nie podejrzewasz, jaką mam dla ciebie opowieść.
Dla uczczenia Rozruchu Maszyny (a przy okazji — zbliżającego się Nowego Roku) urządzono tego wieczoru przyjęcie. Jednak ani Ellie, ani jej przyjaciele, nie wzięli w nim udziału. Telewizja pełna była parad, ceremonii, retrospektyw, prognostyków i optymistycznych jak zawsze przemówień szefów rządu. Na jednym z programów złowiła fragment oracji, jaką akurat wygłaszał Opat Utsumi — jak zawsze z niebiańską twarzą. Z pierwszych, urywanych zdań ich fragmentarycznej relacji Zarząd Projektu prędko się zorientował, że coś poszło nie tak — nie dano im więc czasu na relaks i szybko zabrano z tłumu świętujących pracowników, przedstawicieli rządu i Konsorcjum Maszyny, na wstępne przesłuchanie. Mądrzej będzie — oświadczono ponadto — jeśli każdy z was będzie przesłuchiwany osobno.
W małej salce konferencyjnej, przesłuchanie Ellie prowadził Valerian i der Heer. Było też trochę ludzi z Projektu, nie wyłączając dawnego studenta Vaygaya — Anatolija Goldmanna. Zrozumiała z tego, że w przesłuchaniu Vaygaya uczestniczyć musi po amerykańskiej stronie Bobby Bui.
Słuchali grzecznie, a Peter Valerian nawet zachęcał ją, kiedy przystawała. Nie rozumieli jednak kolejności zdarzeń i czuła, że im więcej mówi, tym bardziej są czymś zmartwieni. Jej entuzjazm wyraźnie na nich nie działał. Nie pojmowali, jak dodekahedron mógł się ulotnić na całe dwadzieścia minut (nie mówiąc o dobie) skoro cała armada przyrządów (nie mówiąc o ludziach) otaczała go przez cały czas filmując, nagrywając i nie stwierdzając, aby choć przez chwilę działo się coś niezwykłego. Wszystko, cośmy stwierdzili — raz jeszcze przypomniał Valerian — to że benzele rozpędziły się jak należy, że wskazówki znanego i nieznanego przeznaczenia drgnęły, potem osiągnęły jakieś swe maksimum i nagle wszystko stanęło, opadło, a cała Piątka ukazała się we włazie w stanie niezrozumiałego ożywienia. Nie użył słów „nonsensy i brednie”, lecz czuła, że po jej opowieści tak właśnie miał to ochotę skwitować. Traktowano ją z podejrzaną grzecznością, przez co tym silniejsze odnosiła wrażenie, że całą ich podróż uważają za chorobliwy majak albo zbiorowe złudzenie, które z niewyjaśnionych powodów w ciągu dwudziestu minut zasiadania w fotelach dodekahedronu dotknęło ich pięcioro.
No dobrze — pomyślała, i wyciągnęła zestaw mikrokasetek, które wcześniej zdążyła opatrzyć pieczołowitymi napisami — „System Pierścieni Vegi”, „Ucieczka Gwiazd w Centrum Galaktyki”, a także skromnie, jednym słowem: „Plaża”. Po kolei wkładała je w szczelinę odtwarzacza i naciskała klawisz „play”. Nic. Były puste. Na Boga, co się stało?! Uczyła się przecież tyle razy jak obsługiwać mikrokamerę, i tyle razy z powodzeniem nagrywała dziesiątki taśm jeszcze przed Rozruchem... Czekał ją jednak jeszcze większy cios, gdy później miała dowiedzieć się od innych, że ich instrumenty też zawiodły. Nic nie zostało nagrane.
Na razie jednak siedziała przed Valerianem i der Heerem, którzy robili wszystko, żeby jej uwierzyć. Ale przy największym choćby wysiłku dobrej woli nie było to możliwe. Opowieść o ich wyprawie po prostu przekraczała wyobraźnię, ukształtowaną przez fizyczny obraz ich ziemskiej rzeczywistości.
Nie takiego powitania się spodziewała... Cóż, nie traciła jednak wiary, że to tylko początek, że trzeba trochę więcej czasu, by ich przekonać, i wtedy wszystko jakoś się ułoży. Na razie cieszyła się na myśl, że będzie wracać wyobraźnią do swych przeżyć i robić dokładne notatki. Pragnęła zachować każdy szczegół, zanim utonie w niepamięci.